Psychologia · 15 min czytania
Zbrodnia Ikara - Rozdział 7 - Przeszłość
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 7 - Przeszłość, która nadejdzie (pełny tytuł)
Ikar czuł tylko odór palącego się cygara, nie wiedział gdzie jest, ani co się z nim dzieje. Wyczuwał obecność osób, których w żaden sposób nie potrafił jednak zidentyfikować. Siedział na czymś twardym, a oczy zasłonięte miał nieprzyjemnym materiałem. Zaczęło go to denerwować. Co tu robi? Poruszył palcami u lewej ręki, znowu wracała mu władza nad własnymi kończynami. Słyszał szepty, lecz nie potrafił odnaleźć ich sensu, nie rozumiał słów. Zauważył tylko, że należą one do mężczyzn. Zdecydowanie były to męskie głosy. Powoli wracały do niego ostatnie wspomnienia – apartament w Grand Hotel, kolejne morderstwo, niespodziewany atak. A wszystko toczyło się tak dobrze. Aż do tej chwili. — Chyba się budzi – rozległ się głośniejszy, męski głos. Ktoś zbliżył się do Ikara i uderzył go w twarz. Ten mocno zaklął. To były jego pierwsze słowa odkąd odzyskał świadomość. — Nie zdejmuj mu jeszcze opaski – powiedział inny, także zbliżając się do niego. Ikar czuł się osaczony, otaczali go nieznani mu ludzie, którzy na dodatek mieli nad nim całkowitą władzę. Nie był do tego przyzwyczajony. — Trzeba kogoś zawołać. — Idź. Ja z nim poczekam. Słychać było ciężkie kroki stąpające po drewnianej podłodze. Trzaśnięcie drzwiami świadczyło o tym, że Ikar miał teraz tylko jednego przeciwnika. Może dałby sobie z nim radę? Gdyby tylko nie miał zasłoniętych oczu i mógł się czymś obronić. Obecny z nim mężczyzna wciąż stał blisko Ikara. Czuć było od niego potworny smród tytoniu i tanich perfum, które drażniły nos uwięzionego. Starał się zidentyfikować swoją lokalizację. Gdzie mógł się znajdować? Kto go więził? Tyle pytań tkwiło teraz w jego przemęczonej głowie, ale na żadne z nich nie umiał sobie odpowiedzieć. Próbował wyswobodzić swoje ręce, ale były zbyt mocno związane. To samo zrobili z jego nogami. Nie miał już siły utrzymywać głowy w pozycji pionowej, wymagało to od niego za dużo wysiłku. Chcąc nie chcąc, opuścił głowę i pozwolił jej swobodnie oprzeć się o klatkę piersiową. Marzył tylko o tym, by położyć się i zasnąć chociaż na chwilkę. Zdawało mu się, że tkwi w tej pozycji całe wieki, gdy nagle drzwi gwałtownie się otworzyły i pojawiła się w nich grupka ludzi. Szeptali między sobą, ale Ikar nie miał już siły by wyłapywać nawet pojedyncze słowa. Głosy otoczyły go, miał wrażenie, że z każdej strony jest obserwowany. Uniósł powoli głowę, a jakaś silna ręka chwyciła go za kark. Bolało. Zdjęto mu opaskę, a w jego oczy uderzyło teraz nieprzyjemnie rażące światło. Początkowo nic nie widział, tylko jasność ogarnęła cały jego umysł. Nie była ona przyjemna, sprawiła, że na krótki czas stracił orientację. Co się z nim działo? Powoli wracała do niego jednak świadomość, a obrazy w głowie stawały się wyraźniejsze. Surowe wnętrze i zapach tego irytującego cygara. Brązowy stół i twarde krzesła, które skądś już kojarzył. Nie wiedział tylko skąd. Spoglądał teraz po obecnych tu ludziach. Było ich z pięciu, może więcej. Ktoś znajdował się także za jego plecami, ale nie zdołał się odwrócić. Nie miał na tyle odwagi. On, Ikar Clark stracił swoją odwagę? Czyżby to było możliwe? Nie rozpoznawał nikogo, zupełnie obcy mu mężczyźni przyglądali się więzionemu mężczyźnie z wyraźną ciekawością na twarzach. Był teraz zabawką, która cieszyła oczy obcych. Tylko kto mógł do tego doprowadzić? Już wiedział, ale zanim dopuścił do siebie tą drażniącą myśl, męski głos uprzedził go: — Witaj, Ikarze – rozległo się za nim, a wszyscy w pomieszczeniu zamarli, gdy