rodzina · 17 min czytania
Ze zwichniętym skrzydłem -część I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Lepiej było wziąć taksówkę, od godziny beznadziejnie kręcę się w kółko. Jest lipiec, środek lata, a Vernazza wygląda jak wymarła, wokół ani żywej duszy. Miasteczko jest jeszcze zaspane, w powietrzu unosi się zapach nagrzanej snem pościeli, nawet bezpańskie psy wylegały dużo później ze swoich kryjówek, na żebraczą tułaczkę. Pastelowe kamieniczki są nieco zniszczone przez silne, wilgotne, morskie wiatry. Na niektórych odpada elewacja, co nie odbiera miasteczku uroku. W oknach widnieją jednakowe, ciemnozielone okiennice, w większości są zamknięte. Za ostrym zakrętem niespodziewanie pojawia się motocyklista bez kasku, macham rozpaczliwie, krzyczę by się zatrzymał. Nic z tego, wzrusza ramionami, mija mnie bez słowa, spluwa na asfalt i znika za rogiem. No, tak nie zna angielskiego. Mogłam się domyśleć, jestem we Włoszech. Co mnie podkusiło? Trudno, czasami wyczuć, co mi chodzi po głowie, zawsze miałam szalone pomysły. Przejechać taki szmat drogi dla jednego obrazu! Dostajesz list, zaczarowany prostokąt papieru, który rozerwany gna cię na drugi koniec świata. Tak już mam i nic na to już nie poradzę. Prawdopodobieństwo, że ktoś będzie znowu przejeżdżał jest nikłe. Stoję zamyślona, zapach portu dociera do zaułka, szybko zapominam o smutku, gdy młoda dziewczyna wskazuje mi drogę.
- To niedaleko – uspakaja.
Wchodzę na nadmorską promenadę w chwili, kiedy rybacy wyciągają z wody wielką sieć. Przy każdej stoi sześciu mężczyzn, ciągną wszyscy razem, najstarszy z nich daje sygnał. Lina się przesuwa, rybacy zapierają się ze wszystkich sił. Sieć powoli zbliża się do brzegu, ryby iskrzą się i podskakują w spienionej wodzie, trzepocząc setkami ogonów. Sieć wyrzuca na suchy ląd cały stos życia wykradziony falom. Rybacy wyciągają Adriatyk na brzeg - uśmiecham się . Czas zachowuje się niezgodnie z moimi oczekiwaniami, zbliża się południe. Na pobyt we Włoszech mogłam przeznaczyć zaledwie trzy dni. To dużo i mało. Szczęście, jeżeli uda mi się skaptować Paula. Ciągle pośpiech i pośpiech, taką pracę wybrałam, nie mogę żyć bez mojej galerii. Wernisaż jest już w przyszłym tygodniu, zapewne zjedzie się mnóstwo gości. Jeśli walczę to do końca, nie mam wyjścia. Ze zdumieniem stwierdzam, że dom Paula wygląda, jak niezamieszkany, jest żenująco mały. Podjazd wysypany jest nowym, kremowym żwirem. Z tarasu rozciąga się widok na rząd wysmukłych tui. W idealnie wysprzątanym wnętrzu tylko czarne buty, lśniące jak dwa chrząszcze, ustawione równo pod łóżkiem, oraz nuty na pianinie, świadczą, że Paul tu mieszka. W łazience umilkł szum wody i on staje we drzwiach, wycierając dłonie w ręcznik. Ma wymiętą twarz, widać, że nie spał, ale ciągle jest w kwiecie wieku, wysoki i smukły, o czarnej czuprynie delikatnie przyprószonej siwizną.
- Och, cześć - wita się. - Znalazłaś mnie? Tak się cieszę. Mam z twojego powodu wyrzuty sumienia. Chciałem skończyć wcześniej, przed twoim przyjazdem. Idziemy na kolację? Możemy pogadać po drodze, prawda?
- Całe wieki nie byłam we Włoszech. Tęsknię za tutejszym jedzeniem.
- W głębi Via Roma jest mała restauracja. Uwielbiam to miejsce. Spróbujemy najlepszych dań – obiecał.
- Dobierz do nich odpowiednie wino. Najlepiej Vino de la Cinque Terre. Znawcy wyczuwają w nim świeżość morskiego, lekko słonego powietrza i pełnej minerałów gleby Vernazzy.
- Ależ oczywiście - mówi z udawanym oburzeniem. – Z pewnością nie popełnię bluźnierstwa.
Część 22 / 5
Siedzimy przy stoliku, żółty parasol skutecznie chroni nas przed wszechobecnym słońcem. Kelnerka z kucykiem przekrzywionym w stronę jednego ucha, mruga do Pawła porozumiewawczo, bez słowa stawia przed nami kawę i tosty z żytniego chleba – przynosi także lnianą ściereczkę obszytą niebieską nitką. Spodziewa się łez? Widać po nas poczucie klęski, cienie przeszłości? Spogląda na mnie wymownie i wraca na swoje miejsce obok radia, z którego sączy się ckliwa muzyka. Jem z przymkniętymi oczami, jestem tak głodna, że odzywam się dopiero po czwartym kawałku. Chwalę jedzenie i wino. Dojrzewające sery są znakomite, po głównym daniu kelnerka przynosi owoce w gorącym sosie, doprawionym rumem. Na jednej dłoni ma długie paznokcie, a na drugiej krótkie i pomalowane na czerwono. Okropność!
