Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 39 min czytania

Zbrodnia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zbrodnia

Tego samego wieczoru, wzi?wszy pe?n? butelk? wina, wyszed?em przed dom i pi?em usadowiwszy si? pod drzewem patrz?c gdzie? w bli?ej nie okre?lon? przestrze?. Letnie s?o?ce sta?o ju? nisko na horyzoncie zakryte przez chmury, co w efekcie dawa?o pomara?czow? po?wiat? zachodu. Nawet nie wiedzia?em, kiedy zacz??o si? ?ciemnia? i niebawem noc spowi?a si? g?sto wokó? mnie. Mia?em pustk? w g?owie, mimo ?e tyle my?li si? w niej k??bi?o. - Jeszcze pokrzy?uje mi plany! I jaka ona sprytna i przebieg?a, kto by pomy?la?. Hehe, no prosz? okazuje si?, ?e nawet nie zna?em w?asnej ?ony. A mo?e ona si? po prostu zmieni?a przez te wszystkie lata a ja nawet tego nie zauwa?y?em? Najwyra?niej tak, bo kiedy? taka przecie? nie by?a. - mia?em wyra?n? ch?? pogadania z kim?, a ?e nie znajdowa?em, co oczywista, wokó? siebie nikogo, zacz??em rozmawia? z Nim, czuj?c wci?? Jego ci??ki wzrok na sobie, jakby gapi? si? na mnie tymi swoimi migocz?cymi ju? na niebie pierwszymi wieczornymi gwiazdami. W gruncie rzeczy to ja mówi?em, czasem wstawa?em, szed?em kilka kroków przed siebie, potem znów wraca?em na miejsce i znów siada?em, zapa?a?em kolejnego papierosa i poci?ga?em z butelki. ?a?owa?em jednak, ?e nie mia?em cho?by psa, który niezale?nie od tego, co bym w ?yciu robi?, nigdy by mnie nie ocenia?, zawsze by si? gdzie? pl?ta? pod moimi nogami i macha? przyjacielsko ogonem a ja móg?bym mu opowiada?, co le?a?o mi w danym momencie na sercu. Ale có? by?o robi?, nie mia?em psa, wi?c zosta? mi ju? tylko On – milcz?cy i odwieczny s?dzia. - Wiesz co, siedz? sobie i pij? bo mam na to ochot? i mam gdzie? to, co ona mówi! Ale po co ja to Tobie t?umacz?, przecie? Ty i tak wszystko wiesz. Mam nadziej?, ?e i Ty nie b?dziesz mi zabrania?? Uwa?asz mo?e, ?e ona ma racje, ?e jestem pijakiem? Daruj sobie, nie oceniaj mnie w ten sposób. Ale zaraz, zaraz! Przecie? Ty w?a?nie lubisz ocenia? i widz?, jak patrzysz na t? butelk?. Owszem lubi? si? napi?! Twoje zdrowie! Zapalisz? Nie, przepraszam, Ty nie palisz! Ale ja pal?! A wiesz, dlaczego? Bo lubi?. I pije te?, bo lubi? bo nie ka?dy jest taki, jak Ty kolego. Nie pali, nie pije, nie zdradza, a mnie si? zdarza to wszystko i co powiesz? Tak, jestem grzesznikiem, ale przecie? nie tylko ja. Co zrobi?? Takie jest ?ycie. A tak w ogóle, czy ja si? prosi?em na ten ?wiat? Kto? pyta? mnie o zdanie? Nikt! Wi?c, o co chodzi? Zreszt?, nie wa?ne, napijmy si?! Ludzie zawsze to robili, i jeszcze gorsze rzeczy, wi?c masz mo?e do mnie jakie? specjalne pretensje? A wiesz co, przypomnia?em sobie, ?e ja by?em przecie? kiedy? ministrantem, no ale to by?o dawno. A teraz nie bardzo by mi to ju? pasowa?o ale na