Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przyjazn · 20 min czytania

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nie miałam pojęcia, że istnieją dwa obrazy, ciągle mam je przed oczami. Moja wyobraźnia i rzeczywistość zlewają się w jedno. Pamiętam każdy szczegół płótna, które wisiało w Vernazzie. Drugi obraz jest inny, tylko w niewielkim stopniu przypomina znaną mi "Dziewczynę z perłą". Tak, to portret mamy. Nie mam najmniejszych wątpliwości. Jest na nim taka daleka i niecielesna. Jej oczy ocienione turbanem, wyrażają smutek, zapraszają do tego, co nieuniknione. To wcale mi się nie wydaje! W gwałtownych pociągnięciach pędzla widać roztargnienie i drżenie rąk ojca. Nie był w stanie się ukryć za postacią na obrazie. Czemu namalował ją tak powściągliwie, bez zwykłej mu troski o szczegóły? Zimne kolory to niema manifestacja. W obrazie brak światła, tylko kolczyki z pereł lśnią nieśmiało. Mimo to jest taki piękny!

Spoglądam jeszcze raz, i jeszcze raz i nie opuszcza mnie to samo nieodparte wrażenie. Ciasno się robi we mnie od wspomnień. Pocieszam się, że to, co teraz czuję z czasem osłabnie, ale teraz...

- Karoline, znalazłem cię. – Słyszę za plecami głos Marka.

Podchodzi bliżej, jeszcze bliżej. Odwracam się. Kładzie swoje zimne dłonie na moich ramionach, z troską zagląda mi w oczy.

- No, tak, musiało się w końcu wydać. Jesteś zaskoczona, nie płacz. Czasem wyobraźnia harcuje, powinienem ci wszystko wyjaśnić. Uwierz, nie jest mi łatwo, to jedno z moich najgorszych wspomnień. Wkrótce po tym jak pożegnaliśmy Ann, byliśmy z Paulem sami w domu w Vernazzie. Ciebie zabrała do siebie ciotka Sally. Paul prawie nie opuszczał pracowni, zamykał się w niej na całe dnie. Popijałem kawę na tarasie. Nagle do moich uszu doszedł jego rozpaczliwy krzyk. Zaalarmowany pognałem do pracowni i stanąłem w progu jak wryty."- Żyłem z nią prawie dwadzieścia lat, to jest opowieść, której nie napiszę już z nikim innym." - Wrzeszczał jak opętany, ciskając tym obrazem o podłogę, deptał go, wyraźnie chciał go zniszczyć. Byłem wstrząśnięty. Pracownia była też zdemolowana. Patrzyłem na twojego ojca jak na szaleńca, czułem się okropnie, nigdy bym nie podejrzewał, dotąd wydawał mi się tak silny. Przez kilka następnych dni nie spuszczałem go z oka. Uciekał nad ocean, godzinami nieruchomo siedział na brzegu. Upłynęło tyle czasu, a ja wciąż mam dreszcze, kiedy o tym pomyślę.

- Mark, długo tak zamierzałeś milczeć, przecież powinnam znać prawdę!

- Tak, ale nie chciałem ci sprawiać przykrości. Przygarnąłem obraz, naprawiłem ramę. Myślę, że Paul bardzo kochał Ann, nie mógł pogodzić się z jej stratą, był przerażony jak dziecko.

- Trudno w to wszystko uwierzyć.

- Nie wątpię.

Zamilkł. Spąsowiałam skonfundowana.

