Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 55 min czytania

Zbrodnia, czyli dzień drugi z życia Arkadiusza, ty

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zbrodnia, czyli dzień drugi z życia Arkadiusza, tym razem, oczami jego samego.

Poznaliście już jeden dzień z mego, jakże barwnego i bogatego wewnętrznie życia. To ja Wam, w takim razie, opowiem drugi: Obudziłem się trochę niewyspany, a trochę wyspany. W ogóle czułem się tak „trochę”. I bolała mnie nieco noga. - Pewnie to przez ten wczorajszy pojedynek – pomyślałem – Co prawda, walczyliśmy na kciuki, ale kto to tam wie... W mieszkaniu moim było dość duszno. Bardzo możliwe, że to przez szczelnie zamknięte okna. Ale to dlatego, iż od dziecka bałem się przeciągów, może nie tyle przeciągów, co dynamiki, aktywności, a przecież właśnie takimi cechami odznaczają się owe przerażające ruchy powietrza! Na tym tle duszność jest niezwykle pasywna, bierna, a nad czymś statecznym łatwiej zapanować, prościej się w nim odnaleźć. Jednak, duszności, jak już wspomniałem, nie lubiłem, tak też, po powierzchownym umyciu się i ubraniu, wyszedłem z mieszkania. Teoretycznie, na zewnątrz jest o wiele bardziej dynamicznie, jednakowoż owa dynamika rozmyta jest wśród olbrzymich obszarów rozległego miasta, wśród wielkiej dynamiczności otwartych przestrzeni, co sprawia, że jest niejako osłabiona, nieszkodliwa. Miasta mojego też nie lubiłem. Aczkolwiek mniej niż pustego, dusznego samotnością mieszkania. Może bardziej nie przepadałem za mieszkańcami metropolii, niż za nią samą. Uważałem, że są jacyś dziwni. Odkąd wyszedłem owa nienormalność mi towarzyszyła (i tak już miało pozostać przez cały dzień, ale o tym cyt! cyt!). Najpierw przyplątał się do mnie jakiś mężczyzna. Szedł za mną i trochę kuśtykał. Ja w lewo, on w lewo. Ja w prawo, on w prawo. Ja sznurowałem buty, on też, mimo że nosił sandałki! Kroczyłem mocno zaniepokojony, a to dlatego, iż mężczyzna ów nie wyglądał podejrzanie. Ach! Gdyby wyglądał! Wtedy sprawa byłaby jasna, klarowna, prosta. Znaczyło by to, że facet jest psychopatycznym mordercą tudzież jakimś zboczeńcem. On by znał swoją ofiarę, ofiara znała by swego przyszłego oprawcę. Co by nie mówić, byłaby to, ze wszech miar, zdrowa sytuacja. A tak? Nie miałem pojęcia kim jest! Cóż za dręcząca niepewność! Właśnie to, że wyglądał całkiem normalnie było najbardziej przerażające! Niby zwyczajny człowiek, a śledzi! Tu udaje przeciętnego, praworządnego obywatela, a łazi, a dręczy, a spokoju nie daje i pewnie oblizuje się jeszcze! W ogóle z tym jego śledzeniem to była dziwna sprawa. Zachowywał się bowiem, jak gdyby chodził za mną tylko tak trochę, połowicznie. Ach! Żeby tylko! Najgorsze było to, że ubrany był, oprócz spodni, butów itp., w koszulę. Taką zapinaną na guziki. Odpinaną, zresztą, też na guziki. Chodzi mi o to, że mężczyzna ten miał tę koszulę trochę odpiętą, a trochę zapiętą. Patrząc na niego nigdy nie wiedziałem, czy ma ją do połowy otwartą, czy do połowy zamkniętą. Szedł za mną i nieustannie zapinał lub odpinał jakiś guzik. Jego zachowanie zależało od zmieniających się okoliczności. Jeśli przechodziliśmy obok kościoła to zapinał się prawie na ostatni guzik, a jak na horyzoncie ukazywała się co bardziej ponętna dziewczyna, odpinał ją niemal całkowicie, odsłaniając swój trochę umięśniony tors. Sytuacja w jakiej się znalazłem denerwowała mnie, więc nagle stanąłem, szybko się odwróciłem i jeszcze szybciej podbiegłem do osłupiałego mężczyzny, który mnie śledził. - Czy pan za mną chodzi? – zapytałem się prosto z mostu, bez owijania w bawełnę. - Tak, chodzę – odparł nieco przestraszony. Zapiął guziki. Po