historia · 11 min czytania
Zdradzony
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Była ciemna noc. Wzdłuż drogi, rowerem jechała jakaś kobieta. Spieszyła się i pedałowała z całych sił. Była widocznie zestresowana i roztargniona, ponieważ nie zobaczyła przejeżdżającego obok samochodu. Zagapiła się i nagle oślepiły ją światła pojazdu. Nie zauważyła dziury w drodze i na wyboju spadła z roweru. Na szczęście zobaczył ją kierowca samochodu. Wybiegł z pojazdu i podbiegł do leżącej na asfalcie kobiety. Nachylił się nad nią i pomógł jej wstać. Popatrzyła się na niego z wdzięcznością. Była to wysoka kobieta z długimi, ciemnobrązowymi włosami i zielonymi oczami. Nic się pani nie stało? - spytał kierowca, wysoki, łysy brodacz. Nie, nic! - odparła kobieta. - Ale mój rower widocznie nie miał tyle szczęścia! A spieszę się na milicję! Faktycznie! - zauważył kierowca. - Rower nie wygląda dobrze. Trzeba go zabrać do naprawy. A skoro się pani spieszy, to mogę panią podwieźć na milicję! Rower włożę do bagażnika. Dlaczego pan chce mi pomóc? Niech pani nie pyta i wsiada! Kobieta bez słowa wsiadła do samochodu. Kierowca podniósł rower i zaniósł go do bagażnika. Upchnął go tam z trudem, po czym usiadł za kierownicą. Samochód ruszył. Zawrócił na jakimś skrzyżowaniu i zaczął jechać w stronę najbliższego posterunku milicji. A dlaczego pani jedzie na milicję? - spytał kierowca. - Ktoś pani coś zrobił? Nie pana sprawa! - odparła ostro kobieta. Muszę wiedzieć kogo wiozę. Wiezie pan kobietę, która musi jak najszybciej dostać się na milicję, a to sprawa życia jej rodziców. Ktoś chce zamord....... Nie pana sprawa! W sumie nie! A jak pani ma na imię? A pan? Mariusz, Mariusz Zdun! Były wójt. Nie zna mnie pani? Nigdy pana na oczy nie widziałam. Ja pani też.... Niech pan nawet nie myśli, żeby się we mnie zakochać. Mam narzeczonego? Kogo?! Nie będę o tym mówić! - wybuchła kobieta. - Nie będę! Może pan przyspieszyć? Chcę jak najszybciej znaleźć się na posterunku. Mężczyzna nie przyspieszył i siedział cicho. Ta kobieta widocznie była zestresowana i wściekła. Po dziesięciu minutach samochód zatrzymał się przed posterunkiem. Kobieta wyskoczyła z niego bez słowa. A pani rower?! - krzyknął kierowca. Kobieta nie odpowiedziała. Wbiegła do posterunku. Mężczyzna zaklął pod nosem, wysiadł z samochodu i wyjął rower z bagażnika. Postawił go, oparł o latarnię. A jak ktoś go ukradnie, to nie z mojej winy. Zresztą, kto byłby takim idiotą, żeby kraść zepsuty rower! - mruknął pod nosem. Następnie wszedł do samochodu i odjechał. Tymczasem kobieta siedziała na krześle, na posterunku. Pochylał się nad nią milicjant. E, pani sobie z nas robi bambuko! - powiedział. Słowo, że nie! Mietek naprawdę tam jest! Z kompanem! Nie mam humoru na żarty! - mruknął milicjant. - Obudziła mnie pani w środku nocy! I wmawia jakieś bajeczki! Niech pan zadzwoni do KBW! Albo UB. Powiedz o agentce "Marcie". Muszę porozmawiać z kapitanem Kizińskim! Niech pani będzie! - zdenerwował się milicjant. - Może pani zadzwonić, ja zaraz idę spać. Cały dzień byłem na służbie, cholera. A jak się okaże, że to głupi żart to ....... Kobieta podeszła do telefonu i wystukała jakiś numer. Odebrał jakiś mężczyzna z grubym głosem. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, słucham! - usłyszała kobieta. Muszę porozmawiać z kapitanem Kizińskim! Śpi. A w jakiej sprawie? Ważna, prywatna! Nie, do licha. W sprawie Miecia, znaczy "Roja"! Aha! Pani to "Marta"! Ma pani jakieś informacje o tym bandycie! Przebywa w moim domu... Co pani mówi? Z oddziałem? Z "Mazurem"! Niech pani poczeka. Gnuś, idź obudź kapitana i wezwij go tu! Powiedz że dzwoni agentka "Marta" Kobieta czekała chwilę. Po jakimś czasi usłyszała senny głos: Kiziński, słucham! Tu "Marta" Mietek przebywa w moim domu! Mietek? Aha! To ten zbir Dziemieszkiewicz. Jest z kompanami? Nie. Doskonale. Otoczymy go. Za chwilę zjawi się tam brygada KBW. Trzystu żołnierzy! Zaskoczymy go i wywabimy z domu! Skończy w więzieniu. Chyba, że pani kłamie! A jak nie, to pani rodzice wyjdą z więzienia! Kobieta odłożyła słuchawkę. Wybiegła zapłakana z komendy. Nie zwróciła uwagi na rower oparty o latarnię. Biegła przez wieś i zatrzymała się na głównym placu. Usiadła na ławce. Od jakiegoś czasu była narzeczoną Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja" – Starszego Sierżanta, dowódcy oddziału podziemia antykomunistycznego. Rój nie dowodził wprawdzie zbyt wieloma żołnierzami, ale oddział był skuteczny. Rozbroili kilka posterunków MO, zabili kilku ubowców, w tym Władysława Nasierowskiego - jednego z najbardziej zatwardziałych komunistów w okolicy. Był sekretarzem gminnym PPR, chciał przerobić wszystkie kościóły w gminie na budynki gospodarcze, lubiał strzelać do rzeźb Matki Boskiej. Oddział "Roja" pozbył się go 4 lata temu, czyli w 1947. Teraz był rok 1951, komuniści zaczęli przeprowadzać coraz więcej akcji dążących do klęski "Roja". Ona była jego najbardziej zaufaną osobą, wierzył jej bez granic, kochał ją. Ale UB się o tym dowiedziało. Komuniści szantażowali ją obciążającymi materiałami, więc podjęła z nimi współpracę. Przyjęła pseudonim "Marta" i donosiła im na swojego lubego. "Rój" niczego się nie domyślał, a już dwa razy o mało nie wpadł. Narzeczona działała tak sprytnie, że…