Thriller · 29 min czytania
Zdarzenie (© by Boru)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ZDARZENIE
Deszcz lał się z nieba piątą godzinę bez przerwy. Teresa zwolniła do pięćdziesięciu i jeszcze mocniej chwyciła koło kierownicy. Wybałuszone oczy nabiegły krwią, za wszelką cenę starając się rozedrzeć ciemność dookoła. Dwa jasne snopy dobywające się z reflektorów dodawały trochę otuchy, ale mało co poprawiały widoczność. Radio oczywiście nie odbierało żadnej stacji i tylko nieregularny szum dochodził z głośników. Mimo to nie wyłączyła radia, gdyż zbytnia cisza działała na nią usypiająco. Na całe szczęście Polska ze swoimi paskudnymi drogami nie jest Ameryką, gdzie drogi są dobre, ale ciągnące się bez końca. Nie obawiała się, że w razie awarii auta znajdzie się setki kilometrów od najbliższej osady ludzkiej. Setki kilometrów to Polska wzdłuż lub wszerz, a ona starała się dotrzeć tylko (lub aż – pomyślała zniechęcona panującymi warunkami pogodowymi) do Łodzi. Ostatni weekend września nad morzem. Po raz kolejny na przestrzeni dwóch ostatnich dni zdała sobie sprawę z błędu, jaki popełniła. Choć – o dziwo! – nie przejmowała się tym tak bardzo, jak faktem straconego urlopu. Mogła pojechać do matki w Tomaszowie lub chociaż spotkać się w końcu z Weroniką – przyjaciółką z lat szkolnych, z którą ciągle się umawia i ciągle odwołuje spotkania z powodów służbowych. Praca w agencji PR strasznie ją rajcuje – mówi tak wszystkim, z kim tylko ma smutną okazję o tym rozmawiać. Nie może przecież złorzeczyć na firmę, dającą jej niezłą kasę, prestiż i fajne upominki od czasu do czasu. Ford Focus z dwulitrowym benzynowcem też jest niczego sobie, zawiózł ją bezpiecznie do Ustki i ma nadzieję, że powrót znad morza – choć niemiłosiernie wydłużony – skończy się szczęśliwie. Sama sobie mówi, że – i owszem – PR to jest to co lubi i potrafi. Jest otwarta, towarzyska, skończyła Zarządzanie i Marketing na Polibudzie, działała w Aiseku, pisała krótkie reportaże z miejscowych imprez do Dziennika Łódzkiego, ale przede wszystkim spodobała się Grzymale. To on jest szefem agencji i gdy przyszła na rozmowę kwalifikacyjną, to jemu wpadła szczególnie w oko. Dwudziestopięcioletnia, wysoka, postawna brunetka z pasemkami (jakże wtedy modnymi), w butach na wysokich obcasach, w czarnym komplecie spodnie + marynarka, z małą torebką zawieszoną na ramieniu… - Ah, taka laska – pomyślała z rozrzewnieniem i zmrużyła oczy, bo zza zakrętu wyskoczyły z przeciwka dwie smugi światła, zlewające się niemalże w jedną. - Wyłącz długie ośle – powiedziała na głos. Przekrzywiła głowę na bok, żeby choć trochę osłonić oczy przed światłem. – Kurwa! Pieprzeni faceci! – rzadko kiedy unosiła się podobnie. Zawsze łagodny, acz stanowczy głos, negocjacyjne opanowanie i wyrozumiałość (zawodowo udawana) dla błędów ludzkich. Podniosła dźwigienkę od świateł drogowych, odpłacając pięknym za nadobne. Jechali tak przez dłuższą chwilę, ale Teresa przestała cokolwiek widzieć i stwierdziła, że tak to nie ryzykuje nawet w pracy. Wycieraczki trzepotały jak opętane. Teresa spróbowała poszukać oślepionym wzrokiem skrawka nadającego się do zatrzymania pobocza. Pobocze jak pobocze. Z godzinę temu minęła Bytów i właśnie teraz znajdowała się w samym środku Borów Tucholskich. Żadnych latarni, linie na jezdni niewidoczne, słupki przydrożne majaczące odblaskami jak kręcące się w kółko świetliki. Zaryzykowała i odbiła w prawo. Samochodem zatrzęsło niemiłosiernie, przednia oś zajęczała tragicznie i Teresa przez moment straciła jakąkolwiek orientację. Nie widziała, czy jeszcze