czym odpiął jeden i znów go zapiął. W ogóle, podczas całej tej rozmowy nieustannie bawił się swoją koszulą. - A czemu pan to robi? - Ale proszę pana, kiedy ja tak trochę tylko! – odpowiedział niewyraźnie, półgębkiem; odpiął guzik. - Trochę, nie trochę, ale pan robi! I ja się absolutnie domagam kategorycznej odpowiedzi: dlaczego! – powiedziałem już nieźle zirytowany. - Ja...ja nie wiem... – odrzekł smutno, jednak patrząc w bok, myśląc jak gdyby o czymś innym; zapiął guzik. - Jak to pan nie wie? Śledzi mnie pan, prześladuje pan mnie, a nie wie pan dlaczego? - No właśnie dlatego chodzę za panem...;zapiął guzik, odpiął guzik. - Nie rozumiem! - Myślałem, że...gdy będę nieustannie chodził za panem, to w końcu jakimś dziwnym, magicznym (odpiął guzik) sposobem się dowiem, dlaczego za panem łażę. Ja wiem, iż brzmi to pokracznie, zgoła niecodziennie (zapiął guzik), ale ja nie wiem, czemu za panem poszedłem i z jednej strony chciałem przestać, bo świadom jestem, iż śledzenie nieładna rzecz (zapiął drugi guzik), a z drugiej miałem nadzieję, że idąc za panem dowiem się, czemu zacząłem pana prześladować! Uff! (rozpiął całą koszulę, no, prawie całą) Powiedziałem! Czy teraz pan rozumie? - Pan jest wariat! – odparłem szorstko, a na dokładkę rzuciłem jeszcze – I by się pan, na miłość boską, zapiął! Jak pan wygląda! Żegnam pana! To rzekłem i, zadowolony, że tak mu powiedziałem, wolnym krokiem odszedłem od niego, wesoło sobie pogwizdując. Raz tylko się odwróciłem i dostrzegłem, że mój niedawny, jakby nie było, prześladowca był trochę obrażony, nieco zdezorientowany oraz jakby zagubiony... Ta jego połowiczność, nieokreśloność, czy też to jego niezdecydowanie, niesprecyzowanie, wytrąciły mnie ze świetnego, mimo wszystko, humoru. Jednak, wciąż radosny, kontynuowałem moją wędrówkę. Nie wiedząc czemu, stanąłem na przystanku autobusowym. Było to o tyle dziwne, iż nie lubię podróżować komunikacją miejską. Zresztą, nie chciałem nawet nigdzie jechać. Po dziś dzień zastanawiam się po co tam stanąłem! Cóż, nie wszystkie nasze decyzje, jak widać, muszą być racjonalne. I jak się okazało, miałem nosa, aby tam się zatrzymać. Gdybym tego nie uczynił, nie byłbym świadkiem pewnej, mimo wszystko, smutnej przygody. Oto ona: Komunikacja miejska, jak wiadomo, może być przyczyną wielu poważnych chorób, defektów umysłowych, ciężkich stanów duchowych, a nawet urazów psychicznych. Pewien młody mężczyzna odczuł to na własnej skórze. Jego autobus spóźniał się. Fakt ten okropny, straszliwy w swojej brutalności oraz przerażająco dosadny w swojej niezaprzeczalności spowodował nagłe zainteresowanie młodzieńca sprawami metafizycznymi: - Przepraszam panią najmocniej! – zagadnął zupełnie nieznaną mu kobietę - choć w pewnym sensie niezmiernie mu bliską, gdyż, tak jak on - oczekującą na autobus. Tym samym, była jego znajomą w niecierpliwieniu się, krewną w wyglądaniu, kuzynką w staniu, siostrą w czekaniu, jego przystankową towarzyszką. – Kim ja jestem? – spytał pełen wiary w nadejście wspaniałej, mądrej i zadawalającej go odpowiedzi. Przepełniony był nabożnym, pełnym czci lękiem, niczym starożytni Grecy, oczekujący zbawiennych słów Pytii. - Przepraszam, ale ja nietutejsza jestem. – odparła z ewidentnym smutkiem, po czym zupełnie bezradnie, troszkę nieudolnie, prawie niewyraźnie (sepleniąc odrobinę) dodała - Zresztą, nie mam telewizora. Nie tego oczekiwał. Nie tego! On pragnął odpowiedzi na to najbardziej fundamentalne pytanie, zasadnicze dla jego funkcjonowania, niesłychanie ważne dla jego egzystencji, kluczowe dla jego „być lub nie być”! A ona co? Z czym ona mu wyskoczyła? I tym samym zniżyła go swego