staro?? si? poprawi?, zaczn? chodzi? do ko?cio?a, jak dawniej i w ogóle si? poprawi? ale na chwile obecn?, wybacz, jako? si? to wszystko pogmatwa?o. Zreszt? ?ycie jest d?ugie, nadrobimy zaleg?o?ci, nie martw si?. – znów zacz??em chodzi? po ogrodzie, gestykuluj?c i zadzieraj?c g?ow? do góry, a od czasu do czasu nawet wygra?a?em Mu pi??ci?. Kiedy znudzi?a mnie rozmowa ze Stwórc? zacz??em zastanawia? si? nad planowan? zbrodni?. - Niepotrzebnie si? z t? Ad? wyda?o. Mog? mnie pó?niej podejrzewa?. Szlag by to trafi?! Co zrobi?? Naj?mieszniejsze jest to, ?e rozmawia?y ze sob?. Hehehe, te? co?! O czym tu rozmawia?. – mówi?em szeptem sam do siebie i zaraz kiedy us?ysza?em swój g?os, wróci?em do mojego rozmówcy. - Ale s?ysza?e?, ?e Beata te? mnie zdradza?a? Sama si? przyzna?a. Ale ona i tak mnie nie przebije bo ja Ci niebawem wy?l? dwie dusze troch? wcze?niej ni? pewnie im planowa?e? tak? podró? ale mam nadziej?, ?e nie sprawi ci to ró?nicy, bo i tak przecie? wszyscy pomrzemy pr?dzej czy pó?niej. Nigdy wcze?niej bym nie podejrzewa?, ?e i j? b?d? chcia? kogo? zabi? ale sam zobacz, jaka wredna z niej suka, i jak mnie poni?y?a. Cz?owiek przecie? zas?uguje na szacunek, na szczer? rozmow? i cho?by s?owo wyja?nienia. Nie mo?na przecie? jeszcze poprzedniego dnia i?? z kim? do ló?ka, a ju? nast?pnego, traktowa? go jak powietrze. To boli, a ja nie pozwol? si? tak traktowa? i mimo, ?e ty mówisz wybaczaj, ja nie wybacz?! Nie miej mi tego za z?e ale rozumiesz, jak ze mn? jest. – i znów wsta?em z ?awki, zrobi?em kó?ko po ogrodzie bo zachcia?o mi si? nagle chodzi?. Za chwil? usiad?em na hu?tawce, pobuja?em si? troch? i nast?pnie wystrzeli?em z niej do góry i podszed?em do furtki. - Id? na spacer! – wybe?kota?em do siebie i zaraz ju? szed?em przez okoliczne pola. Chwil? pó?niej przypomnia?em sobie o moim milcz?cym rozmówcy. – Aaaa, jeste?! Bo ju? my?la?em, ?e sobie poszed?e?, tak cicho tam siedzisz! Ze mn? mo?esz porozmawia?, nie ma problemu. Ale jak nie chcesz, to ja b?d? mówi?. I powiem ci, ?e ja nie mam ?atwego ?ycia i we? to tak?e pod uwag?. Ada, wiesz ta suka, zrani?a moje serce, a takich rzeczy si? nie puszcza p?azem, trzeba ten problem rozwi?za? i Andrzejek go rozwi??e, a wiesz dlaczego? Bo Andrzejek jest m??czyzn?, a m??czy?ni nie zostawiaj? takich spraw, i to si? tyczy te? Adama, bo i on sobie zas?u?y? na to. Nie ma tak dobrze, ?e mo?na sobie fika?, a potem jakby nigdy nic, ?y? sobie dalej, musi by? sprawiedliwo?? i ja jej dopilnuj?. – nie zwa?aj?c na przeszkody szed?em przez zaorane pole prosto w kierunku lasu bo tak by?o do niego najbli?ej. - Szkoda, ?e nie wzi??em ze sob? pistoletu! Wracam si? po pistolet! Mo?e co? bym nawet upolowa? w tym lesie! Albo nie! Jutro postrzelam! Nie wa?ne, nied?ugo upoluj? przecie? Ad? i Adama. Ja ju? to