- Traciłem go z oczu czasem na parę miesięcy. - odzywa się znowu. - Akurat kończyłaś czternaście lat, wróciłem z długiej trasy koncertowej, nie miałem żadnej wiadomości, postanowiłem go odwiedzić. Dom był zamknięty. Paul odszedł w krainę, o której Hamlet powiada, że jest milczeniem. Nad Adriatykiem pozostał tylko jego cień. On mieszka w tych obrazach, czuję to. Teraz należą do mnie. Są takie jak ich twórca, mają oczy, serce i duszę. Obrazy i ich malarz często żyją w symbiozie, zrastają się, przedziwna więź. W muzyce jest trochę inaczej. Teraz jedynie musi mi wystarczyć to, jak Paul czasami patrzy mi w oczy, a nie na mój drogi zegarek. Po tym chyba poznaje się przyjaźń. Bez innych – w dobrym i złym – jesteśmy nikim. Nigdy nie orientowałem się zbyt dobrze w malarstwie, dopiero Paul otworzył mi oczy na piękno, robił tak ciekawe rzeczy. Kiedy umarł – Stary - powiedziałem – totalna klapa! Moje życie przestało być sensacją, jest tanim, propagandowym opowiadaniem. I pokiwałem głową. On zawsze potrafił mnie zrozumieć. Karoline, kobietom jest łatwiej się przyznać do chwili słabości. Gdy jest mi źle, staję pod tą ścianą. Obrazy twojego ojca pobudzają do refleksji. To wszystko, co on namalował ma ukryty sens, przerasta moje wyobrażenia o malarstwie, ale nie mogę o tym mówić ludziom, bo i po co.

Jestem zbyt zmęczona, co tu jeszcze można jeszcze powiedzieć, w głowie mam mętlik. Słońce zaszło, zaczął padać drobny deszczyk. Do środka domu napłynął wieczorny chłód. Wspomnienia związane z ojcem są wciąż żywe, przeszłość rzuca długie cienie. Zarzucam sweter na ramiona, schodzę na dół, przechodzę przez bramkę i biegiem wypadam na ścieżkę prowadzącą ku rzece.

– Dokąd się tak spieszysz, Karoline? – Woła za mną.

- Chcę pobyć chwilę sama! - Odpowiadam, ale chyba mnie nie słyszy.

Mam trochę czasu, by wszystko przemyśleć. Niewinne na pozór kłamstwo lub żart Marka. Zapłaciłam z nie łzami i nieprzespanymi nocami. Dziwne, ale niczego nie żałuję, jest mi lżej. Gniew, pretensje, smutek zostawiam w tyle. Cenna lekcja, wiele wyjaśniła. Czasem warto się zagubić, aby odkryć tyle szczerości.

****

- Karoline, kończ śniadanie, zbieraj się, wychodzimy. Ogrody Boboli zapraszają na ucztę dla zmysłów.

– O, niezły ruch jak na otwarcie dnia – pomyślałam, słysząc rozbawiony głos Marka.

Ogrody Boboli dotąd znałam wyłącznie z przewodników, ale to nie to samo. Nie mogę uwierzyć, że zobaczę ten wspaniały przykład ogrodu włoskiego, rozciągającego się u stóp słynnego Pałacu Pittich. Uśmiecham się, widząc, że Mark włożył na tę okazję marynarkę i odświętne spodnie.

****

Monumentalna budowla pałacu z daleka wydaje mi się atrapą, nakrytą niebem jak wielkim niebieskim sklepieniem. Idziemy w górę szerokim trotuarem, omijamy rozgorączkowaną kolejkę. Stoi po bilety wstępu, poci się i pulsuje. Markowi udało się kupić nasze przez Internet. Okazałe, otwarte na oścież drzwi, a za nimi ogromny dziedziniec. Wchodzimy w oczekiwaną ciszę. Do wnętrza dochodzi bezsłoneczne światło. Echo naszych kroków wspina się po ścianach zabytkowych, oplatających go kamiennych krużganków. Gdy dotykam ich ścian nie sposób nie czuć pod palcami atmosfery minionych stuleci. Niekończąca się litania królów, szlachciców, strojnych kobiet i dostojników Kościoła. Na tle tak starych fresków człowiek musi zachować się godnie. Prostuję się, poprawiam plecak i rozglądam się łapczywie. Już na pierwszy rzut oka to założenie ogrodowe wydają mi się piękniejsze od znanych mi ogrodów Paryża.

- Widzę, że ci się tu podoba?

- Świetny wybór!

Basen Neptuna iskrzy się niczym wielki brylant w południowym słońcu. Słyszę szum wody. Obserwuję grę światła na lustrze wody, widoczną przy podmuchach wiatru. Promienie słońca przebijają powierzchnię wody i cudownie rozpraszają się w jej granatowo - błękitnej toni. Daję się jej ponieść szumowi wody. Mój wzrok zatrzymuje się na uwięzionym w kamieniu Neptunie. Widzę go przez pryzmat zapamiętanych obrazów z literatury. Symbol znikomości i przemijalności ziemskiej wielkości i sławy. Zakres możliwości jest szeroki. " Ten Neptun jest głosem w starym sporze o wyższość sztuk, rozstrzygającym go na korzyść malarstwa". Ten pogląd mi odpowiada.

