Romans · 18 min czytania
Zdzira
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Młody, ciemnowłosy chłopak siedział pochylony nad masywnym biurkiem, wpatrując się w kartkę papieru i trzymając w ręku eleganckie pióro. Pomieszczenie było niewielkie, ale przytulne. Wypełnione różnego rodzaju czasopismami i opasłymi książkami, służyło jako gabinet. W pokoju panował całkowity porządek. Ze stojących na biurku komputerowych głośników wydobywały się cichutkie nuty Enyi. Młodzieniec pisał już od ponad godziny i nie zamierzał przestać przed napisaniem ostatniego zdania. Bartosz, bo tak miał na imię, był jednym z tysięcy młodych ludzi, którzy zaraz po ukończeniu szkoły wyjechali do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu lepszych zarobków. Żałował, że Polska nie mogła mu zaoferować podobnych warunków. Miał jednak niespełna dwadzieścia lat i całe życie przed sobą, wiele marzeń, które czekały na spełnienie. Pieniądze zaoszczędzone na rocznej pracy za granicą miały pomóc mu w realizacji przynajmniej części z nich. Po powrocie do kraju zamierzał w końcu zdać egzamin na prawo jazdy, kupić nowe auto i pojechać z Agatą na długo wyczekiwane wakacje. Niedługo później chciał rozpocząć studia. Socjologia lub stosunki międzynarodowe. Nie był jeszcze zdecydowany. Bartosz. Niepoprawny romantyk i zagorzały intelektualista. Ludzie różnie o nim mówili. Dla jednych był dziwakiem, dla innych świetnym kolegą i przyjacielem, na którym zawsze można polegać. Zarówno inteligentny i oczytany, jak również naiwny i łatwowierny. Trudno było pozostać wobec niego obojętnym. Niektórzy darzyli go dużą dozą sympatii. Inni niezbyt go lubili, lecz nie mówili o tym głośno, jako że byli w mniejszości. Przez ponad godzinę pióro Bartosza nieustannie szurało po powierzchni kartki. Wkrótce wylądowało z powrotem w eleganckim, skórzanym piórniku, a autor listu złożył pod treścią zamaszysty podpis. Przeczytał list jeszcze raz, upewnił się, że nie popełnił żadnych błędów i, odstąpiwszy od biurka, sięgnął po kopertę. Już jutro miał wrócić do Polski. *** Droga Agato, Do napisania tego listu skłoniło mnie tak wiele różnych uczuć, że zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Może najlepiej od faktu, że za kilka dni będziemy obchodzili naszą pierwszą rocznicę? Siódmy czerwca.... Wspaniała data. Jeśli jeszcze półtora roku temu ktoś powiedziałby mi, że doświadczę tak wspaniałego i romantycznego uczucia, z pewnością uznałbym go za wariata. Od zawsze wierzyłem w romantyczną, lecz spełnioną miłość. I spotkała mnie szybciej, niż się tego spodziewałem. Jeszcze jakiś czas temu lektura „Romea i Julii” budziła we mnie pewne rozbawienie. Dziś wiem, że Szekspir nie był żadnym szaleńcem ani narwańcem, ale jak mało kto zdołał poznać, czym jest miłość i jakie pobudki nią kierują. Jestem szczęśliwy, że sam mam możliwość doświadczyć tego wspaniałego uczucia, jak również, że daję tę możliwość Tobie. Czy to nie wspaniałe? Przy Tobie, Kochanie, piosenki o miłości nabierają sensu. Odkąd oboje pamiętamy, w szkole, w radiu, w telewizji… wszędzie trąbią o miłości. Wiersze o miłości, filmy o miłości, piosenki o miłości. Kiedyś miałem tego dosyć. Dzisiaj wiem, że to ma sens. Nawet najbardziej kiczowaci wykonawcy mają na ten temat wiele do powiedzenia… Kojarzysz Piaska? To, co tworzy, to kicz. A jednak zazdroszczę mu, gdyż ubiegł mnie w uczuciach. Bo dziś to ja pragnę biec po Twoich śladach, to ja chcę rzucać klejnoty pod Twe stopy i grać Ci anielską muzykę, choćby wszyscy wokół mieli uznać mnie za głupca. *** Lot opóźnił się o niecałe czterdzieści minut. Tuż przed godziną dwunastą samolot wylądował na lotnisku w Warszawie. Taszcząc za sobą dwie ogromne walizki, Bartosz wezwał taksówkę i wkrótce stanął na progu domu. Przywitała go łkająca ze wzruszenia matka oraz ojciec, na którego twarzy malował się wyraz czegoś na kształt ogromnej ulgi. Niewysoka, nieco pulchna, czarnowłosa kobieta z obliczem poznaczonym zmarszczkami, długo nie wypuszczała syna z objęć. - No, spokojnie, mamo, daj mi odłożyć walizki – wyszeptał Bartosz. Uściskawszy i poklepawszy po plecach równie wzruszonego ojca, wniósł bagaże na górę, do swojego pokoju. Jakże dawno go tu nie było! Jego osobisty gabinet, prywatny azyl. To tutaj rozwijał swoje pasje. Tutaj poznawał klasykę światowej literatury. Tu również pisał swoje pierwsze utwory, których