zorganizuje! A pami?tasz, jak znalaz?em ten pistolet na strychu mojej szko?y? Tak bardzo chcia?em go wtedy mie? ale Gienek mi go zabra?! Prosi?em ale nie chcia? mi go odda?. Pó?niej chcia?em mu go ukra?? ale si? nie uda?o. Jedynie przez d?ugi czas ?ni? mi si? po nocach, a ja nie mog?em go mie?. Marzy?em o nim d?ugie lata, tak mi jako? zapad? w pami?ci. Nie potrafi?em o nim zapomnie?. Ale teraz ju? mam lepszy i nikt nie mo?e mi powiedzie?, ?e jestem za ma?y! Jako doros?y mam prawo posiada? bro?, skoro mam na to ochot?. Beata nie mo?e mi go odebra?! Dobrze, ?e mam ten sejf, bo inaczej pewnie by mi go gdzie? schowa?a. Kobiety nie rozumiej? takich rzeczy i trzeba to im wybaczy?. Ale ty b?dziesz musia? tak?e i mnie wybaczy?, bo b?d? musia? kogo? zabi? z mojej broni i to mo?e nawet jutro. Im pr?dzej, tym lepiej. Id? spa? bo jutro musze t? spraw? definitywnie zamkn??! Potykaj?c si? i przewracaj?c si? kilka razy, wróci?em przez te same pola do domu. Mimo b?ota jakim by?em pokryty, wszed?em do domu by wzi?? kolejn? butelk? i koc bo chcia?em spa? na dworze. Roz?o?y?em si? na hamaku, który wisia? cale lato mi?dzy dwoma drzewami, które sam posadzi?em par? ?adnych lat wstecz. – No to dobranoc mój milcz?cy Kolego. Szkoda, ?e taka jest tylko z Tob? rozmowa. Ja gadam, opowiadam a Ty wci?? swoje, to znaczy nic. ?eby? tak mi co? rzek? kiedy?, da? jaki? znak. A Ty wci?? nic. Szkoda gada?. – to rzek?szy, zamkn??em oczy i zaraz zasn??em. W stanie mocno nietrze?wym zasypia?em dos?ownie w kilka sekund i zawsze ?a?owa?em, ?e bez alkoholu ju? nie by?o tak ?atwo. Jednak sen, który mi si? przy?ni? by? wyj?tkowy, mo?e nawet bardziej ni? zwykle po alkoholu. Znajdowa?em si? w jakim? wielkim pomieszczeniu, przypominaj?cym sal? balow? ?redniowiecznego zamku z czerwonej ceg?y, z suto zastawionymi sto?ami, za którymi siedzieli rozmaici ludzie i rozkoszowali si? jad?em i napitkiem, rozmawiaj?c i ?miej?c si? cz?sto. Wokó? biega?y psy a za nimi g?aszcz?ce je dzieci, gdzie? w g??bi przygrywali muzykanci, a tancerze pl?sali w rytm ich muzyki i wykonywali ró?ne niezwyk?e akrobacje, przecz?ce cz?sto prawom ziemskiej fizyki. Ale nie to by?o najdziwniejsze, tylko uczucie silniejsze ni? jakiekolwiek inne doznane wcze?niej, ?e jestem w Niebie. Sta?em tam i wiedzia?em, ?e to jest w?a?nie Niebo i w?a?nie to uczucie by?o bardziej niezwykle ni? sam obraz. Podszed?em do okna a widok by? naprawd? imponuj?cy, bo oto poni?ej, pod zamkiem, rozci?ga?a si? i?cie bajkowa kraina, z zielonymi pagórkami i o?nie?onymi szczytami górskimi w dali, ró?nobarwnymi lasami, przepi?knymi ogrodami rozbrzmiewaj?cymi ?piewem ptakowi, z dziwnymi i i?cie fantastycznymi budowlami, oraz rozmaitymi zwierz?tami a niektóre widzia?em po raz pierwszy, no i lud?mi rzecz jasna, którzy w atmosferze pokoju i mi?o?ci