Horror · 34 min czytania
Zbieracz głosów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
*
Stoisz na stercie trupów. Ciała piętrzą się pod twoimi stopami. Wygięte i pomazane brudną czerwienią jak przerdzewiały drut kolczasty. Spomiędzy połamanych kończyn wystają twarze, wpatrują się w dal pustką rozszerzonych z przerażenia oczu. Napawają cię tym dziwnym rodzajem dumy, którą czuje architekt, gdy po raz pierwszy przechodzi po zaprojektowanym przez siebie moście. Nic zresztą dziwnego. Sam je tu przywlokłeś. Pieczołowicie ułożyłeś każde z setki ciał. Dla wszystkich znalazłeś miejsce w masie krwawego chaosu. Nie pamiętasz już nawet, dlaczego to zrobiłeś. Powód i cel zaginęły gdzieś pośród radości mordowania i szuraniu kończyn, ciągniętych po chropowatym betonie podłogi. To zresztą nie ma znaczenia. Nigdy nie miało. Tak przynajmniej twierdzą szepty, które otaczają cię miękkim całunem czułych słów, gdy po raz kolejny rozkładasz ręce i wirujesz szaleńczo na czubku czerwonego wzgórza. Głosy dochodzą zewsząd. Zupełnie jakby każda cząstka schronu, każdy odłamek potłuczonego szkła chciały pochwalić cię za dobrze wykonane zadanie. Nie przestają nawet, gdy tracisz równowagę i staczasz w dół zbocza ludzkich strzępów. Upadek nie jest bolesny. Ziemia wita cię przyjemnym chłodem zaschniętej krwi. To, że coś jest nie tak, uzmysławiasz sobie dopiero, gdy wstajesz i otwierasz oczy. Patrząc przed siebie widzisz sufit. Odruchowo dotykasz dłonią szyi, a to, co czujesz pod palcami, wydaje ci się nagle strasznie zabawne. Wybuchasz śmiechem, muskając połamane kręgi wygięte pod dziwacznym kątem. Kilka chrupnięć później głowa wraca na właściwe miejsce, lecz ty nie możesz przestać się śmiać. Zwłaszcza teraz, gdy wtóruje ci wesoły gwar otaczających cię szeptów. Nagle wszystko zamiera. Głosy odchodzą w popłochu jak stado przestraszonych kruków. Przymykasz oczy w nagłym przebłysku. Na krawędzi świadomości czujesz, że coś się zbliża. Karaluch nadchodzi z pustyni.
**
Cień sunął przez morze wydm. Poły pustynnego płaszcza falowały w rytm kroków, lekkie i jedwabiste niczym skrzydła malaków. Pustynia była przychylną gospodynią, a samum dobrym przewodnikiem. Zacierał ślady stóp suchym podmuchem, ukrywał sylwetkę podróżnika pośród tańczącego pyłu. Niósł ze sobą zapach południa, a wraz z nim przestrogę i pamięć o złożonej przysiędze. Postać biegła lekko i niestrudzenie, zupełnie jakby zdradliwe piaski były ubitym traktem. Nie zwalniała, gdy słońce smagało żarem, ani gdy niebo iskrzyło się blaskiem gwiazd. Kiedy opuszczał twierdzę w jego sercu wciąż gościła niepewność. Nie wiedział, czy może ufać słowom proroka, który niespodziewanie wyłonił się z cienia piaskowej burzy. Ze strachem pokłonił się i pozwolił, by Nabiyy napełnił go niezrozumiałą mocą. A potem przysiągł na Allacha, że będzie podążać wytyczonym szlakiem, by sprowadzić sprawiedliwość na niewiernych. Kroki wysłannika, z początku pełne strachu i zwątpienia, stopniowo nabrały pewności. Z każdą godziną coraz bardziej czuł wypełniającą go moc. A gdy odkrył, że może przebiec dziesiątki mil palącej żarem pustki, że potrafi dostrzec każdy szczegół wirujących w oddali ziaren piasku, uwierzył. Poczuł się niezwyciężony. Nieśmiertelny. Kiedy na tle nocnego nieba zamajaczył zarys samotnej osady, wędrowiec skierował spojrzenie na wschód, dziękując Allachowi za to, że raczył zesłać światłość swego proroka. Wdzięczny za powierzoną misję i rozlewającą się płomieniem w żyłach moc. Był skrzydłami Dżibrila i mieczem Mikaila. W sercu niósł sprawiedliwość. I coś jeszcze. Małą drzazgę, zasianą razem ziarnem mocy.