poziomu, zdewaloryzowała jego problemy, zdeprecjonowała jego rozterki! Nietutejszością go zbyła! Obcością ośmieszyła! Brakiem telewizora poniżyła! Ach! Co za wredna kobieta! Jednak, ponieważ był młody, tak więc, niejako z definicji, dysponował znaczną ilością entuzjazmu. I tylko troszkę zrażony, mimo wszystko pełen wiary w sukces, zaczepił przechodzącego obok mężczyznę: - Przepraszam bardzo, może pan będzie mógł mi pomóc! - Tylko szybko, śpieszę się. O co chodzi? - Chciałbym się dowiedzieć, jakie jest moje miejsce we wszechświecie, albo inacz… - Co pan? Co pan? Zwariował pan, czy jak? Z choinki się pan urwał, czy co? Z księżyca spadł? Z Chin pan przyjechał? - Ale jak to? Ja nie rozumiem! Ja tylko przecież… - Wariat! Wariat! Jak mi Bóg miły! Wariat! Ta odpowiedź zaniepokoiła młodzieńca, ostudziła jego zapał oraz zasiała w nim niepewność. Jednak, był on niezmordowany w dążeniu do Prawdy, nieugięty w poszukiwaniu Absolutu. Poza tym, autobus cały czas nie przyjeżdżał… - Przepraszam! Czy wie może pani, kiedy jestem prawdziwy, najbardziej autentyczny, maksymalnie szczery i całkowicie własny? – zapytał się stojącej nieopodal kobiety. - Tak, tak, wiem co pan czuje! Ach! Ach! Cóż to za zagadnienie! Ileż to ja nad nim spędziłam czasu! Weźmy dla przykładu bobry. Zwierzęta te, uważa pan, mają ogon! Tak, tak, ogon mają! Ogon! Ha! Ogon! Nie inaczej! Rozumie pan? Ogon! Ha, ha, ha, tralalala! Te słowa wyraźnie zdenerwowały młodego człowieka. Ta kobieta przecież śmiała mu się w twarz, poniżyła go, ogonem bobrzym wtrąciła w wielką beznadzieję, wyzwoliła drzemiące do tej pory pokłady agresji, obudziła w nim wilka, niedźwiedzia! Można się było tego spodziewać! Zwierzę uwolniło zwierzę! Podczas, gdy on dążył do Prawdy, Istoty Bytu, pragnął rozwiązać tę wielką, ogromną zagadkę wszechświata, ona mu bobrem po mordzie dała! „Pac! Pac!” mu zrobiła! Ach! Cóż za wstyd! Cóż za sromota! Jakie upokorzenie! Jaka hańba! Nie, to być nie może! Młodzieniec nie mógł tolerować takiej sytuacji! Musiał pokazać kto tu rządzi! Kto jest lepszy, większy! Pragnął udowodnić wyższość swych egzystencjalnych problemów nad nietutejszością, brakiem telewizora, wariatem i wreszcie bobrzym ogonem! Nie miał innego wyjścia! Albo on ma rację, albo oni! Ten młody człowiek nie mógłby żyć w bobrzym świecie! Istnieć w rzeczywistości, gdzie króluje ogoniasta nietutejszość! Dlatego, gdy zobaczył zbliżającą się staruszkę, wiedział co robić. Wiedział! Nareszcie wiedział! Podbiegł do niej i szybkim, arcypotężnym ciosem (arcypotężnym, gdyż wypływającym prosto z jego bogatego wnętrza) powalił kobietę na ziemię! Zaczął ją kopać. I kopał ją, kopał, kopał z jakimś takim dziwnym, jak gdyby, triumfującym uśmiechem, a potem jeszcze trochę kopał! A gdy zjawił się autobus, on w dalszym ciągu ją kopał! Pojazd odjechał, ale on ją niestrudzenie kopał! Ach…jakże pięknie on ją kopał! Dalszego ciągu, niestety, nie znam, a to dlatego, że znudziło mi się stanie tam, na przystanku i poszedłem sobie... Szedłem, szedłem znów bez celu, nogi same mnie prowadziły, a ja za nimi, nie mając pojęcia, gdzie mnie zaprowadzą ( w dalszym ciągu bolała mnie jedna z nich). Po pewnym czasie zobaczyłem wóz, dość znacznych rozmiarów, ale dziwny, tak, dziwny. Duży był, ogromny i cały czarny, ciemny. Dziecko cienia, syn ciemności! Popsuty był, grat wyraźny, całkowicie zdezelowany, dym unosił mu się z nad silnika, a wyglądał jakby za moment miało mu coś odpaść! Maszyna chaosu, pojazd zła! Z jego wnętrza dochodziły jakieś dziwne odgłosy, ni to jęki, ni to wrzaski, w każdym razie dość przerażające, wydawało mi się (pod wpływem tych dźwięków), że przewozi jakieś zwierzęta, może