jedzie, czy już może wyhamowała do zera. Rzuciło nią nieprzyjemnie, ale w końcu zatrzymała się. - Co wyrwa! – Teresa nie wierzyła, jak można było zostawić taką dziurę nie załataną. Włączyła światła awaryjne i czekała, aż pędzący z przodu idiota minie ją wreszcie. Grzymała nawet jej się podobał. Oczywiście na jego zaloty reagowała zdawkowo, bo bała się podstępu. To praca, a nie bajka. On – trzydziestoośmioletni dobry mąż i ojciec trzech dziewczyn i jednego chłopaka – znudził się rodziną. Teresy nie bawiło bycie rozrywką. Nie odwzajemniała zainteresowania w zbyt dużym stopniu, ale – przyznała sama przed sobą – wykorzystywała swój urok, gdy chciała przeforsować jakąś kwestię. Udawała wtedy speszenie w jego obecności, spuszczała wzrok, kręciła palcami loczki na włosach, zakładała nogę na nogę i stosowała całą masę innych babskich sztuczek. Projekty miała zatwierdzone, wytłumaczenie nie za dobrych wyników przyjęte i ramiona obmacane od niby przyjacielskiego poklepywania. Drgnęła na wspomnienie tamtego wieczoru, który był kumulacją fatalnego tygodnia, kiedy nikt nie nadążał z pracą, światła w biurach gasły ok. dwudziestej trzeciej, a Grzymała chodził jak wypchany prochem mogącym w każdej chwili wybuchnąć. Siedziała przed komputerem i udało jej się w końcu nawiązać telekonferencję z dyrektorem zarządzającym jednej z większych firm przemysłowych w okolicy. Wpadli z ochroną środowiska, bo nawaliły drogie oczyszczacze ścieków. Firma posiadała wszelkie możliwe certyfikaty środowiskowe i nagle stanęła przed możliwością ich utraty. Skutki to oczywiście wypadnięcie z rynku i w końcu bankructwo. Dyrektor zarządzający chciał zapłacić naprawdę dużo kasy za owinięcie całej sytuacji w grubą warstwę bawełny. Prezesi negocjowali (czytaj: dawali w łapę) sanepidowi oraz wszelkiej maści inspektorom szukającym możliwie najwięcej dziur w działaniu firmy, a agencja tym czasem zapewniać miała wszystkich partnerów biznesowych tego przedsiębiorstwa, że przestój w produkcji jest chwilowy i wynika z błędu kontrolerów. No i prasa. Piękne oświadczenia o misji przedsiębiorstwa, jego wpływie na spadek bezrobocia w łódzkim, o imprezach masowych, które często sponsorowało i jeszcze wielu innych prawdziwych lub nie faktach z życia firmy. Teresa uznała to za naprawdę ważny projekt w swojej karierze zawodowej. Rozwojowy i dający jej możliwość wykazania się, a może i awansu na Dyrektora Działu ds. Klientów Korporacyjnych. Telekonferencja trwała od 21:20 do 24:00 i Teresa pomyślała, że rozsądnie będzie zasnąć tak jak siedzi, obudzić się rano, obmyć twarz w łazience i zabrać się z powrotem do pracy. Nie, nie wypada – podniosła się ciężko z miękkiego krzesła i przeciągnęła się jak tylko mogła najbardziej. Ręce podniosła do góry, wspięła się na palce u nóg (kiedy przebywała sama w biurze, chodziła na boso) i krótka spódniczka uwydatniła jej zgrabne kształty. Właśnie wtedy bez pukania do pokoju wszedł Grzymała. Przystanął w progu i posłał Teresie zmęczony uśmiech. Kobieta opuściła ramiona, poprawiła bluzkę i obciągnęła spódniczkę. - Ćwiczenia relaksacyjne, co? – zapytał głupio, wszedł głębiej do biura i zamknął za sobą drzwi. - Jestem wykończona, ale z Pawelcem powinniśmy się dogadać. Wstępnie wszystko przed chwilą uzgodniliśmy. Grzymała skwapliwie pokiwał głową i rozejrzał się po pokoju. Ogólny porządek psuły leżące gdzieniegdzie papiery. Krzesło dla interesanta też było nimi zawalone. Podniósł je delikatnie, obejrzał bez zainteresowania i spytał, czy może usiąść. - Tak, oczywiście, panie dyrektorze – Teresa odebrała mu plik z ręki i wskazała