Psychologia · 28 min czytania
Zbrodnia Ikara - Rozdział 6 - Walka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mężczyzna wszedł do pokoju, w którym od dłuższego czasu krzątała się Marion, przeglądająca sterty dokumentów. Zdobiły one nie tylko biurka, ale i wszystkie półki w pomieszczeniu. Była lekko zdenerwowana, chociaż nie dawała tego po sobie poznać. Ikar podszedł do niej i powiedział: — Marion… Lecz ta nie dała mu skończyć. Wepchnęła mu w ręce górę papierów i skierowała do wyjścia. — Nie chcę o tym rozmawiać – oświadczyła, prowadząc go przez zakamarki swojego domu. Ten skinął głową i nie poruszał więcej tego tematu. Sam chciał zrozumieć zjawisko, które miało miejsce tej nocy, lecz nie potrafił tego zrobić. Minęli pokój gościnny, w którym spał Ikar oraz sypialnię Marion i skierowali się w stronę drewnianych schodów. Niektóre z nich skrzypiały niemiłosiernie, co świadczyło o tym, że były dość stare. Znajdowała się na nich gruba warstwa kurzu wskazująca na rzadkie ich używanie. — Gdzie idziemy? – zapytał Ikar, gdy byli już na samym szczycie schodów. — Na poddasze. Tam będzie najbezpieczniej i nikt nam nie przeszkodzi – odpowiedziała. – Wczoraj przygotowałam już parę rzeczy, czekają na górze. Mam nadzieję, że nie będziesz zawiedziony. — Twoją pracą? Nigdy. Nie minęła chwila, gdy znaleźli się przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami. Ikar wyciągnął rękę w stronę klamki i nacisnął ją, lecz ta ani drgnęła. Spojrzał na Marion, oczekując aż ta wyciągnie klucz, ale ona wywróciła tylko oczami i pokręciła głową. — Poddasze, Ikarze, poddasze – powiedziała i spojrzała w górę. To samo zrobił mężczyzna. Na suficie znajdowała się klapa, którą Marion zręcznie opuściła i wyciągnęła drabinę. Cały korytarz wypełnił się zapachem starych mebli i zakurzonego drewna. Z wnęki w suficie przedostały się pierwsze promienie porannego słońca, które oświetliły ciemną przestrzeń. Słoneczne iskierki pojawiły się na włosach kobiety wychodzącej już po drabinie. Za nią podążył Ikar. Poddasze przypominało wystrojem resztę domu Marion – było wypełnione aż po same brzegi. Masywny stół na środku pomieszczenia otoczony był przez niezliczoną ilość tekturowych pudeł. Zagracona przestrzeń o dziwo nie odrzucała swoim wyglądem. Wręcz przeciwnie, była tajemnicza i zachęcała do jej poznawania. Ikar zbliżył się do okna, w którym wisiała szara, zużyta firana. Odsunął ją i spojrzał w dół – znowu widok na ogród. Dostrzegł Bruna, który spał smacznie w kępie trawy, nie zwracając uwagi na otaczający go świat. Sam miał czasami chęć wyłączyć się całkowicie i odizolować od tego, co działo się w jego życiu. Chciał zapomnieć, zacząć wszystko od nowa. Nie było mu to jednak dane. Przynajmniej nie w tej chwili. — Chodź tu, Ikarze – powiedziała Marion, pochylając się nad ogromną płachtą papieru położoną na stole. Mężczyzna posłusznie wykonał polecenie i zbliżył się we wskazane miejsce. Spojrzał na białą kartkę i próbował rozszyfrować znaki, które się na niej znajdowały. Musiał być to plan jakiegoś pomieszczenia, bo widoczny był podział na pokoje, korytarze, a w niektórych miejscach wypisane już były nieznane mu nazwiska. — To plan Grand Hotel sprzed roku. Wątpię, aby cokolwiek się w nim zmieniło – uprzedziła jego pytanie kobieta i sięgnęła po długopis. — A te nazwiska? – zapytał nagle mężczyzna. — Cierpliwości, Ikarze – odparła. – Tu masz wejście do budynku, co chyba nie jest takie trudne. Wskazała na główne drzwi hotelu i narysowała