i konie na rzeź?! Tak, to mogło być to! Szybko podbiegłem do wozu, który stał na parkingu i ostrożnie, lękliwie, oj, lękliwie zajrzałem do wnętrza! Tak, miałem rację! W niewyobrażalnym ucisku, w straszliwych ciemnościach, w potwornych warunkach przewożone były zwierzęta do rzeźnika! Konie, krowy, świnie – wszystko razem, w jakimś obrzydliwym pomieszaniu, w chorym, tak, chorym galimatiasie, niczym jakiś ohydny kogel-mogel! Zdążyłem jeszcze zauważyć (doprawdy nie mam pojęcia, czemu akurat na to zwróciłem uwagę), że jeden z koni miał roztrzaskane, krwawiące kolano! Ponieważ byłem człowiekiem wrażliwym długo na to patrzeć nie mogłem, więc czym prędzej, całkowicie zdegustowany i absolutnie zniesmaczony, odszedłem od tego makabrycznego pojazdu. Nie wiem dokładnie czemu, ale pewnie pod wpływem wspomnienia tych koni, przypomniała mi się pewna opowieść o nosorożcu, z którą muszę, no po prostu muszę się z Wami podzielić: Zdarzyło się i tak, że na niezgłębionych terenach Afryki żył sobie nosorożec Dingo. Mimo pozornej swej zwykłości, nie był to zwyczajny nosorożec. On się nazywał! Jego imię określało go, nadawało mu inny sens, narzucało pewne granice, zmuszało do dingowatego kształtu, ukonkretyzowiało go, wpychało go w tłamszącą, bolesną, ciasną określoność! Jednak, nosorożca tego (skądinąd bardzo sympatycznego) nie denerwowało najbardziej jego imię! O nie! Kiedyś, w przeszłości, w dzieciństwie i wczesnej młodości, było mu przeszkodą, gdyż koledzy przezywali go „Dinguś-Pinguś”, śmiejąc się z niego okrutnie, żartobliwie co prawda i niewinnie, ale właśnie dlatego było to bardziej dotkliwe, bardziej bolesne niżby się naśmiewali na poważnie. Teraz, oczywiście, nie miał już takich problemów, choć uważał, że gdyby nazywał się „Fingo”, albo chociaż „Adaś” byłby w stokroć lepszej sytuacji. Wszelako, nie to stanowiło główną wadę jego imienia. Rozchodziło się o to, że biedny nosorożec nie wiedział, co to oznaczało, że jest Dingiem! Mówiąc inaczej, smutne zwierzę nie miało pojęcia, jak powinno zachowywać się jako Dingo! Obcinając paznokcie zastanawiało się, czy robi to wystarczająco dingowato; pijąc wodę, rozmyślało, czy tak właśnie musi to robić, czy prawidłowo to wykonuje. Ta nieustanna obsesja nie dawała mu spokoju. Podczas gdy inne nosorożce wesoło grały w koszykówkę lub wściekle atakowały grupę japońskich turystów, on siedział smutno i dumał. Dumał, jaki powinien być, jaki musi być, jak wypada się mu zachowywać - jego imię przecież zobowiązywało! Oj, szamotał się on straszliwie z tą swoją nieokreślonością. Często wpadał w szał i szarżował prosto na największe drzewo w okolicy! Potem siadał i cicho płakał. W takich chwilach myślał o samobójstwie. Co ciekawe, w tym trudnym dla niego okresie Dingo stał się niezwykle pobożny. Co prawda o religii niewiele wiedział, ale to było dla niego nieistotne. - Jeśli nie Bóg, to kto lub co mi pomoże? – myślał. Recytował długie i żarliwe modlitwy, a to, że żadnej nie znał zupełnie mu nie przeszkadzało. Zwrócił się nawet o pomoc do miejscowego księdza. Z tym się wiąże całkiem zabawna historia.: Do kościoła długo szedł, oj, długo. Na szczęście zgubić się nie mógł, gdyż sakralna budowla, jako niezwykle okazała, była widoczna z bardzo daleka. Poza tym, złoto bardzo dobrze odbija światło słoneczne. Wiadomo, przewodnik duchowy ludzkości mieszkać byle w czym, nie mógł. - Aha, więc to tutaj mieszka Bóg! – pomyślał. Wszedł po cichutku do wnętrza i rozejrzał się. Uderzył go wszechobecnych przepych. Upadł. Jednak, momentalnie, przyszedł do siebie, szybko wstał i na paluszkach, podszedł do duchownego, który zajmował się przepisywaniem mądrych, oj, jakże