wolne miejsce. - Panie dyrektorze! Bardzo ładnie, ale mogłabyś mówić mi w końcu po imieniu. Usiadła na obrotowym skórzanym fotelu z drugiej strony biurka i ogarnęła ją totalna senność. A szef marudził… - Wszyscy pańscy podwładni zwracają się tak do pana, więc nie ma powodów, bym mówiła inaczej – odparła grzecznie. Dyrektor po raz kolejny pokiwał głową, przyglądając się blatowi biurka. Wstał niespodziewanie, obszedł je dookoła i zatrzymał się za Teresą. Próbowała odwrócić głowę, ale w tej samej chwili poczuła, jak silne dłonie masują jej obolały kark. Błogie odprężenie wylało się na całe ciało i ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę, to protestować czy też sztucznie się oburzać. Przymknęła powieki i było jej tak dobrze, że omal nie zasnęła. Straciła poczucie czasu i nie potrafiła stwierdzić, w którym momencie Grzymała rozpiął jej bluzkę, pogładził po szyi, po obojczykach, by po kilku błogich dla niej sekundach włożyć gorące dłonie pod stanik i delikatnie ściskać piersi. Otworzyła oczy i spojrzała w dół. To się działo naprawdę i naprawdę miała ochotę na taką pieszczotę. Kiedy znów opuściła ciężkie powieki, poczuła jego oddech na twarzy i popękane wargi na ustach. Wysunęła lekko język i odwzajemniła pocałunek. W głowie szumiało jej, przez ciało przechodziły fale odprężenia i podniecenia na zmianę. Dreszcz! Ten dreszcz był wspaniały – przyznawała sama przed sobą. Doświadczyła go, gdy Grzymała wsunął dłoń w majtki i tarł nią bez opamiętania, coraz szybciej i mocniej, drugą szarpiąc naprężone sutki. Orgazm zalał ją w najwłaściwszym momencie i wygięła się na miękkim fotelu. Może trwało to pięć sekund, a może pół godziny. Nie potrafiła pozbierać myśli; czuła jedynie wstyd, że ani przez chwilę nie odwzajemniła pieszczot. Otworzyła oczy i odwróciła się z fotelem. Odruchowo wbiła się w oparcie, gdyż Grzymała stał dokładnie naprzeciw niej, bez spodni, trzymając napiętego penisa w dłoni i onanizował się. - Chodź skarbie – mruknął władczym głosem, pochylił się i ściągnął jej spódniczkę i rajstopy. Czuła się coraz gorzej, ale była zbyt rozemocjonowana orgazmem sprzed chwili, by protestować. Grzymała rozsunął jej nogi, przykucnął na podłodze i zamierzał w nią wejść. Teresie zrobiło się nagle niedobrze, drażnił ją zapach Grzymały i przede wszystkim zdała sobie sprawę z braku zabezpieczenia. Złączyła kolana i odepchnęła ręką owłosiony tors. - Proszę, nie… - wycedziła ledwie przytomna. – Nie… - Poderwała się i nie wiedziała gdzie może uciec. Stanęła więc półnaga w kącie i poczuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Dyrektor kucał zdezorientowany. Popatrzył na kobietę i jego usta wykrzywił chamski uśmiech. - Już ci przeszła ochota na igraszki? Mnie się już nic nie należy? – spytał ostro, poderwał się i doskoczył do Teresy. Dał jej mocnego klapsa w nagi pośladek i złapał za ramiona. Gdy mówił, trząsł nią jak szmacianą lalką, a ona dławiła się łzami panicznego strachu. - Nie rycz, suko, nie zgwałcę cię przecież! Mobbing i te inne pierdoły… Facet nie ma szans przed sądem, ale gdyby wiedzieli, że jesteś zwykła zdzira, toby było zupełnie inaczej. Przecież chciałaś, prawda laleczko? – Pogładził ją po mokrym policzku, a ona jeszcze mocniej przylepiła się do ściany. Tak, chciałam… Spojrzała we wsteczne lusterko, jak czerwone światła samochodu, który ją przed chwilą minął, giną za zakrętem. W słabej poświacie panelu radia zobaczyła, że płacze. Sól zaschła jej na policzkach, układając się w podłużne cienie. Na szczęście nie stosuję makijażu – pomyślała o pierdole, żeby przestać myśleć o