Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 32 min czytania

Zbieg okoliczności

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

... mojej mamie...

Droga życia.

Wyobraźmy sobie, że nasze życie to droga, po której wędrujemy. Zazwyczaj wędrujemy samotnie. Często jednak spotykamy na naszej drodze innych ludzi. Jakiś czas z nimi wędrujemy... i poznajemy ich czasami... pozostajemy z nimi dłuższy okres czasu lub krótszy, a czasami się tylko mijamy. Ale tylko sporadycznie spotykamy kogoś, kto ma na nas bardzo pozytywny wpływ... Oto jedno z takich spotkań, które zostawia ślad na całe życie i sprawia że stajemy się lepszymi ludźmi.

Zbieg okoliczności.

Jeśli sprawa dotyczy tylko samochodów to niespotykany zbieg okoliczności jest zakończony i mogę go już opisać. Obawiam się, że sprawa jest jednak innego rodzaju. Jeśli tak to wtedy wrócę do tematu w późniejszym terminie.

Mam marzenie - to słowa wypowiadane przez miliony amerykanów codziennie. Ale to właśnie jest sedno życia ludzi, którzy wiedzą jak marzenie urzeczywistnić.

Czy moim marzeniem był akurat nowy samochód? Chyba nie dokładnie. Nie mniej jednak przy moim starym zdezelowanym samochodzie Seicento Brush z 2002 r. myślałam o czymś nowym, które nie sprawiałoby mi problemów z eksploatacją. Gdzie miałabym tylko mu lać paliwo i jeździć. Lecz akurat ten samochód wymagał więcej mojej uwagi niż mu poświęcałam. Kwestia: zrobię to później, kiedy już mnie będzie na to stać - stała się mottem moim i mojego samochodu. Niestety, samochód już nie chciał czekać. Po prostu jak to bywa - zużywał się coraz bardziej, a brak prawidłowych napraw i przeglądów zrobił swoje. Pewnego dnia zapytałam mojego zięcia, czy zna jakiegoś mechanika samochodowego, który mógłby zaopiekować się moim samochodem. Po drodze, wcześniej, korzystałam z przypadkowych osób, które mieniły się mechanikami samochodowymi. Były to naprawy i przeglądy sporadyczne. Nigdy kompleksowe. - No, znam - brzmiała odpowiedź. -Taki mój kumpel otworzył właśnie warsztat samochodowy i szuka klientów. No więc umówiłam się i podjechałam. Miałam przed sobą przegląd rejestracyjny i chciałam go zaliczyć pozytywnie. Mechanik Adam zajrzał do samochodu i zrobił co jego zdaniem potrzeba. Wyjechałam z warsztatu... a tu coś trze w kole lewym przednim. Tarło do tego stopnia, że śmierdziało paloną gumą i widać było lekki dymek. No więc znów do mechanika Adama. Do domku na piechotkę. A to jesień - robi się zimno i ciemno. - Jak ja będę funkcjonować bez samochodu? - przeleciało mi przez głowę. To raczej niemożliwe. No ale samochód trzeba było zostawić w warsztacie i czekać na opinię mechanika Adama. I wieczorem telefon: - mam dla Pani złe wiadomości. Poszła skrzynia biegów i trzeba ją wymienić. Koszt naprawy skrzyni biegów to ponad 1.000 zł. za używaną skrzynię wraz z naprawą. W telefonie nastąpiła cisza z mojej strony, i pytanie mechanika Adama - co mam robić? Naprawiamy? Ok, trzeba poszukać skrzyni...- odparłam Minął dzień, jeden drugi... i następne. Skrzynia się znalazła, ale okazało się, że nie do tego modelu. Oddaliśmy. Poszukiwania trwały nadal. Było trudno, bo takich modeli Seicento Brush wyprodukowano niewiele i części na rynku wtórnym też było niewiele. A czas uciekał, następne dni bez samochodu. Było ciężko. I znów znalazła się skrzynia biegów - tym razem do tego modelu. Zamówiłam... przyszła. - No teraz już będzie z górki... I znów telefon od mechanika Adama - i znów złe wieści. Ta skrzynia jest uszkodzona... Ręce mi opadły... minęły już dwa tygodnie, a ja wciąż miałam problem. Okazało się, że nie tylko z autem, ale z mechanikiem Adamem również. Facet okazał się osobą mocno pijącą. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić porządnej pracy w takim stanie. Znając te realia, nie mogłam już dłużej czekać. Postanowiłam kupić nowe auto. Zaczęłam szukać w internecie samochodu dla mnie dostępnego finansowo. Kroki poszukiwań uzgadniałam z moim zięciem Marcinem. Wybór padł na Forda Ka - dostępny finansowo oraz możliwość zakupu w pobliżu. Nie miałam jednak czym dojechać, aby pooglądać. Byłam w stałym kontakcie ze sprzedającym. Zaoferował swój transport. Zgodziłam się i właśnie obejrzałam trzy egzemplarze Forda Ka do kupienia. Byłam sama. Nie specjalnie wiedziałam na co muszę zwrócić uwagę przy kupnie samochodu. Co sprawdzić, gdzie zajrzeć... Umówiłam się ze sprzedającym na następny dzień. A była to niedziela i miałam podjechać do Auto-Handlu z zięciem Marcinem. Okazało się jednak, że ten Ford Ka upatrzony przeze mnie był już zadatkowany i nie mogłam go kupić. Stał tam taki szaro-zielony, z bardzo bogatym i niespotykanym wyposażeniem. Moje pierwsze wrażenie nie było zachwycające. Ot.. taki tam samochód. Ale prowadził się dość dobrze. Szybka decyzja... i samochód Ford Ka stał się moją własnością.