obok nich grubą kreskę. — Tu będzie stała bardzo szczelna ochrona. Żadna niepożądana osoba się tam nie wciśnie – oświadczyła. – Później wejdziesz do ogromnego holu, w którym prawdopodobnie zacznie się przyjęcie. Powitanie, podziękowania i inne bzdety, na które nie będziesz zwracał uwagi. Pamiętaj, masz być niewidoczny i niezwykle szybki. Czas jest tu najważniejszy. — Wiem. A co z moimi dokumentami? — Będą niedługo, zaufaj mi. Teraz skup się na schemacie – powiedziała. – W holu twoim głównym zadaniem będzie odnalezienie Dirka Jonesa albo Amandy Ross. Chociaż lepiej chyba będzie jeżeli dotrzesz do tego faceta, on ułatwi ci całe zadanie. — Zdobywam jego zaufanie, a on doprowadza mnie do Starka. Nic prostszego. — Dokładnie – odrzekła. – Jest tylko jeden problem. — Jaki? — Nie wiemy, w którym pokoju zatrzyma się Stark. Jak widzisz mam tu nazwiska wszystkich ważniejszych gości przyporządkowane do pomieszczeń. – Wskazywała na poszczególne miejsca na papierze podpisane odpowiednimi nazwiskami. – Ale Amadeusa Starka nie zdołałam umieścić na żadnym z nich. Ikar zamyślił się na chwilę. Brak wiedzy gdzie znajduje się jego ofiara zdecydowanie utrudnia mu zadanie. Musi polegać tylko i wyłącznie na Jonesie, który być może zbliży go do odpowiedniego polityka. Czy może sobie pozwolić na takie ryzyko? Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik, a czas uciekał. Nie mógł zmarnować takiej szansy, tylko czy był w stanie poświęcić dużo więcej niż mógł otrzymać w zamian? Odpowiedź na to pytanie musiał znaleźć we własnym sumieniu, które bądź co bądź, gdzieś się w nim znajdowało. — Trudno – powiedział po chwili. – To nie jest nasze największe zmartwienie. Jak dotrę do Jonesa to wszystko pójdzie dobrze. Kiwnęła głową. Miała wątpliwości czy słowa mężczyzny są szczere, ale nie mieli wyboru. Musieli działać z tym, co udało im się osiągnąć w tak krótkim czasie. — Tu. – Dotknęła palcem w miejscu gdzie znajdowało się inne pomieszczenie. – O siedemnastej odbędzie się bankiet. Pamiętaj, że wchodzisz przed czwartą, więc masz tylko godzinę na załatwienie sprawy. Im wcześniej stamtąd znikniesz, tym lepiej. — Godzina? Wystarczy. — Nie masz innego wyjścia. Kobieta oddaliła się od stołu, przy którym Ikar wciąż wpatrywał się w skomplikowany schemat. Musiał swobodnie poruszać się jutro po tym miejscu, by nie wzbudzać niczyich podejrzeń oraz zniknąć w momencie, kiedy będzie już po wszystkim. Hol, bankiet, wyjście ewakuacyjne – powtarzał w myślach, śledząc oczami szkice na papierze. Wszystko powinno pójść dobrze. — Marion, ile dokładnie będzie gości? – zapytał. — Około dwustu, ale dodaj do tego kilku ochroniarzy na jedną osobę. Razem pewnie koło tysiąca, może trochę mniej. — Wśród takiej ilości zniknięcie to nie problem, hę? — Najpierw musisz mieć się w czym kryć – powiedziała. – Przymierz. Na te słowa Ikar odwrócił się w jej stronę i zobaczył, że kobieta trzyma w rękach nowy, czarny garnitur. — Garnitur? – zapytał z niechęcią w głosie. — A co, myślałeś, że pójdziesz w dresie? – Wcisnęła mu w ręce ubranie. – Musisz wyglądać profesjonalnie. Jutro nie będziesz Ikarem Clarkiem, będziesz kimś całkiem innym. — Cudownie – odparł. — A moje dokumenty? — Wszystko będzie gotowe, dostaniesz je później. Teraz idź przymierz garnitur, bo mogłeś nieco przytyć od naszej ostatniej akcji. Zmierzył ja wzrokiem, ale posłusznie wykonał polecenie. Zwrócił się w stronę zejścia, niosąc w rękach przygotowane ubranie. — Zaczekaj – powiedziała