spacerowali tudzie? unosili si? w powietrzu, rozmawiali, ?miali si?, grali w ró?ne gry emanuj?c niespotykanym dobrem i rado?ci?. Na niebie ja?nia?o nie jedno s?o?ce ale dwa i do tego jeszcze rysowa?y si? na nim owale kilku mniejszych i wi?kszych planet a jedna z nich mia?a nawet ogromny kolorowy pier?cie? wokó? swojego równika. Nie mog?em si? napatrze? i nadziwi? zw?aszcza, ?e w m?odych latach pasjonowa?a mnie astronomia. - Czy podoba ci si? tutaj? – us?ysza?em niezmiernie pi?kny glos za plecami. Odwróci?em si? i zobaczy?em… Jego, takiego samego, jak na tych wszystkich ?wi?tych obrazkach - m??czyzn? o smag?ej twarzy z d?ugimi ciemnymi, k?dzierzawymi w?osami i brod? i z tym niezwykle ?agodnym spojrzeniem. To by? On, nie mailem w?tpliwo?ci. - Tak! O tak. – odpar?em. - Jak?e tu pi?knie! - Mój Ojciec to wszystko przygotowa? dla ciebie. - Dla mnie? - Tak dla Ciebie. – u?miechn?? si? do mnie i znikn??, On i wszyscy inni, muzyka usta?a, usta? wszelki ruch, zosta?em tylko ja. Ogie? dalej trzaska? w kominku, na sto?ach migota?y ?wiece, cho? by? jasny dzie?. - Jak to wszystko dla mnie? – pomy?la?em. Wyszed?em na wielki balkon, z którego ca?a ta bajkowa panorama ?cieli?a si? u mych stop, jakby istotnie nale?a?a tylko do mnie. I tak w?a?nie czu?em te? ca?ym sob?, ?e wszystko to by?o specjalnie dla mnie, nie by?o tu mowy o anonimowo?ci o mrowisku, o którym mówi? mi Adam. To wszystko by?o naprawd? dla mnie. Czas jakby przesta? p?yn??, a ja stoj?c tak na tym balkonie, zrozumia?em wszystko, co do tej pory mnie spotka?o. Wszystkie wydarzenia przemyka?y mi wci?? przed oczami – czu?em je i rozumia?em. Wszystkie chwile, które si? sta?y tam na Ziemi, gdziekolwiek ona teraz by?a, by?y obecne w chwili, kiedy tylko o nich pomy?la?em.. Mia?em niczym nie skr?powany dost?p, mówi?c najogólniej, do wszystkiego. Mo?na powiedzie?, ?e sta?em si? absolutnie o?wiecony ale te? kocha?em, kocha?em ca?ym sercem wszystko i ??cznie z sob? samym. Kiedy pomy?la?em o Nim, stan?? znów przede mn? w aureoli bezgranicznej mi?o?ci. Kiedy pomy?la?em o uczcie, znowu rozbrzmia?a, jak j? zasta?em na pocz?tku. Wystarczy?o, ?e pomy?la?em. - Dziwisz si?? – zapyta?. - Nie, teraz ju? wszystko wiem, wszystkich kocham bez ró?nic, nawet…Adama. Jakie to oczywiste, ?e i jego kocham! – odpar?em a mo?e tylko pomy?la?em i nagle otoczenie si? zmieni?o, sta?em na pla?y wokó? mnie grzmia? ocean bij?c falami o bia?y piasek wybrze?a, palmy ko?ysa?y si? na wietrze wysoko nad moj? g?ow?, a mewy rozdziera?y swoim piskiem powietrze. W oddali wyrasta?y z wody przepi?kne wyspy, otoczone rafami koralowymi a w?ród nich rysowa?y si? kontury ró?nych stateczków. Horyzont by? tak b??kitny, ?e mo?na by?o zachwyca? si? tylko samym tym b??kitem. Kontemplowa?em ten widok, zapach s?onej wody niesionej przez