Już miałam czym jeździć. Czy aby na pewno?... miałam czym jeździć? Mojego poprzedniego Seicento przeznaczyłam do sprzedaży w takim stanie w jakim był, z uszkodzoną skrzynią biegów, aby więcej nie inwestować w coś co już dla mnie nie spełniało swojego zadania. Kiedy mechanik Adam pokazywał mi moją „uszkodzoną” skrzynię biegów to miałam wrażenie, że wystarczyło wymienić tylko gumowe przeguby... Ale ja niestety zawierzyłam mechanikowi, który w późniejszym czasie okazał się niegodny mojego zaufania. A później również okazało się, że niegodny zaufania również i innych osób.

Podsumujmy - bo chodzi tu o zbiegi okoliczności: 1. Popsuł się mój samochód Seicento Brush 2. Oddałam go do naprawy mechanikowi poleconemu przez mojego zięcia 3. Zakupione skrzynie biegów do Seicento - to był niewypał 4. Zakupiłam nowy samochód Ford Ka, który mnie nie oczarował

Chyba jednak zakupiony Ford Ka nie za bardzo mnie lubił. Nie czułam satysfakcji, kiedy do niego wsiadałam. Ogromnie brakowało mi kontrolki rezerwy paliwa. Okazało się, że „ten typ tak ma”. Ale okazało się również, że bardzo szybko zużywa paliwo. Musiałam to sprawdzić... No tak... około 12 litrów/100km. Zgroza, przecież on mnie zje z kopytami... Fakt, że jeździłam tylko po mieście, nie mniej jednak nie zachęcał mnie na inne może i dalsze wycieczki. I jakoś dziwnie mi się do niego wsiadało i wysiadało. Miałam wrażenie, że coraz niżej ma podwozie. Taki sobie sportowy egzemplarz... Aż pewnego pięknego i mroźnego lutowego przedpołudnia, kiedy pojechałam na zakupy do Tesco - coś mi zaczęło się tłuc w bagażniku. Zajrzałam... nic. Nic co mogłoby dawać takie odgłosy. Lecz były one bardzo niepokojące. Szybka decyzja - trzeba jechać do mechanika Adama. Niech zajrzy co tam się tak strasznie tłucze. Zajeżdżam pod warsztat. Zamknięte na wszystkie spusty. Żadnej żywej duszy. Nikogusieńko. Co robić - krzyczy głowa, co tu robić. Przecież do domu mogę nie dojechać. A nawet jak dojadę - to co dalej? Wyciągam telefon, wykręcam numer do mechanika Adama... nikt nie odbiera. Wykręcam po raz drugi i trzeci. Nic. Wykręcam drugi numer... i znów nic. I głośno - do siebie: co dalej? Co mam zrobić? Stałam tam i zastanawiałam się co jeszcze mogę zrobić. Nic sensownego mi nie przychodziło do głowy. I w tym momencie pojawił się jakiś granatowy lub czarny Ford combi. Wjechał na plac, na