mądrych ksiąg. Obawiał się jego reakcji, wszak myślał, że to sam Bóg jest! Jako mały nosorożec słyszał od sędziwego tukana, który był miejscowym gawędziarzem, że Bóg jest bardzo mądry, a tu co? Siedzi i pisze coś! To musiał być On! Sam Bóg! Biednego Dinga dręczyła pewna obawa. Mianowicie, on był tylko nosorożcem i nie wiedział, czy jako nosorożec może przebywać w ogóle w kościele! Na dokładkę, jeśli nawet mógł jako zwierzę przyjść do tej świątyni, to przecież nie miał zielonego pojęcia, czy jako Dingo wolno mu było to uczynić! - Prze pana... – wymamrotał lękliwie. - Słucham, drogie dziecko. – wspaniałomyślnie odrzekł proboszcz, a wiedzieć Wam trzeba, że zacny to był człowiek. Jednak nie spojrzał nawet na Dinga, widać, był bardzo zajęty. - Czy pan jest Bogiem? – spytał się nieśmiało, aby się jednak upewnić. - Ha, ha, ha! Ja – Bóg? Ha, ha, ha, wyborne! Ja Go tylko reprezentuję tu, na tym ziemskim padole. Skąd Ci przyszedł do głowy taki dziwny pomysł? Ja Bogiem? Ha, ha, ha! - Bo...ja...bo ja mam...ja mam problem taki... – niepewnie zaczęło biedne zwierzę. Reakcja księdza (Boga) trochę go zaskoczyła, ale nie uwierzył w jego odpowiedź. On musi być Bogiem! – dumał. Tak, on musi! Musi! Musi! – ryczał wściekle w swych myślach. – Tylko...czemu nie chce się przyznać? To musi mieć związek z moim imieniem, niech będzie ono przeklęte! – rozmyślał dalej. - Jak my wszyscy, jak my wszyscy – przedstawiciel władzy kościelnej (Bóg) bezradnie rozłożył ręce i spojrzał przelotnie na nosorożca – Ale, ale, pierwszy raz widzę Cię w mojej parafii, gdzie chrzest miałeś? - Ja...ten tego...chrzest...powiada Bóg? - Nie jestem Bogiem! – szorstko przerwał mu duchowny. Jestem księdzem! Księdzem! I masz do mnie mówić: „Proszę księdza”! Zrozumiałeś! Nie jestem Bogiem, jestem księdzem! – dyszał nieludzko. - Tak, jasne – myślał Dingo – Nie nabierzesz mnie! A głośno powiedział: - Tak, oczywiście, proszę księdza. - No, lepiej, i tak ma być. Zapamiętaj to, chłopcze. Więc, wracając do twego chrztu... - Oj, dawno to było...wie ksiądz...pamięć figle płata...he...he...he – zaśmiał się nerwowo. - Tak, naturalnie. Ale komunię pierwszą przyjąłeś? - Ko-mu-nię? Ach, komunię! Oczywiście, że przyjąłem! Ja miałbym komunii nie przyjąć? - Tak, naturalnie. To powiedz mi, jakie otrzymałeś imię? – chytrze spytał duchowny (Bóg). - Nareszcie! Coś o moim imieniu! Tyle lat na to czekałem! – uradował się nosorożec i z wyraźną dumą odparł: - Dingo! - Kłamiesz! Nie ma świętego o takim imieniu! Nie byłeś u komunii świętej! Nie mogłeś, więc, otrzymać takiego imienia! - grzmiał gromowładny ksiądz. - Kiedy ja naprawdę tak się nazywam! – Dingo próbował usprawiedliwiać się. - Nic mnie to nie obchodzi, kim jesteś, ani jak się nazywasz! Ważne, że po pierwsze primo: nie byłeś, ani u chrztu pewnie, ani u komunii świętej, po drugie primo: okłamałeś mnie! Żegnam! - Ale ja jestem nosorożcem! – biedne zwierzę próbowało się jeszcze bronić, ale nieskutecznie, ksiądz (Bóg) wrócił do przepisywania pradawnych ksiąg i duchem, był już daleko, oj, daleko. Tak o to Dingo został ateistą. Jednak odwrócenie się nosorożca od religii nie oznaczało końca jego kłopotów. Ponieważ samemu, w pojedynkę, nie mógł dać sobie rady ze swoim problemem, poszedł do swego najlepszego przyjaciela, również nosorożca, i zwrócił się do niego o radę: - Słuchaj stary, musisz mi pomóc. Inaczej oszaleję! - Wal śmiało! W czym problem? - Chodzi o moje imię! Ono będąc moim imieniem określa mnie w pewien sposób, narzucając mi pewne zachowanie, a ja nie wiem jakie! Nie mam pojęcia, jaki powinienem być jako Dingo! Rozumiesz? Powiedz, że rozumiesz! - No, teoretycznie