większość leżała teraz na dnie szuflady. Pomieszczenie było niewielkie. Dwie wąskie szafy oraz duży regał, wypełniony po brzegi przeróżnymi książkami. W przeciwległym kącie pomieszczenia, tuż pod oknem, stało masywne, drewniane biurko, a na nim osobisty komputer Bartosza. Obok monitora znajdowały się trzy wielkie stosy książek, ułożone według konkretnych kategorii – historia, z przewagą opisów zbrodni katyńskiej oraz działań średniowiecznej Inkwizycji, dzieła epoki romantyzmu z Goethem na czele, a także różnorakie pozycje z gatunku fantastyki, wśród których przeważały dzieła współczesnych polskich autorów. Bartosz uruchomił komputer i włączył odtwarzanie najnowszej płyty Within Temptation. Wziął do ręki jedną z książek. Trzymając w dłoni „Solaris” Stanisława Lema, czując woń jej pożółkłych kartek, Bartosz poczuł, że naprawdę wrócił. Poczuł, że z powrotem znalazł się tam, gdzie jest jego prawdziwe miejsce. - Bartosz, obiad! – rozległo się wołanie matki. - Zaraz przyjdę, mamo! – odkrzyknął I rzeczywiście, po chwili zszedł schodami w dół. Po zjedzeniu obiadu i długiej rozmowie z rodzicami, Bartosz postanowił zrobić Agacie niespodziankę i odwiedzić ją. Wziął prysznic, założył świeże ubranie i czym prędzej wyszedł z domu. *** Pamiętasz, jak to wszystko się zaczęło? Poznaliśmy się pewnego majowego popołudnia, w szkolnym sklepiku… zostałem po zajęciach, bo zmienili rozkład jazdy autobusów. Ty czekałaś tam na mamę, która miała Cię odebrać, ale, szczęśliwym trafem, przepadły Ci dwie ostatnie lekcje. Wtedy właśnie zauważyłem, że czytasz „Miasteczko Salem” Stephena Kinga i rozpocząłem rozmowę. Nie minęło dużo czasu, a zaczęliśmy się spotykać. Nasi znajomi natychmiast uznali nas za zakochaną parę. Nie wiedzieli, że Ty i ja zwyczajnie odbieraliśmy na tych samych falach i potrafiliśmy znaleźć wspólny język. Poza tym, mieliśmy identyczne opinie niemal na każdy temat, a jeśli nasze zdania kiedykolwiek się różniły, to oboje potrafiliśmy o tym inteligentnie dyskutować. Zresztą pod tym względem do dziś nic się nie zmieniło. W końcu jednak oboje doszliśmy do wniosku, że to, co nas łączy, to nie jest zwykła przyjaźń… W powietrzu wisiało coś znacznie większego. Oboje to czuliśmy, ale przez dłuższy czas tłumiliśmy w sobie te uczucia. Dopiero siódmego czerwca zdecydowałem się powiedzieć wszystko, co leżało mi na duszy… I wierz mi, że płakałem ze szczęścia, kiedy wyjawiłaś mi, że czujesz dokładnie to samo. Do dziś pamiętam, jak podczas jednego ze spacerów po raz pierwszy ujęłaś moją dłoń. Doskonale pamiętam, jak po raz pierwszy przytuliliśmy się do siebie. A czternasty czerwca? Pamiętasz, co się wtedy stało? Tak, dokładnie, wtedy pocałowaliśmy się po raz pierwszy… nie jakiś byle cmok, ale prawdziwy, romantyczny i namiętny pocałunek. Taki z prawdziwego zdarzenia. To było po lekcjach, w szkolnej szatni… bez przerwy oglądaliśmy się, czy aby nikt nas nie obserwuje. I wiesz co? Ciągle czuję woń tamtych perfum... „Pur Blanca”, czy nie tak właśnie się nazywały? *** Gnał przed siebie, niesiony wizją rychłego spotkania z ukochaną. Przez dziesięć miesięcy tępo wpatrywał się w jej fotografie, wyczekując chwili, w której będzie mógł ponownie ją zobaczyć. Dziesięć miesięcy. Ponad trzysta długich, przepełnionych tęsknotą dni oraz nocy. Skręcając w ulicę Augustowską, uznał, że nietaktem byłoby odwiedzenie Agaty z pustymi rękoma, tym bardziej, że kilka dni temu mieli przecież rocznicę. Szczęśliwym trafem, kilkadziesiąt metrów dalej znajdowała się niewielka kwiaciarnia. Wszedł do niej i rozejrzał się wokół. Nie znał się na kwiatach. Nie wiedział, co powinien kupić Agacie. - Mogę w czymś pomóc? – zapytała z uśmiechem ładna, jasnowłosa ekspedientka. Na oko nie mogła mieć więcej niż trzydzieści lat. - Hm… - zastanowił się Bartosz – załóżmy, że ma pani mężczyznę, który kocha panią całym sercem i oddałby za panią absolutnie wszystko. Gdyby musiał, zaprzedałby duszę diabłu w zamian za pani miłość. Czy zna pani kwiaty, którymi można wyrazić tak wielkie uczucie? Na twarzy ekspedientki pojawił się ledwo wyraźny uśmiech. - A czy zna pan mężczyznę, który potrafiłby tak mocno kochać?
*** Nie minął kwadrans, a Bartosz wyszedł z kwiaciarni z wielkim bukietem w dłoni. Żadnego z tych kwiatów nie znał z nazwy. Ważne, że wyglądały cudownie. Kosztowały więcej niż kolekcjonerskie wydanie twórczości Goethego, ale Bartosz