którym ja stałam z niewyraźną pewnie zagubioną miną. Ten Ford się zatrzymał obok mnie. Wysiadł z niego jakiś facet. Spojrzał na zamknięty warsztat Adama, wyciągną swój telefon i pewnie wykręcił numer do właściciela zamkniętego warsztatu, tj. do Adama. No, tak mi się przynajmniej zdawało. I jego telefon też nie został odebrany... - Ja też dzwonię do Adama, i też nikt nie odbiera...- powiedziałam do osoby, która znajdowała się obok mnie. Zresztą nikogo więcej oprócz nas na tym placu przed drzwiami warsztatu nie było. I tak sobie między nami nawiązała się rozmowa. - Co się stało? - zapytał facet. - Proszę spojrzeć - ten mój samochód za chwilę będzie szorował podwoziem po ziemi. I coś w nim się strasznie tłucze. Boję się jechać, bo coś mi się wydaje, że zaraz zgubię podłogę i będę musiała odpychać się nogami...

O dziwo! Facet się nachylił i zajrzał pod tylne prawe koło. Dla mnie to był dziwny gest: nieznany facet klęczy przy moim samochodzie. Co tam jest takiego ciekawego do oglądania - zastanawiałam się. A jednocześnie bałam się, że jak ten samochód spadnie na twarz tego faceta, to go zmiażdży... Ja nawet gdybym tam zaglądnęła, to i tak bym nic ciekawego tam nie zauważyła...

- Amortyzator...połamany... - Nic mi to nie mówi... i co teraz?

Facet wyciągnął znów telefon i znów gdzieś zadzwonił. Tym razem uzyskał połączenie, i chyba nie był to Adam. - Amortyzator kosztuje 150 zł. i mogę to zrobić - takie słowa usłyszałam.

I w tym momencie Adam już przestał istnieć, a właściwie nieobecność Adama przestała istnieć...

To prawda, jeśli się jedne drzwi zatrzaskują to otwierają się inne. Powinnam w to zawsze wierzyć i o tym pamiętać.

I zdałam sobie wtedy sprawę, że znalazłam nowego mechanika. Wcale nie byłam tego pewna, tak mi się po prostu wydawało. Lecz uczepiłam się tej myśli jak ostatniej deski ratunku. - Czy mam na tyle szczęścia...? - przeleciało mi znów przez myśl. - Czy ten facet istnieje naprawdę? I zaoferował mi właśnie swoją pomoc? Szok!

- A teraz proszę wsiąść do samochodu i powolutku jechać za mną... będę asekurował... I się udało. Jakoś się dotoczyłam do garażu przy Bema. To tuż obok mnie, - Będę miała blisko do domu - pomyślałam.

- No tak, ale jeśli wymienimy mu tylko prawy tylny amortyzator, to samochód będzie kulawy... - usłyszałam głos faceta. - Logiczniej byłoby wymienić oba.