***
Pył wirował nad gruzami. Niesiony pustynnym podmuchem, wzbijał się ku niebu. Rozgwieżdżonej czerni, naznaczonej szarością nadchodzącego świtu. Miasto trwało w kompletnym bezruchu. Zniszczone mury pokrywa cisza. Gęsta i lepka. Gotowa zmiażdżyć każdego, kto ośmieliłby się zmącić grobowy spokój ruin. Nawet wiatr zdawał się milknąć z szacunkiem sunąc między murami. Wewnątrz jednego z tych kilku domów, które przetrwały nalot, czekały dwie postacie. Wtopione w czerń osmolonej ściany, tuż przy rozbitym oknie. Siedziały na starych skrzyniach po obu stronach kartonowej karykatury stolika. – Do tej pory nie zostaliśmy chyba sobie oficjalnie przedstawieni. – Uśmiech kobiety ginął w półmroku, a szczupła dłoń przesunęła po blacie papierowy prostokąt. – Całkiem możliwe – odpowiedział mężczyzna, zerkając na wizytówkę. Z trudem udało mu się odczytać litery połyskujące w bladym świetle pustynnych gwiazd. – Jedna rzecz nie daje mi spokoju. Co pani tu tak właściwie robi? – To, co wszyscy w moim fachu – stwierdziła, wzruszając nonszalancko ramionami. – Szukam prawdy, majorze. – Na pustyni nie ma prawdy. – Mężczyzna uśmiechnął się smutno, a jego twarz spoważniała. – Jest tylko piasek, krew i ropa. Pytałem poważnie. – Nie rozumiem, do czego pan zmierza. Usta żołnierza ułożyły się w niemal prostą linię, a w oczach błysnęła irytacja. – Proszę nie robić ze mnie idioty. Ludzi, którzy wiedzieli o tej misji, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Chciałbym też zauważyć, że jesteśmy na środku pustyni, a to, że pojawiła się tu pani przez przypadek jest mniej więcej tak prawdopodobne jak to, że w przyszłym roku zostanę miss Kansas. Zresztą, jeśli byle dziennikarka potrafi dotrzeć do szczegółów tajnych operacji wojskowych, przynajmniej kilka osób w dowództwie powinno przejść na przyśpieszoną emeryturę w zakładzie zamkniętym. Kobieta uśmiechnęła się delikatnie, opierając podbródek na splecionych dłoniach. Spodziewała się takiej reakcji. Żołnierz nie zawiódł oczekiwań. Przyszedł czas na negocjacje. – Mam szczęście, majorze – powiedziała tak, jakby mówiła o niepodważalnym prawie fizyki. – Tak absurdalnie wielkie, że zachodzi na zjawisko paranormalne. Gdy jestem w niebezpieczeństwie, zawsze znajdzie się coś, co mnie uratuje. Jeśli szukam informacji, Świat sam podaje mi je na talerzu. Oczywiście czasem trzeba wskoczyć komuś do łóżka, albo wsunąć do kieszeni wypukłą kopertę, ale zawsze wiem komu. Dziennikarki nie obchodziło, czy mężczyzna jej uwierzył. Nie powiedziała zresztą całej prawdy. Bo jak miałaby wytłumaczyć instynkt, który kazał jej tu przyjechać? Jak opisać to szalejące w umyśle przeświadczenie, że właśnie tutaj, w zniszczonej pustynnej osadzie, znajdzie temat życia? Zupełnie jakby Świat chciał nagrodzić ją za wierną służbę prawdzie i wyjawić największy ze swoich sekretów. – Zanim złoży pani nierozsądną propozycję, z której trudno się będzie wycofać, chciałbym zaznaczyć, że mam dwójkę dzieci, kochającą żonę i żywię przekonanie, że w kopertach powinny znajdować się jedynie rozkazy oraz rachunki telefoniczne. Dziennikarka przeczesała palcami włosy, zdjęła wczepioną w nie spinkę. Ruch zgrabnych palców rozsunął jedno ze skrzydełek plastikowego motyla, ukazując matową szarość komputerowego złącza. – A co, gdyby mój mały przyjaciel miał w sobie listę opłaconych oficerów i pikantne nagrania