gwa?towny wiatr, który ??czy? si? z zapachem gor?cych zaro?li po?ród których sta?em. I przez moment pomy?la?em o chwilach podobnych, kiedy kontemplowa?em nie raz wiejski krajobraz czuj?c, ?e jest co? wi?cej, co? czego wtedy nie potrafi?em uchwyci?, co? za czym nie mog?em pod??y?. Co? co majaczy?o si? jedynie we mnie ale co te? pozostawia?o pewien niepokój. Teraz go ju? nie by?o bowiem nie by?o ju? dla niego miejsca, poniewa? ca?y by?em wype?niony czym? innym. Trudno to by?o nawet nazwa?. Tego si? do?wiadcza?o. Nie sta?em tam sam bo oto rami? w rami? by? ze mn? on i tak samo jak ja patrzy? na to wszystko spogl?daj?c od czasu do czasu na mnie, jak jaki? mój najlepszy przyjaciel a mnie to wcale nie dziwi?o. Zamkn??em oczy i za ka?dym razem, kiedy tylko o czym? pomy?la?em – stawa?o si?. W?drowa?em w czasie i przestrzeni. Przemierza?em l?dy i oceany, przestworza i kosmos i t? historie, któr? na Ziemi cz?owiek uj?? w ramy czasowe, tu mog?em odtwarza? ile razy chcia?em i z ka?dej perspektywy, ot cho?by mog?em by? na przyk?ad drzewem i patrze? z wysoko?ci jego ga??zi, jak przez pi??set lat zmienia?a si? polana, na której sta?em, jak toczy?y si? na niej ?redniowieczne bitwy znane mi jedynie z ksi??ek. Ba! Widzia?em Wielki Wybuch. By?em dok?adnie w jego ?rodku. A kiedy spojrza?em wokó? i pomysla?em o uczcie, znów stan??em na pla?y a ca?a zabawa z zamku odbywa?a si? teraz w?a?nie tutaj, jakby nigdy nic. Nie dziwi?o mnie to bo tak si? to tutaj odbywa?o. Kiedy tak chodzi?em albo i nie chodzi?em bo przecie? nie musia?em tego robi? ?eby by? gdzie? indziej, rozpoznawa?em ludzi, których do tej pory nie zna?em a najdziwniejsze by?o to, ?e kogokolwiek mija?em od razu do?wiadcza?em uczucia, ?e wiedzia?em o nim wszystko. Siedz?c tak na tej cudnej pla?y i wpatruj?c si? w pokazy akrobatów zauwa?y?em k?tem oka, ?e co? si? zacz??o zmienia? w tej cudnej aurze – b??kit nieba stawa? si? coraz bledszy, kolorowe wyspy na horyzoncie zacz??a spowija? delikatna mg?a, która nieustannie zbli?a?a si? w moim kierunku, i co dziwne pierwszy raz zacz??o by? mi tutaj nieprzyjemnie bo poczu?em ch?ód, który bardzo szybko narasta? a? ogarn?? mnie ca?ego, tak ze zacz??em si? trz???. I tak si? obudzi?em. Na dworze by?o szaro i zimno. Pomy?la?em o moim ?ó?ku w sypialni ale niestety tutaj ta sztuczka z lataniem nie dzia?a?a i nie poszybowa?em w przestworzach a le?a?em niestety dalej na hamaku mocno wtulaj?c si? w koc. Wygrzeba?em papierosa i zapali?em. W butelce by?o jeszcze troch? wina. Napi?em si? na rozgrzewk?. – Mo?e to mi raju nie zast?pi ale zawsze to ju? co? – pomy?la?em. Niebawem widzia?em ze swojego legowiska jak ?ona wyje?d?a?a do pracy swoim samochodem. – Ta to ma zdrowie, wstaje codziennie o pi?tej rano, godzin? si? maluje i o szóstej ju? jedzie do tego