I w tym momencie zdałam sobie sprawę z kosztów. Przecież trzeba doliczyć jeszcze robociznę. Przecież dopiero co wydałam kasę na zakup tego nabytku Forda Ka. I przestraszyłam się. Pewnie wyglądałam dość dziwnie bo facet - mechanik powiedział: - Za robotę wezmę 150 zł. - Za wymianę jednego amortyzatora? - Nie, za dwa! No chyba, że wyskoczy coś niespodziewanego. To wtedy dam znać.

Zgodziłam się. I tak nie miałam innego wyjścia. Ostatecznie mogłam zostać bez samochodu. A to absolutnie nie wchodziło w rachubę. Nie mogłam przyjąć takiej negatywnej opcji. Nie pamiętam jak długo czekałam na naprawę samochodu. Ale chyba niedługo, bo nie pamiętam abym narzekała na brak transportu. I jak już dostałam telefon od nowego mechanika, a na imię miał Marcin, to sobie poszłam „na piechotkę”.

Zaskoczył mnie widok mojego Forda Ka. Jakoś dziwnie urosła mu dupka i plecy. Różnica w wysokości była bardzo znaczna. Okazało się jednak, że tym razem bardzo niski jest przód. I zdałam sobie sprawę, że logicznie byłoby wymienić i przednie amortyzator. Lecz ta decyzja musiała poczekać ze względów finansowych.

- Przejrzałem samochód... i muszę powiedzieć co w nim trzeba robić - to głos mojego nowego mechanika. - Najważniejsze to wymienić olej i filtry. Oleju jest zbyt mało i jest czarny. Filtr powietrza bardzo zanieczyszczony. Bez tego długo samochód nie pojeździ. - To co ważniejsze - olej czy amortyzatory przednie? - pytam. - Olej i filtry - od zaraz. - Nie tak szybko, bo nie mam teraz na to kasy. Muszę poczekać do marca. I w tym momencie mechanik Marcin (no - obcy jednak facet) wziął swoją butlę oleju i nalał mi nieco do mojego samochodu. - Tyle do marca starczy. I znów doznałam szoku. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy to ktokolwiek zrobił coś dla mnie i to z własnej inicjatywy. Nie mówiąc już o zupełnie obcym człowieku. Nie mówiąc już, że taką propozycję usłyszałam z ust fachowca mechanika samochodowego. Pewnie gębę otworzyłam lecz nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Po prostu zamurowało mnie . Nie pamiętam, czy choć podziękowałam. Tak byłam zaskoczona.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że zakup Forda Ka to był niewypał. Taki laik jak ja w tym zakresie nie powinien sam kupować takiego sprzętu, na którym się zupełnie nie zna. Raz po raz okazywało się więcej podzespołów do remontu - naprawy. Co chwilę coś nowego. Nie dość, że bardzo trudno było mi wsiadać i wysiadać z samochodu to jeszcze przerażało mnie to zużycie paliwa. Już nie byłam zachwycona moim Fordem Ka. Z informacji jakie uzyskałam z ust mojego mechanika wynikało, że jeszcze kupę kasy muszę w niego włożyć, abym mogła nim bezpiecznie i bezproblemowo jeździć. Niestety, nie przewidziałam tego, więc coraz bardziej byłam „zniesmaczona”. Wymieniłam olej i filtry. Myślałam, że to poprawi nieco zużycie paliwa. Ale znów się rozczarowałam.