wysoki, nieco siwiejący już mężczyzna podszedł do swojej ofiary i usiadł na znajdującym się przed nim krześle. Wpatrywał się w oczy Ikara przez chwilę i uśmiechnął się do niego. – Dawno się nie widzieliśmy. Trzymał w dłoni zapalone cygaro, którego dym uderzał teraz w nozdrza Ikara. Spoglądał na mężczyznę z niedowierzaniem, chociaż domyślał się, że to jego zobaczy. Teraz był już tego pewien. — Ojcze – wysyczał cicho, bo nie był w stanie ukryć swojej złości. Tyle czasu uciekał, tak bardzo starał się ukryć, aby teraz zostać złapanym i poniżonym wśród takiej widowni? — Nie ma się co złościć, Ikarze – przerwał mu mężczyzna, opierając się wygodnie o krzesło. – Wiedziałeś przecież, że tak się to musi skończyć. Nie mogłeś uciekać w nieskończoność. Nie przede mną. A więc Marion miała rację. Romero go oszukał, to wszystko, co wydarzyło się do tej pory było jedynie planem jego ojca. A on naiwnie wierzył, że się od niego uwolnił. — Romero – powiedział cicho, jakby sam do siebie, ale jego słowa usłyszał ojciec. Skinął głową i dodał: — Uwierzyłeś mu, prawda? Powiedział ci, że to jego zlecenie, a ja nie mam z tym nic wspólnego. – Nie czekał na odpowiedź ze strony Ikara, sam znał scenariusz tej opowieści. – Więc ty jako niezwykle spragniony wiedzy o swoim życiu podjąłeś się tego zadania, zabiłeś starego, nic nie znaczącego polityka i oto jesteś. Ze mną. Znowu. Ostatnie słowa wypowiadał powoli, chcąc by dotarły one do umysłu syna. By przewierciły jego głowę na wskroś i zostały tam na zawsze. Aby już nigdy nie starał się uciec. Bo od niego, Natana Clarka, ucieczki nie ma. — Jakie to uczucie? – zapytał .– Po krótkim urlopie znowu wrócić do zabijania? Ikar patrzył na niego z odrazą. Nienawidził swojego ojca. — Nie będziesz ze mną rozmawiał? – spytał, odstawiając swoje cygaro na popielniczkę. Pochylił się tak, by tylko syn mógł dosłyszeć jego słowa i zwrócił się do niego: — Chyba wiem, co może cię przekonać – powiedział cicho. Wodził teraz wzrokiem po osobach znajdujących się w pomieszczeniu, zastanawiając się którą wybrać. Po chwili wskazał na wysokiego blondyna, który stał w samym rogu koło okna i rzekł: — Przyprowadź tu naszą drogą przyjaciółkę – rozkazał. – A wy – zwrócił się teraz do czterech mężczyzn pilnujących drzwi. – Możecie odejść. Nie będziecie już dzisiaj potrzebni. I zawołajcie Romero, powinien już przyjść. Wszyscy posłusznie wykonali jego polecenia, a pokój zrobił się pusty. Pozostali w nim tylko Ikar i jego ojciec. Syn przyglądał mu się uważnie. Na jego głowie widoczne już były gdzieniegdzie siwe włosy, a na twarzy pojawiły się wyraźne zmarszczki. Jego ojciec się starzał, co znaczyło, że kres tego mężczyzny kiedyś nadejdzie. — Zastanawiasz się pewnie dlaczego tutaj jesteś – powiedział Clark. – Otóż postanowiłem, obserwując twoją kilkumiesięczną tułaczkę, zawrócić cię z powrotem na właściwe tory. Nie możesz się tak marnować, nie mogę do tego dopuścić. — Czego ode mnie chcesz? – Ikar zdołał wydusić z siebie jedno, ważne dla niego pytanie. — Czego? To chyba oczywiste. Chcę żebyś wrócił do Clark’s Corporation i znowu ze mną pracował. — Nigdy. — Jesteś tego taki pewien? Wierz mi, za chwilę zmienisz zdanie, ale teraz skoro jesteśmy sami, mamy trochę czasu tylko dla siebie. Co powiesz na szczerą rozmowę ojca z synem? Przecież po to dałeś się wciągnąć w tego Amadeusa Starka. Miałeś dowiedzieć się kim byłeś. Czy to dla ciebie aż takie ważne? Ikar skinął głową. Ważniejsze niż cokolwiek innego. — Tak więc, co chcesz wiedzieć? – zapytał mężczyzna. – Gdzie się wychowywałeś? Ile miałeś lat kiedy nauczyłem cię jeździć na rowerze? Twoja pierwsza miłość? Zaśmiał się…