Na zegarku już druga. Przedzieramy się skrótem przez krzaki. Pachną jesiennym rozkładem. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze usiąść na ławce, gdy słyszę stłumiony głos Marka:

- Dobrzy ludzie czasem muszą robić złe rzeczy.

Zabrzmiało dziwnie i bez sensu. Rozwiązanie zagadki nie byłoby dla Marka pochlebne. Mój romantyczny nastrój diabli biorą.

- Co się dzieje, Mark? Wczorajsza nasza rozmowa była podróżą do prawdy, ale na tym koniec.

Bada mnie spłoszonym wzrokiem.

- Sam nie wiem, co mi przyszło do głowy.

- Mark, to nie fair! Masz problem, to napisz do mnie list.

Nie zdołałam powstrzymać słów cisnących mi się na usta, robi mi się głupio.

- To będzie nie lada przyjemność. Mam pisać w lirycznym nastroju, a może wolisz ironię. Z estetycznego punktu widzenia jest niewątpliwie atrakcyjniejsza. To będzie tylko kwintesencja mojej szuflady z mydłem i powidłem. Tylko dla dorosłych! Nie jestem facetem z działu moralności. - Wybucha śmiechem.

- Kiedy wracasz do Paryża?

Cały Mark, przekornie zmienia temat. Kusi mnie, żeby od razu odpowiedzieć: ironię. Jego ironia przeplatana witalnym dowcipem smakuje wybornie.

- Pytałeś, kiedy wracam do Paryża? Jutro, wieczornym samolotem.

- Zeżre mnie tęsknota i to będzie wyłącznie twoja wina. Czy możemy ruszać dalej?

Ocieniona dorodnymi cyprysami aleja prowadzi nas ku krętym schodom prowadzącym do "Muzeum Starej Porcelany". Przed nami otwiera się nieziemski widok. Mój aparat miarowo szczęka. Wskazówki słonecznego zegara pokazują szóstą, popołudnie przechodzi w wieczór, niedługo zamkną ogrody.

- Wiele słyszałam o florenckiej katedrze. Naprawdę jest taka piękna?

- To jedna z największych świątyni katolickich na świecie. Żaden kłopot, jutro ją sama ocenisz.

Pora na wczesną kolację, kiszki grają mi marsza. Położona nad wodą knajpka zaprasza reklamą dobrej kuchni. Gustowne, żółte parasole drżą na wietrze, fale pluskają leniwie o brzeg. Dopadamy ostatni, wolny stolik. Mark zdejmuje kapelusz, wydaje się rozluźniony, promienny, rozsiada się wygodnie w rattanowym fotelu. Krajobraz ogrodów doskonale koresponduje z naszym, pogodnym nastrojem. Biorę go za rękę.

- A co sobie pomyślałeś, gdy tu przyjechałam?

- Że ty też jesteś szalona.

****

Jest koniec września, lato w Paryżu na dobre odeszło w niepamięć. Spałam niespokojnie, musiałam wstać wcześniej niż zwykle, nawet nie potrzebowałam budzika. Bębnienie ulewnego deszczu o parapet nie poprawia mi humoru. Od godziny snuję się w szlafroku po kuchni. Robię kanapki z twardym serem, na stole stygnie mocna kawa w filiżance. Po powrocie z Florencji porzuciłam lęki i niepewność. Moje obawy nie potwierdziły się. Uśmiecham się na samo ich wspomnienie, najwyraźniej to coś znaczy. Tak, życie z dnia na dzień odcina przeszłość niczym kupony.

- Obudź się, Kuba! Nie rób sobie wstydu!

Tego śpiocha nic nie rusza. Obok rozpoczętej butelki mleka leży list, ma stempel sprzed tygodnia. Wcześniej go nie dostrzegłam. Otwieram pospiesznie kopertę. Rozpoznaję odręczne pismo

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VI — czytnik · opowiadania