tak, choć nie ukrywam, że dla mnie, bezimiennego, to trochę skomplikowane. Ale...jak mogę Ci pomóc? - Ach...nic takiego! Powiedz mi, kim, według Ciebie, jest Dingo, jaki jest? - Hm...wiesz, mówiąc szczerze, tak między nami, imię to pasuje mi do psa... - Do psa powiadasz, hm... – Dingo zamyślił się, a owo zamyślenie zwiastowało początek jego dramatu. Bowiem, pod wpływem uwagi swego przyjaciela począł zachowywać się jak pies! Całymi dniami wylegiwał się, a w nocy szczekał! Obgryzał kości, biegał za nielicznymi samochodami, a gdyby tylko mógł, niechybnie dołączyłby się do jakiegoś stada wilków! Trwał w takim psim stanie tygodnie całe aż wreszcie przyszedł do niego jego przyjaciel. Był wyraźnie zaniepokojony. - Słuchaj stary, ja nie myślałem, że z tym psem tak na serio! - Hau, hau! - Oj, Dingo, daj spokój, na miłość boską! Nie wygłupiaj się! - Przecież sam mówiłeś, że „Dingo” pasuje do psa! – powiedział płaczliwie. - Tak, ale...przede wszystkim jesteś nosorożcem! Nie możesz o tym zapominać! - No dobrze, ale co z mym nieszczęsnym imieniem? - Nic, zapomnij o nim! Nie uznawaj go. Pozbądź się go ze swojej świadomości! Stan się bezimienny! Taki, jak ja! Dingo zrobił, jak mu powiedziano. Przynajmniej starał się, gdyż nie mógł zrezygnować ze swego imienia! Z jednej strony, owszem, chciał, ba! – gorąco tego pragnął, ale z drugiej bał się tego! Lękał się nieokreśloności, która by go z pewnością dosięgła, gdyby pozbył się swego imienia. Poza tym, zdążył już się zżyć nim, przyzwyczaić się do niego! Mimo wszystko, znana określoność wydawała mu się lepszą perspektywą niż nieznany, nieprzewidywalny, niejasny i nieuchwytny bezkształt! Był świadom wszystkich wad, ograniczeń jakie narzuca na niego jego imię, ale i tak, mówiąc szczerze, było mu z nim dobrze, bezpiecznie, swojsko. Oczywiście, tego wszystkiego biedny nosorożec nie mógł wiedzieć. Mimo to, instynktownie coś mu nie pasowało. Jak zwykle w takich sytuacjach, zwrócił się o pomoc do swego przyjaciela: - Stary, mam prob.... - Cicho, cyt, cyt! Wiem, wiem. Nie możesz zapomnieć swego imienia, boisz się z niego zrezygnować! W takiej sytuacji musisz nazwać się sam! Samemu nadaj sobie imię! Wybierz takie, które najlepiej będzie do Ciebie pasowało i problem z głowy! - A co z „Dingiem”? – spytał wyraźnie nieprzekonany nosorożec. - Nadając sobie nowe imię, stare automatycznie przestanie obowiązywać, odejdzie w niepamięć. - Aha. No to cześć. – odparł ewidentnie zadowolony Dingo i pobiegł czym prędzej na swoją część sawanny, gdzie położył się pod ogromnym baobabem. - A teraz, wymyślę sobie imię, które będzie do mnie pasować, które będzie odzwierciedlać moją osobowość, mój charakter, moje wnętrze! Leżał i dumał. Dumał i dumał lecz wydumać nie mógł! Mijały dni, miesiące, wreszcie lata całe, a on niestrudzenie rozmyślał nad swoim nowym imieniem! Problem polegał na tym, że nie mógł się zdecydować na żadną z propozycji, którą wykoncypował! Nie wiedział dokładnie kim jest, jakim jest nosorożcem, nie znał do końca swojej psychiki, swojej natury! Nie miał pojęcia na czym polegała istota jego jestestwa! Bo, skąd on mógł wiedzieć! Był przecież tylko niewielkich rozmiarów nosorożcem! Niewiedza, chaos w jakim się poruszał, mętlik w jakim był zawieszony – to wszystko doprowadziło nieszczęśliwe zwierzę do tragedii, jakiej afrykańska fauna długo nie zapomni. Razu pewnego Dingo zmęczony wielogodzinnymi, jałowymi rozważaniami filozoficznymi powiesił się na gałęzi swojego ukochanego baobabu! Przed śmiercią zdążył napisać jeszcze list do swego kolegi, który pozwolę sobie tutaj przytoczyć:

Drogi Przyjacielu, Ty i Twoje rady! – wypchaj się nimi! Dingo!