pracy. Wszystko przecież skończyło się dobrze. Grzymała wciągnął spodnie i przed wyjściem powiedział, że Teresa ma dokończyć obecny projekt, a potem może złożyć rezygnację. On jej nie wywali, bo nie ma za co, jak również nie czuje się winny całego zajścia. Zatrzasnął z hukiem drzwi za sobą, a ona ubrała się, usiadła na fotelu, kładąc głowę na biurku. Płakała przez pół nocy, potem zasnęła i obudziły ją dopiero hałasy na korytarzu, gdy o siódmej trzydzieści ludzie zaczęli pojawiać się w biurach. W łazience doprowadziła się do ładu, ale i tak wyglądała fatalnie. Dobrze, że nie dzwonił Pawelec, bo za nic w świecie nie czuła się zdolna do trudnego planowania. Przez cały dzień pracy układała dokumenty i sprawdzała arkusze kosztów. Ani razu Grzymała nie zawitał do jej biura. O 19:30 pozbierała kilka rzeczy do torebki i pojechała Focusem do domu. Od doby nic nie jadła, ale nawet nie otworzyła lodówki. Zerknęła na akwarium, by stwierdzić, że 50 % populacji rybek pływa do góry brzuchami. Nasypała suszonej ochotki i żywe ryby rzuciły się watahą na pokarm. Ona rzuciła się na łóżko i zasnęła. Następnego dnia była sobota, więc wstała tylko raz – by wziąć prysznic, gdyż czuła na sobie jego zapach. Tępym bólem brzucha przypłaciła zjedzoną kanapkę z kremem orzechowym i wróciła pod pierzynę. Podkurczyła nogi i zasnęła. Na całe szczęście nie miała snów. Wyłączyła awaryjne, ustawiła jedynkę i wcisnęła gaz, luzując sprzęgło. Ford ledwie ruszył z miejsca, kołysząc hałaśliwie na boki. Teresa od razu zahamowała i oparła głowę o kierownicę. - Proszę, tylko nie guma – wycedziła przez zaciśnięte zęby, starając się opanować narastający strach. Wszędobylski las, czarna noc i ulewny deszcz nie stanowiły odpowiedniej scenerii do zmiany koła. Ponownie wcisnęła czerwony trójkąt na desce, nasunęła kaptur, sięgnęła pod fotel pasażera, skąd dobyła latarkę i otworzyła drzwi. Od razu zaatakowały ją strugi zimnej wody. Obeszła pospiesznie auto i zaświeciła na prawe koło z przodu. Opona leżała spłaszczona pod ciężarem samochodu. Powietrze uciekło zupełnie. Lecz nagle uwagę Teresy zwróciło zupełnie coś innego. Zaświeciła na pobocze – tam, gdzie zatrzymała Focusa, by przeczekać, aż idiota przejedzie. Dobrze wiedziała, co widzi i uspokoiła się zupełnie. Wygięte w tragicznej pozie ciało mokło w deszczu wytrwale lejącym się z nieba. Wyrzucona inercją przez przednią szybę, kobieta nie miała żadnych szans. Wróciła do auta, zatrzasnęła drzwi i ruszyła w dalszą drogę. Ford sunął jak po szynach i na liczniku pojawiło się 100 km/h. Radio już nie szumiało, serwując głośno wielkie przeboje Radia Zet. Letnia piosenka, puszczana przez bite trzy miesiące we wszystkich ogródkach piwnych, restauracjach i dyskotekach na wybrzeżu, przypomniała Teresie, dlaczego właściwie pojechała z Piotrkiem do Ustki. Projekt zlecony przez Pawelca powiódł się i mało kto dowiedział się o problemach przedsiębiorstwa, w którego zarządzie zasiadał. Agencja załatwiła sprawę z mediami i utrzymała większość kontrahentów tej firmy. Laury zwycięstwa przypadły Teresie – kierowniczce projektu. Grzymała pogratulował jej przy wszystkich, lecz zaznaczył, że chociaż jest połowa lipca to nie ma mowy o urlopie, bo trzeba uporządkować zaległe sprawy agencji. Teresa przyznała rację szefowi, którego oczy zdawały się mówić: Jak chcesz, to zaskarż mnie, że odmawiam ci urlopu. Oczywiście Teresa nie zrobiła nic takiego. Zaległych spraw było bez liku, dlatego z Piotrem spotykała się najczęściej raz, góra dwa razy w tygodniu. Poznawali się po woli i tego właśnie było jej potrzeba. Jednak kolejne