Następny etap to wymiana amortyzatorów przednich. Samochód po wymianie tylnych wyglądał nieco śmiesznie. Przód siadał coraz bardziej a tył wznosił się coraz wyżej. - No - pomyślałam sobie. Teraz jak już zrobię te przednie amortyzatory, to może jednak go sobie zostawię i będę nim jeździć. Była to jednak przykra dla mnie wiadomość. A z drugiej strony - tyle już w niego włożyłam... No i nadszedł czas na konsultację u mechanika Marcina w sprawie wymiany tych przednich amortyzatorów. - Nie, Panie Marcinie - nie stać mnie na nowe części do starego grata - odpowiedziałam po usłyszeniu ceny naprawy - Nie jestem pewna, czy chcę tym samochodem dalej jeździć. Czy nie będę chciała go sprzedać i kupić coś innego. Uzgodniliśmy, że poszukam używanych części w internecie. Po minie i rozmowie z mechanikiem Marcinem wiedziałam, że jest niezadowolony. - Można, owszem założyć używane amortyzatory - lecz wiąże się to z mniejszym bezpieczeństwem jazdy - to opinia mechanika. - A nie myślała Pani o sprowadzeniu auta z Niemiec? Ciekawe, jak niby miałabym to zrobić? - Było to poza moim zasięgiem. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że pojechałabym do Niemiec, poszukała tam odpowiedniego autka i sprowadziłabym sobie go do domku. To jakiś żart. Niemoc sprawcza. - Nie, takiego rozwiązania nie brałam pod uwagę. I powiedziałam o moich obawach. Zawsze w takich momentach mojej niemocy siadała mi psychika. Tym razem było to samo.

- Pomyślimy - takie słowa padły z ust mechanika Marcina. Popatrzyłam na mojego rozmówcę i potraktowałam te słowa jak wiele innych obietnic bez pokrycia. I zapomniałam o tym.

Wiedziałam z doświadczenia życiowego, że mogę liczyć tylko na siebie. Więc wybierałam takie rozwiązania abym mogła sobie z nimi poradzić. Ale próba pomocy z innej strony...? To zupełnie coś nowego. Jakoś nie mieściło mi się to w głowie. No chyba, że moja głowa była zbyt mała...!

Znalazłam amortyzatory przednie w internecie. Ciągły kontakt z mechanikiem Marcinem pozwalał mi dokonać prawidłowego wyboru. Muszę przyznać, że coraz bardziej podobała mi się współpraca z tym mechanikiem. Było w tych kontaktach coś zupełnie naturalnego. Ot, owocna i miła współpraca. Opinia fachowca - tego mi było potrzeba. Słuchałam i dyskutowałam, i znowu słuchałam. Miałam wrażenie, że mogę się oprzeć na jego słowach i opiniach. Rzadko kiedy ufałam ludziom. Tym razem zaufałam - nie umiem powiedzieć dlaczego. Pewnie impuls. Zamówiłam amortyzatory przednie do Forda Ka... przyszły... tylne!?! Ha... ha... ha... No i miałam tylne zamontowane oraz luzem...! A przód dalej siedział na asfalcie... Zanim jednak mechanik Marcin odpakował te niewłaściwe amortyzatory, to odkręcił przednie koła. I się okazało...sprężyna była pęknięta. Jak niebezpieczna była jazda w takim stanie to uświadomił mi właśnie Pan Marcin. - Proszę omijając wszelkie dziury podjechać do domku, postawić samochód i czekać na nowe amortyzatory. Zakaz poruszania się tym pojazdem. - to ostrzeżenie mechanika. Aj tam, aj tam... - pomyślałam. I następnego dnia wyjechałam, jak zwykle w stronę Zalewu. Omijałam tylko dziury w jezdni, co wcale nie było łatwe. - Mówiłem przecież - zakaz poruszania się tym samochodem. To niebezpieczne - grzmiały słowa mechanika Marcina przez telefon. I nagle się przestraszyłam. Może on ma rację? Tylko dlaczego tak się troszczy o moje bezpieczeństwo? Ta myśl była jakaś nierealna. Co to za troska, skąd i dlaczego? Przecież to zupełnie obcy facet. Co on robi? I dlaczego? To było zupełnie obce mi uczucie. Ktoś się o mnie martwi...?!? Do tej pory to było zadanie tylko dla mnie. To ja się martwiłam o innych. To ja innym próbowałam zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Ale, żeby ktoś się o mnie martwił? To tylko sen... taki miły... ale

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zbieg okoliczności — czytnik · opowiadania