tych, którzy nad majętność stawiają hedonizm? – zapytała niewinnie, kładąc miniaturowy dysk obok kartonika wizytówki. – Odpowiednio ocenzurowane oczywiście. Twarz żołnierza nie zmieniła wyrazu, choć kobieta dostrzegła jak jego źrenice zwężają się na ułamek sekundy. Chwilę później dysk znalazł się między palcami pomarszczonej dłoni, potem w kieszeni munduru. Major przyglądał się przez moment dziennikarce. Jeśli był zaskoczony, doskonale to ukrywał. Zupełnie jakby od początku spodziewał się takiego obrotu wydarzeń. – Cóż – zaczął, spoglądając na zewnątrz z udawaną nostalgią. – Jestem już stary, więc mógłbym zacząć mówić do siebie w przypływie melancholii i nie zauważyć, że nagrywa to pani dyktafonem ukrytym w rękawie. Kobieta zaczesała niesforny kosmyk włosów za ucho, po czym oparła rękę na blacie kartonowego stolika. Palcami drugiej musnęła mankiet koszuli. Przelotnie, jakby od niechcenia. Mężczyzna odpowiedział wymuszonym uśmiechem, spoglądając na nią ukradkiem.
Część 22 / 2
****
Wszystko zaczęło się, gdy organizacja terrorystyczna, której nazwy z oczywistych względów nie mogę podać, urządziła sobie bazę w tym miasteczku. Przyszli z południa, mężczyznom dali karabiny, kobiety i starców posłali precz. Generałowie najwyraźniej uznali, że ludzie, którzy prawo do wolności wyznania manifestują seriami z AK-47, przekroczyli już nawet nasz rodzimy poziom hipokryzji i należało zlikwidować ich w jak najkrótszym czasie. Wbrew temu, co sugerują potomkowie hipisów na tych swoich śmiesznych manifestacjach, wojsko generalnie nie rozpieprza każdej zabitej dechami dziury na pustyni, więc na tę bojówkę nie padło bez powodu. Zapewniam, że oficjalnie nikt tego nie potwierdzi, ale jeśli nie wiadomo o co chodzi, to tak naprawdę wszyscy wiedzą w czym rzecz. Nad miasteczkiem przeleciało kilka samolotów, których oficjalnie nigdy tu nie było, zrzucając parę bomb, które teoretycznie nigdy nie zostały wyprodukowane. Sama pani rozumie. Polityka. To jednak nie rozwiązało problemu. Na czele społeczności stał pewien człowiek, o którym mogę powiedzieć tylko, że dorobił się fortuny za oceanem, a na starość wrócił w rodzinne strony, postawił dom, a pod nim kilka pięter schronu przeciwatomowego. Proszę tak na mnie nie patrzeć. Jestem pewien, że był przemiłym człowiekiem, ale miał manię prześladowczą. No i udzielił schronienia ukochanym przez wszystkich fundamentalistom, by przypodobać się Allachowi. Gdy nad miastem przelatywały bombowce, terroryści popijali już kawę pod solidnym, żelbetonowym stropem. W międzyczasie poderżnęli gardło swemu dobroczyńcy w ramach wdzięczności za kod dostępu do skarbca, który podarował im w przypływie naiwnej pobożności. Proszę nie pytać, skąd to wiem. Będę spał spokojniej, wiedząc, że żadna wścibska dziennikarka nie dobiera się do moich informatorów. Kiedy dowództwo dowiedziało się, że nalot nie tylko był nieskuteczny, ale zmobilizował fanatyków do dozbrojenia się, zrobiło się, krótko mówiąc, niewesoło. Więc wsadzili do samolotu mnie i pięciu chłopaków. Mieliśmy zrobić ciche rozpoznanie, sporządzić pierwszy etap planu ataku i rekwiracji skarbca, a w razie wpadki udawać zagubionych na pustkowiu dezerterów. Szło nam sprawnie. Udało się nawet podrzucić do schronu kilka mikro podsłuchów. Wtedy pojawił się pan „tajna broń”. Nie poznała go pani jeszcze, prawda? Pewnie wciąż siedzi