Marion. – Jak wrócisz to zajmij się tym pudłem przy ścianie. Wskazała na czarny karton nie wyróżniający się niczym na tle innych. — Tam znajdziesz broń i parę innych, potrzebnych rzeczy. Wybierz to, co ci pasuje. Ja muszę na chwilę wyjść. — Jasne, Marion. Obydwoje opuścili poddasze. *** Czarna limuzyna zatrzymała się przed ogromnym, białym budynkiem. New Island Grand Hotel – głosił napis na samym szczycie, witając tłumy gości, które właśnie gromadziły się przed bramą. Z każdego samochodu wysiadali elegancko ubrani ludzie w otoczeniu swoich ochroniarzy. Witali się serdecznie nawzajem, wymieniając parę grzecznych uwag i poglądów. Sztuka aktorstwa została przez każdą osobę opanowana do perfekcji – w każdej sytuacji trzeba było zachowywać dobrą minę do złej gry. Tak działała właśnie polityka w New Island. — Pamiętasz wszystko? – zapytała kobieta znajdująca się w czarnej limuzynie, spoglądając nerwowo na swojego towarzysza oraz na to, co działo się na zewnątrz. Mężczyzna skinął głową i obserwował ludzi pojawiających się przed hotelem. Hol musiał być już w połowie zapełniony, ale on potrzebował maksymalnego przykrycia. Należało jeszcze chwilę poczekać. — Dirk Jones lub Amanda Ross – przypominała mu Marion. – Godzina czasu. Wyjście znasz sam. Przytaknął. Wszystko wydawało się takie proste, tylko dlaczego wciąż się denerwował? Przecież nigdy tego nie robił, był najlepszy. Perfekcyjny. — Czas na ciebie, Ikarze – powiedziała w pewnym momencie Marion. – Dasz radę. Opuścił samochód, nie odzywając się ani słowem. Towarzyszyło mu dwóch wysokich mężczyzn, którzy mieli służyć za jego ochroniarzy. Jednego z nich pamiętał, już raz wykonywali razem zadanie. Za to ten drugi, był mu nieznany. Nie wiedział czy to dobry znak, ale to nie był czas na zastanawianie się nad tym. Podszedł do ogromnych drzwi wejściowych, przy których stała już ochrona hotelu. — Zaproszenie i dokument tożsamości proszę – odezwał się niski, męski głos. Ikar sięgnął do wewnętrznej kieszeni garnituru, z której wyciągnął czerwoną kopertę. Wręczył ją niskiemu mężczyźnie i czekał na jego reakcję. Ten otworzył kopertę, po czym powiedział: — Jeszcze dokumenty. Ikar podał mu małą, plastikową plakietkę, na której widniało jego zdjęcie z fałszywymi danymi. Ochroniarz porównał jego osobę z tą na dowodzie i rzekł: — Witamy w New Island Grand Hotel, panie Lawson. Życzymy miłej zabawy. Ikar nie odpowiedział, przekroczył drzwi wejściowe i został wchłonięty przez niemały gwar holu. Znajdowały się tu setki ludzi, z których nie znał nikogo. Ale trójkę z nich zamierzał sobie zjednać. Isaac Lawson – pomyślał. Niezły wybór Marion, naprawdę niezły. Rozglądał się wokół siebie, wypatrując niskiego, nieco pulchnego człowieka w okularach, ale nie miał szczęścia. Dirka Jonesa nie było w zasięgu jego wzroku. Mijając poszczególnych ludzi, wymieniał z nimi pojedyncze słowa tak, jakby się znali. Musiał być kimś ważnym, skoro pojawił się na uroczystości — przynajmniej tak zdawało się obecnym. Kiedy Ikar dotarł już do końca holu zauważył wejście do sali bankietowej. Na razie była pusta, ale kelnerzy krzątali się w niej i ustawiali wszystko na przyjęcie gości. Sala wypełniona była kilkuosobowymi stolikami przykrytymi białymi obrusami i niezwykle elegancką zastawą. Wszędzie pełno kwiatów, drogiego alkoholu i wykwintnych przekąsek – bankiety w New Island znane były w całym kraju ze swojego przepychu i wystawności. — Tyle pieniędzy wyrzuconych w błoto, nieprawdaż? – Rozległ się w pewnym