– Skończyłem malować obraz, ale długo to trwało. Chcesz obejrzeć?
- Dobra robota. Po to tu przyjechałam.
W głosie Paula czuję rozbawienie.
- Jesteś okrutna. Wiem, wiem, moja osoba nie byłaby w stanie wyciągnąć cię z twojej strefy komfortu.
– Coś w tym jest. Pamiętasz? Nie wchodzę dwa razy do tej samej rzeki.
- Jak pani sobie życzy. Wydawało mi się, że między nami jest chemia. Mam nadzieję, że twój gniew kiedyś minie.
- To była moja przestrzeń – odpowiadam łagodnie. Nikogo tam nie wpuszczam, wiedziałeś to od początku. Dobrze, że wtedy nie rzuciłam się na ciebie z pazurami. Nie jestem snem, jestem prawdziwa, jestem tutaj i to powinno ci wystarczyć.
Część 33 / 5
Uśmiecha się, odsłaniając białe zęby i dotyka szorstką dłonią mojego policzka. Dobrze wie, że nie powinien tego robić. Zmysł dotyku odgrywa najważniejszą rolę w sferze seksu. Najwrażliwszą na dotyk jest okolica moich nozdrzy i warg. Paul zawsze uważał, że jest najważniejszy, we wszystkim chciał grać pierwsze skrzypce, w łóżku też, a człowiek się nie zmienia. Fakt, pojawił się w moim życiu w dobrym momencie, miałam już dość samotnej walki ze światem. Darzyłam go wielką miłością, chciałam wierzyć, że on odwzajemni ten dar. Nie umiał, kazał jej odejść, ignorował ją. Nie chcę się narzucać! Odeszłam, posłuszna temu głosowi.
- Jesteś dla mnie wszystkim, co się w moim życiu liczy – powiedział na pożegnanie.
- Za późno, już dokonałam wyboru, za mocno mnie zraniłeś. Na wszystko jest właściwy czas i pora.
Powinnam czuć do Paula odrazę, ale nie potrafię jej w sobie znaleźć. Opłaca się być pozytywnym, dzięki temu stajemy się szczęśliwsi i zdrowsi, żyjemy dłużej i mamy lepsze relacje z innymi. Uśmiech to sposób na życie, to najlepszy lek na stres.
Wracamy do domu spacerem.
- Mam ochotę zburzyć ten dom, aby nie został kamień na kamieniu. Winorośl rosnąca za domem ma zniknąć do ostatniego pędu. Do malowania potrzebuję więcej światła i ciepłej, oddanej kobiety.
- No cóż, wiem to nie od dziś, kręcą cię rude i gorące, najlepiej o rubensowskich kształtach.
Część 44 / 5
Brzmi to niefrasobliwie, ale jednocześnie czuję, że budzi się we mnie stara bestia. Gdy patrzę na Pawła zawsze wzrasta we mnie pożądanie. Pamiętam jeszcze zapach jego skóry. Nie podnoszę głowy, żeby nie patrzeć w jego oczy, nic nie straciły z dawnego blasku. Gdy jedliśmy kolację nad miasteczkiem przeszła krótka burza, nad kocimi łbami jeszcze wznosi się delikatna mgiełka, czuję, że włosy skręcają mi się w spirale. Słońce już zaszło, cienie wypełzły z morza. Wchodzimy do pracowni. Paul zbliża się do mnie, aby mnie objąć.
– Nie!
Odsuwam się.Posmutniał albo mi się wydaje.
- To czyste szaleństwo. Czuję się jak fałszerz obrazów, nie mieści mi się w głowie, że to robię. Ale to też sztuka i tylko takie malowanie mnie interesuje.
Spogląda na mnie i ryczy jak lew. Cały Paul, lubi przedstawienia.
- Nie zapomnij, że w galerii w Paryżu organizuję ważny dla mnie wernisaż.
Podnosi pędzel i delikatnie muska farbą mój nos, śmieje się.
Część 55 / 5
- I nie obejdzie się beze mnie? Masz taką moc, użyj jej, moja ruda czarownico. Będzie cudownie, obiecuję.
Przemilczałam to, co powinno być niewypowiedziane.
- Niech cię szlag!
Gdy poszedł otworzyć okno przyglądam się obrazowi. Opisać słowami płótna Paula to marny trud. Dużo lepszym środkiem wyrazu byłby tu kwartet z dwojgiem skrzypiec, fagotem i harfą. To istny Vermeer, Paul go niewątpliwie naśladuje. Czy ten fakt pomniejsza wielkość jego dzieła? Widzę cud kładzionego światła, na różnych rodzajach materii: na skórze ludzkiej, na obiciu szaty, na obiciu krzesła, na bielonej ścianie, cud, który Vermeer powtarza stale, ale w innych wariantach. Stara się widzieć w niektórych jego obrazach to, czego nie ma. Zeszłej jesieni fascynowała go „Pani przy szpinecie”. Dla mnie i większości krytyków bije z płótna sztywność, chłód i czysta kalkulacja, Paweł się z tym nie zgadza.
„Modelka ma temperament, tak samo odwraca głowę, ten sam Twój półuśmiech. Jest w tym uśmiechu to cudowne Twoje zamyślenie” - Napisał do mnie w liście.
”Jesz za dużo czerwonego mięsa, od tego rozum ci się miesza" - odpisałam.
Potrafi być bardzo miły, nawet na odległość mnie podnieca, ale mu już nie…