pod ziemią i rechocze do ścian. Pewnego dnia po prostu przyszedł z północy w tumanie piasku. Chuderlawy albinos w wytartym mundurze. I do tego kompletny świr. Dałbym głowę, że potrafiłby szczerzyć się dookoła głowy, gdyby uśmiech nie musiał zatrzymać się na uszach. Z początku sądziłem, że to jakiś obdartus, który ukradł mundur jednemu z naszych, ale pan „tajna broń” przyniósł ze sobą depeszę z samej góry. Otrzymaliśmy rozkaz utrzymania absolutnej ciszy radiowej do końca misji, więc nie mogłem zweryfikować jej treści z dowództwem, ale klucze kodujące i hasło potwierdzenia były autentyczne, bez dwóch zdań. A rozkaz, to rozkaz. Nawet jeśli każe wpuścić białowłosego czubka do bazy wroga i pozostać w pogotowiu poza strefą zagrożenia. Moje zdanie na temat stanu psychicznego osoby, która pisała tę depeszę pozwolę sobie zachować dla siebie. Wie pani ilu ich siedziało w tym schronie zanim przybyliśmy? Setka. Tak, dobrze pani słyszy. Stu uzbrojonych fanatyków, przeciwko którym mieliśmy wystawić jednego świra. Nie wspominając już o wysiłku, który włożyliśmy w to, by żaden z nich nie dowiedział się o naszym istnieniu. I wie pani co się stało? Najpierw strzały. Z początku oszczędne, ale po chwili grzali, aż się ziemia trzęsła. No i wrzaski. Krzyki przerażenia tak głośne, że przebijały się nawet przez serie z karabinów. Kilka godzin pieprzonych, złowieszczych krzyków, zniekształconych przez sprzężony z pluskwami odbiornik. Włosy jeżą się na karku na samą myśl. Ale to nie było najgorsze. O nie, najgorsze zaczęło się, gdy wszystko ucichło, a ja postanowiłem wejść do środka z chłopakami. Zobaczyliśmy górę trupów. Inaczej nie umiem tego nazwać. Ten czubek zaszlachtował wszystkich, co do jednego. Nikt nie uciekł. Mordował ich kilka godzin, a przez cały ten czas nie wywinął się ani jeden. Proszę nie pytać, dlaczego. Nie wiem. Smród krwi był tak niewyobrażalny, że moi ludzie ledwo trzymali się na nogach, a proszę mi wierzyć, przeżyli już niejedno. Poza tym cisza. Martwa, cholerna cisza, która sprawiała, że miałem ochotę wrzeszczeć, byle pomieszczenie wypełnił jakiś dźwięk. A potem szuranie. Coraz bliżej, aż w końcu naszym oczom ukazał się pan „tajna broń”. Jego mundur przypominał jeden wielki krwawy skrzep, ale na twarzy nie miał nawet czerwonej kropki. Tylko ten szaleńczy uśmiech i puste oczy. Taszczył zwłoki pozbawione głowy, a obok nas przeszedł, jakbyśmy byli tylko pyłem przy drodze. W głównej hali schronu leżały ciała terrorystów. Przynajmniej pięćdziesiąt. Rzucone na podłogę, jakby ktoś chciał zbudować wzgórze z trupów. Białowłosy czubek wszedł do hali i rzucił ciągniętego przez siebie nieboszczyka na stertę innych. Proszę mnie źle nie zrozumieć, z całej siły gardziłem tymi gnojkami, a naszą narodową poprawność polityczną najchętniej wetknąłbym im wszystkim w dupy, ale wtedy w schronie nie wytrzymałem. Zastrzeliłem go. Trzy kulki w plecy, dwie w tył głowy. Ale to go nie powstrzymało. Odwrócił się do mnie i popatrzył prosto w oczy spod rozbitej pociskiem czaszki. A potem uśmiechnął się, zupełnie jakbym opowiedział świetny żart, a nie rozpieprzył mu mózg. Na moich oczach zionąca czerwienią dziura w głowie zasklepiła się. Krwawa plama najpierw się zabliźniła, a potem zniknęła zupełnie. Nawet te jego cholerne białe włosy wciąż były zaczesane do tyłu, jakby nie dotknął ich nawet lekki wiaterek.