momencie kobiecy głos za plecami Ikara. Ten natychmiast odwrócił się i ujrzał przed sobą śliczną brunetkę, która trzymała w dłoni kieliszek z szampanem. Wpatrywała się w przystrojoną salę z odrazą, jakby wcale nie chciała uczestniczyć w tym wydarzeniu. — Mogliby za to wybudować nową szkołę. Albo chociaż przekazać pieniądze dla potrzebujących – dodała. – Ale nie, przecież elita New Island musi się gdzieś bawić. Wypiła duży łyk szampana i spojrzała na Ikara, który był nieco zaskoczony jej obecnością. Musiał to jednak przewidzieć, w tłumie ludzi w końcu będzie musiał z kimś rozmawiać. — Przepraszam, gdzie moje maniery – rzekła po chwili. – Nazywam się Katherine Smith. Wyciągnęła rękę w jego stronę. To samo zrobił mężczyzna, ściskając ją lekko. — Isaac Lawson – powiedział. — Lawson? – zapytała zdziwiona. – Pierwszy raz słyszę pańskie nazwisko. Był pan już kiedyś w naszym mieście? Tylko nie to, nie może poddawać w wątpliwość swojej tożsamości. Dlaczego to właśnie ona stanęła na jego drodze? — Nie, przeprowadziłem się tu w zeszłym roku. To mój pierwszy bankiet w Grand Hotel. Pokiwała głową z uznaniem, chociaż wciąż przyglądała mu się dokładnie. — Zazdroszczę panu. Za pierwszym razem jeszcze mi się tu podobało – powiedziała. – Ale proszę mi wierzyć, za kilka lat się panu znudzi. Wspomni pan moje słowa. Uśmiechnęła się do niego i odłożyła pusty kieliszek na stół znajdujący się obok nich. — Życzę miłej zabawy. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. — Być może – odpowiedział. Chwilkę później już jej nie było, zniknęła w tłumie nieznajomych ludzi. Katherine Smith. Kim była? I dlaczego zwróciła się właśnie do niego? Czyżby to był zwykły przypadek, a może jednak ktoś go rozpoznał? Tyle nowych pytań pojawiło się w głowie mężczyzny. Intrygowała go niewysoka brunetka, która była całkowicie inna od wszystkich znajdujących się tu gości. Nie pasowała do tego miejsca. Tak jak nie pasował tu Ikar. Spojrzał na zegarek znajdujący się na lewej ręce. Stracił już piętnaście minut, musi się spieszyć, jeżeli chce zdążyć przed oficjalnym bankietem. Wtedy może być za późno na spotkanie z Amadeusem Starkiem w cztery oczy. A tylko tak mógł wykonać swoje zadanie. Przyglądał się uważnie otaczającym go osobom, ale żadna nie była tą, której poszukiwał. Skierował się więc w stronę baru, może tam będzie miał więcej szczęścia. Pomieszczenie to łączyło się bezpośrednio z hotelowym holem, ale zapewniało także pewną nutkę samotności. Hałas był tu mniejszy, gwar jakby zmalał. Kilka stolików było zajętych, ale pozostały puste miejsca przy samym barze, gdzie podążył Ikar. Wtedy zorientował się, że widzi przed sobą długie, jasne włosy, które kiedyś miał już okazję zobaczyć. Należały one do bardzo szczupłej kobiety ubranej w krótką, czarną sukienkę i wysokie szpilki. Siedziała sama, racząc się kieliszkiem czerwonego wina. Ikar podszedł do kobiety i usiadł na krześle obok. Wyglądała identycznie jak na zdjęciu. Amanda Ross. Może jednak szczęście mu sprzyjało. — Kieliszek najlepszego wina dla pani. – Ikar zwrócił się do barmana, który obsługiwał właśnie grupkę polityków w podeszłym wieku. Mężczyzna niezwłocznie wykonał polecenie i przed jasnowłosą pojawił się zamówiony alkohol. Spojrzała na Ikara zaskoczona, widocznie wyrwał ją z głębszych rozmyślań. W mgnieniu oka uczucie zaskoczenia zmieniło się w zaciekawienie. Postać nieznajomego mężczyzny intrygowała ją w dość widoczny sposób. — Czy my się znamy? – zapytała. — Ja panią znam…