swojego banku. Kariera! Tfu! – pomy?la?em z obrzydzeniem cho? w duszy oczywi?cie zazdro?ci?em jej. Nie wygra?em z zimnem i uciek?em do sypialni. Znowu zasn??em. Tym razem nic mi si? nie ?ni?o. Kiedy wsta?em zacz??em szwenda? si? po ca?ym domu bez wi?kszego celu, do pracy mi si? nie spieszy?o cho? wiedzia?em, ?e musz? si? tam dzi? pokaza?. – Musze? Hmmm ale po co, ?eby znów napycha? tym bogaczom kieszenie? Nie, to si? musi sko?czy?! No bo cho?by ten gówniarz, ledwo co dosta? si? do naszej korporacji, a ja ju? musz? pracowa? na jego konto. On b?dzie spija? ?mietank?, a nie ja. Ja mog? jedynie zarobi? troch? wi?cej lub troch? mniej ale w ten sposób nigdy nie dojd? do ?adnego awansu, karty zosta?y ju? rozdane. Tak. Ziemia to nie raj niestety! - tu przypomnia? mi si? mój rajski sen i od razu po?a?owa?em, ?e si? obudzi?em bowiem tak niewiele znów rozumiem, nie mówi?c ju? o podró?ach w czasie i przestrzeni. - I co to za absurd, ?e w tym ?nie kocha?em nawet jego. Mo?e lepiej, ?e to by? tylko sen bo a? mnie teraz ciarki bior?, jak o tym pomy?l?. Có?, zróbmy to, co mamy czyni?! Tym razem przykr?ci?em do rewolweru spokojnie t?umik, ca?o?? schowa?em do kabury i w?o?y?em do teczki. Skoro by?em gotowy, pojecha?em do pracy. Znów przywita?y mnie jakie? analizy na komputerze, kolejne telefony, kolejny raz zaliczy?em dwóch klientów na mie?cie, czemu niestety nie towarzyszy?a mi ju? Ada, tak, ?e motywacja do wyjazdów wyra?nie spad?a. Ale tego dnia mia?em przecie? zako?czy? spraw?. To by?o najwa?niejsze. – Dzi?, dzi?, koniecznie dzi?! Musze si? uwolni?, odetchn??, zrobi? to i jak gdyby nigdy nic wróci? pó?niej do domu zrobi? sobie s?odkiej herbaty i obejrze? w telewizji jak?? g?upi? komedi?. Zarówno pierwszy jak i drugi klient, z którymi mia?em dzi? spotkanie, specjalnie nie sprawi? mi problemów i do?? ?atwo nak?oni?em obu do z?o?enia podpisu pod umow? ubezpieczeniow?, co w mojej pracy stanowi?o ju? 90 procent sukcesu bo rzadko kiedy, kto? po podj?ciu decyzji rezygnowa?, niejako zaprzeczaj?c tym samym s?uszno?? swojej wcze?niejszej decyzji o przyst?pieniu do funduszu. Ludzie lubi? wierzy? w s?uszno?? swoich decyzji nawet, jak wiele wskazuje na to, ?e nie maja racji. Cz?sto z tego korzysta?em. Pierwszy z moich klientów by? sympatycznym i rubasznym panem po pi??dziesi?tce, którego ?ona namówi?a, jak wynik?o z rozmowy do za?o?enia polisy gwarantuj?cej jej i ich dzieciom wysokie odszkodowanie w razie jego ?mierci. Sporo ludzi tak w?a?nie robi?o, dzi?ki temu firmy, takie jak moja obracaj?c pieni?dzmi klientów bogaci?y si? inwestuj?c je to tu, to tam. W tego typu ubezpieczeniach wa?ne by?o aby wzbudzi? w cz?owieku potrzeb? poczucia bezpiecze?stwa a nawet l?k w razie braku polisy. Ludzie wybieraj?c ubezpieczenia na ?ycie nie tylko my?leli o sobie i