**
Gdy tylko przekroczył granicę miasta, usłyszał wycie wiatru. Pustynia płakała nad swoim dziećmi, a jej szloch jeszcze długo będzie unosił się wraz z piaskiem pośród nadpalonych murów. On sam padłby na kolana i krzyczał aż do utraty tchu, gdyby nie świadomość, że jego bracia zjednoczyli się z Wszechmogącym. W powietrzu unosił się zapach śmierci i smród psów zza oceanu. Nawet bez wyostrzonych mocą zmysłów wyczułby ich bez trudu. Zaszyli się w swych norach i wlewali w siebie alkoholową truciznę. Nie wiedział tylko czy świętowali puste zwycięstwo, czy zabijali poczucie winy. W obu przypadkach byli równie godni pożałowania. Stąpał ostrożnie, by wiatr nie niósł echa jego kroków, choć wątpił, by te głuche psy usłyszały go, choćby nawet wpadł tu na rozpędzonym rumaku. Palcami czule obejmował rękojeść zakrzywionego miecza. Ostrze było mu przyjacielem, więc musnął delikatnie metaliczną powierzchnię i przeprosił w myślach, że będzie musiał splugawić je krwią niewiernych. Postanowił okazać im miłosierdzie szybkiej śmierci. Zdradzieckie kundle nie zasługiwały, by żyć i z całą pewnością zawyją w wiecznym płomieniu gehenny, ale ludzie pustyni zabijali z honorem. Trujące opary, świszczące kule, bomby zrzucane spod chmur, wszystko to było godne splunięcia. Tylko ostrze miało prawo pić ludzką krew. Niech Allach ich osądzi, podróżnik będzie tylko mieczem w jego rękach. Szedł do nich z wiatrem, pałając wręcz namacalną żądzą zemsty, a mimo to żaden z nich go nie wyczuł. Nie mieściło mu się w głowie jak takie pokraczne stworzenia mogły w ogóle przeżyć na pustyni. Szepty żołnierzy milkły szybko. Zamiast nich słychać było tylko dźwięk głów upadających na piasek. Krótki i miękki, prawie niesłyszalny pośród wycia wiatru. Ostatniego dostrzegł, gdy kończył wycierać ostrze w jedwabną chustę. Pośpiesznie ukrył się w wyłomie muru, besztając własną nieostrożność. Nie mógł sobie pozwolić na chwilę nieuwagi, nawet jeśli psy zza oceany były bezbronne jak szczeniaki. Żołnierz na szczęście go nie zauważył. Biegł przed siebie nierównym krokiem. Jego twarz wykrzywiał szaleńczy uśmiech, a jasne włosy odcinały się na tle brudnego munduru. Podróżnik poczuł biegnący po plecach dreszcz. Wiedział, że nie wolno mu lekceważyć tego wyszczerzonego dziwaka. Dlatego wysunął się z cienia, i ruszył za nim, stąpając miękko po zimnym piasku. Zabójczy jak skorpion.
***
– Wydaje się pan bardzo opanowany jak na kogoś, kto zobaczył takie szaleństwo. Oczywiście, jeśli to wszystko prawda. Kobieta spoglądała na majora spod półprzymkniętych powiek. Zdrowy rozsądek krzyczał, by odejść jak najdalej stąd i wymazać z pamięci tę szaleńczą historię, ale gdzieś na granicy świadomości dziennikarka czuła, że Świat nie ciągnąłby jej na pustkowie tylko po to, by z niej zadrwić. Po raz pierwszy od lat zaczęła bać się prawdy. – Gdybym chciał kłamać, wymyśliłbym coś bardziej prawdopodobnego. – W oczach mężczyzny na pół oddechu pojawił się dziwny błysk. – Wie pani, jak to jest. Istnieją rzeczy tak straszne, że wymywają z człowieka wszystko poza apatią. W przeciwnym razie musiałby strzelić sobie w łeb lub zachlać się na śmierć. Na razie mam misję i poczucie obowiązku, ale niewykluczone, że to właśnie zrobię, gdy wrócę do domu, a w nocy zacznę widywać sterty…