Tyle o nosorożcu. Pod wpływem zarówno tego przystankowego młodzieńca, jak i przerażającego wozu poczułem się smutniej i naszła mnie chęć na lody. Choć, do dziś nie wiem, czy aby nie zapragnąłem lodów na widok lodziarni, pod jej wpływem, czy się nią czasem nie zasugerowałem! Tak, czy inaczej, podszedłem do okienka i kupiłem sobie dużą, największą jaką mogła być, porcję. Dobra była, ach...jak ona mi smakowała! Teraz, po latach, wiem, że była dobra, bo z automatu. Gdy już najadłem się i poczułem się weselej, postanowiłem kontynuować moją wędrówkę do nikąd. No bo, jakże tu tak, na smutno iść do nikąd? Nie, na smutno to nie wypada. Zdążyłem ledwie krok jeden uczynić, a już kolejna dziwota mnie spotkała, bezwstydnie obnażając się przede mną, niczym podrzędna kurtyzana! Oczom moim ukazał się, mianowicie, wóz. Bardzo podobny do tego, którego zobaczyłem wcześniej, z tym, że całkiem odmienny od niego! Ten był wesoły, roześmiany, jasnego koloru, nie nowiutki, ale porządny, czysty, zadbany. Maszyna słońca, pojazd szczęścia! Z wnętrza jęły do mnie dochodzić radosne chichoty i coś jak, tak, jęki rozkoszy. Zaciekawiło mnie to, nie powiem, że nie. Wykorzystując fakt, iż wóz stał na światłach, szybko podbiegłem do niego i nieznacznie podniosłem plandekę. Nogi zobaczyłem! Dwie, śliczne, piękne, bezapelacyjnie kobiece, bleee, nie kobiece, co ja wygaduję!, ja dziewczęce nóżki ujrzałem! Oraz w oddali, w tle, rozmyte, nieostre, nieistotne, jako dodatek jedynie, dwie chłopięce nogi. I one razem tam, baraszkowały pewnie sobie! Więcej nie widziałem, byłem zbyt nieśmiały, aby podnieść plandekę całkowicie. Zresztą, po chwili pojazd odjechał, a ja zostałem sam, jak kretyn, na środku jezdni. Sam, ale z nogami w głowie! I myślałem nad podobieństwem tych dwóch wozów. A może to był ten sam? – zastanawiałem się, drapiąc się komicznie po głowie. Ale jakże ten sam, kiedy zupełnie odmienne? I te nogi...te nogi coś znaczyły, byłem tego pewien! Jednak, ciągle nie miałem pojęcia, co! Dopiero po chwili dłuższej zrozumiałem! Te nogi, dziewczęce nóżki wskazywały mi kierunek, określiły mi cel mojej wędrówki! One same były celem! Od ranka już nogi mnie prześladują (myślałem)! Najpierw moja własna nieco mnie bolała (i dalszym ciągu dawała się we znaki), potem ta zmasakrowana końska kończyna i wreszcie te cudne, dziewczęce nóżki ujrzałem! I już wiedziałem, po co idę! Po nogi pędzę! Spotkać się z nimi muszę! – myślałem. Niewiasty mi trzeba było! Koniec smutnego przesiadywania po pubach! Czas na zmianę! Gdy to zrozumiałem, czym prędzej począłem szukać dziewczyny moich marzeń! - Po miłość mego życia – wołałem dziko. Pędziłem przez całe miasto jak oszalały, niczym furiat, w całkowitej malignie, szukając nóżek mych ukochanych! I co za udręka, co za męka, spotkać ich nie mogłem, albo wszystkie były szczelnie zakryte w spodniach, albo jakieś takie brzydkie były, czy to krzywe, czy to żylaste, wciąż nie te, nie te wymarzone moje nóżki! Nie wiedziałem co robić – one przecież mogły być wszędzie! Aż w końcu, gdy już, całkowicie wyczerpany, doszczętnie załamany, chciałem wrócić do domu i tam nędznie wegetować w towarzystwie jedynie moich, owłosionych nóg (sami przyznacie, że niezbyt zachęcająca to perspektywa była), zauważyłem wielki, olbrzymi znak:

„Masaż nóg”.