bliskich ale ubezpieczali si? cz?sto dla ?wi?tego spokoju i zaspokojenia w?asnej dumy bo wielu lubi?o p?aci? i to nawet s?ono, skoro mieli pieni?dze a to polepsza?o im samopoczucie, ?e s? kim? wyj?tkowym. Drugi klient, okaza? si? samotnym facetem ko?o czterdziestki, który da? si? przekona? podczas wcze?niejszej rozmowy telefonicznej, na spotkanie ze mn?, podczas którego mi?li?my ustali? wspólnie inny sposób inwestowania jego pieni?dzy. Obecnie bowiem wp?aca? comiesi?cznie t? sam? kwot? na rachunek oszcz?dno?ciowy banku. Zaproszony przez niego do mieszkania, siedzia?em w saloniku i czeka?em na kaw? z ekspresu, któr? gospodarz w?a?nie przygotowywa? w kuchni. Pomijaj?c rozliczne grzeczno?ci i komplementy jakimi próbowa?em zaskarbi? sobie jeszcze na samym pocz?tku przychylno?? nieznajomego, nasza rozmowa wygl?da?a nast?puj?co. - Nawi?zuj?c do naszej rozmowy telefonicznej zrozumia?em, ?e nie ma pan rodziny? - Niestety. – westchn?? mój klient nieco skonfundowany. - ?adnych krewnych? - Nie mam nikogo, zatem w razie mojej ?mierci nie mam kogo uposa?y?, jak pan to wtedy okre?li?. - Tak. Ale sposób zawsze si? znajdzie, i dlatego jestem teraz u pana bo ja si? w?a?nie na tym znam. Dobrze, ze si? spotkali?my bo co? razem wymy?limy, prawda? - Mam nadziej?. S?odzi? pan? - Jeszcze nie, ju? s?odz?. – odpar?em. - Mo?e ciasteczko? – podsun?? mi metalowe pude?ko. - Pan chyba lubi s?odycze? – zapyta?em gospodarza. - O tak nie mog? bez nich ?y?! - A wie pan, ?e ja te?. Tak si? ju? cz?owiek do nich przyzwyczai?, ?e ?adn? si?? bym sobie teraz nie potrafi? ich odmówi?. – skosztowa?em, by?y ca?kiem przeci?tne, jednak nie mog?em tego da? po sobie pozna? – Dobre! Naprawd? dobre! – doda?em. - Có?, co do ubezpieczenia, to oczywi?cie mo?e pan uposa?y? w?a?ciwie kogokolwiek, nie musi to by? przecie? rodzina, skoro pan jej nie ma. - Jak to? - A jaka to sprawi panu ró?nic? tam? No wie pan, po drugiej stronie, w razie pana ?mierci rzecz jasna. Tu na ziemi, na pewno ka?dy z takich pieni??ków, celowo u?y?em tego s?owa, ch?tnie jeszcze skorzysta a dla pana i tak ju? nie b?dzie ró?nicy, bo widzi pan, tam cz?owiek do szcz??cia nic nie potrzebuje a tym bardziej ?wiadomo?ci, komu te pieni??ki b?d? s?u?y?. Tam – kontynuowa?em patrz?c przez okno niby w jakim? natchnieniu – jest po prostu inaczej. Czy wierzy pan w Boga? - Tak, wierze, oczywi?cie, ?e wierz?. Bo widzi pan ta moja samotno?? jest trudna a jedynie wiara pomaga mi w niej wytrwa? i nie zwariowa?. - A widzi pan! Ja to doskonale rozumiem bo te? by?em kiedy? samotny – sk?ama?em. - Ale o?eni?em si? mo?na powiedzie? rzutem na ta?m? w wieku czterdziestu lat. A pan ile ma? – i znów oczywi?cie sk?ama?em bo mia?em dopiero trzydzie?ci sze?? lat a ?lub wzi??em jeszcze…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%