Nareszcie! To było to! Bo jeśli ktoś profesjonalnie zajmuje się cudzymi nogami, troszczy się o nie, to sam musi mieć śliczne nóżki! Tak, tak, tak! Czym prędzej udałem się pod wskazany adres. Z wściekle bijącym sercem zadzwoniłem do drzwi. Jakież było moje zdziwienie, gdy otworzył mi mężczyzna! - Słucham pana? Pan na masaż? – spytał się niezwykle uprzejmie. - A kto go wykonuje? Pan? Czy ktoś inny? – nie traciłem nadziei. - Ja. A bo co? - A nic, nic. Ja tak tylko, ja właściwie nie na masaż, pomyłka, przepraszam. Ach...cóż za klęska! Ja pędziłem ku ślicznym, subtelnym, dziewczęcym nóżkom, a kto mi otworzył? Kto? Samcze, brutalne nogi! Giry wstrętne! Ach...cóż za upokorzenie, jaki wstyd! I szedłem pogrążony w tego typu myślach, gdy oczom moim ukazał się najzwyczajniejszy w świecie blok mieszkalny. Do dziś nie wiem czemu wybrałem akurat ten, ale postanowiłem spróbować raz jeszcze, na chybił trafił. Wszedłem do środka, szczęście miałem, gdyż wejście było otwarte i zadzwoniłem do pierwszych drzwi na prawo. W dalszym ciągu bolała mnie noga. Otworzyła mi, niestety, jakże mógłbym inaczej przypuszczać, gruba, stara kobiecina. - Słucham pana! – rzuciła piskliwie. - Czy tu mieszka panna Nowakowska? – nie dawałem za wygraną. Nazwisko przyszło mi do głowy zupełnie przypadkowo, nie miałem pojęcia, skąd je wziąłem. Tak więc, zupełnie nie spodziewałem się powodzenia, sukcesu, gdy nagle do uszu moich dotarła odpowiedź, w wyniku której urosłem, dostałem skrzydeł, a serce, och, to serce przeklęte!, znów zaczęło pracować na przyśpieszonych obrotach: - Och, nie, to nie tutaj, tylko w klatce obok! Stałem przed drzwiami tej starowinki kilka dobrych minut zanim ochłonąłem, takież było moje szczęście nagłe, niespodziewane. Poszedłem do klatki obok. Znalazłem w spisie domofonowym odpowiednie nazwisko. Zadzwoniłem. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, gdy się spyta: „Kto tam?”, niby szykowałem w myślach mych dziesiątki różnych odpowiedzi, ale na dobrą sprawę byłem zawieszony w próżni, w mej głowie panowała wszechwładna pustka. Na szczęście, och, dziś mi ono wyraźnie sprzyjało!, otworzono mi, bez jakichkolwiek pytań. Wszedłem i stanąłem przed odpowiednim numerem. Trochę drżałem. Zadzwoniłem. Drzwi otwarto, a w nich ukazała mi się dziewczyna młoda, oj młoda, oj, dziewczyna, oj śliczna i spytała się, tak, pamiętam dokładnie!: - Słucham? Nie odpowiedziałem od razu. Patrzyłem, podziwiałem. Pomału, pomału, niby przypadkowo, z ukosa, ukradkiem, zza węgła, zerknąłem na jej nogi. Ach! Była w spodniach! Ach! Ach! Więc jednak klęska? – myślałem zatrwożony. - Nie, nie! Właśnie, że nie! Bo, ja i tak, widziałem jej nogi, nie wiem jak,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zbrodnia, czyli dzień drugi z życia Arkadiusza, ty — czytnik · opowiadania