Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 7 min czytania

Żebrak

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kraków pięknie wyglądał o tej porze roku. Miasto było skąpane w promieniach słońca, które nadawały mu dziwny, bardzo dumny charakter. Każda kamienica wydawała się większa, piękniejsza, jakaś majestatyczna. Ludzie idący przez planty uśmiechali się wyjątkowo często, jakby bez powodu. Jesień krakowska napawała wszystko i wszystkich optymizmem, budynki, ludzi a nawet zwierzęta. A co najciekawsze wszystko to tworzyło jedną całość i niemożliwe było wyobrażenie sobie alejki, po której nie przechadzaliby się nadzwyczaj powolni i beztroscy obywatele tego miasta. Reasumując, cały Kraków kipiał uśmiechami, radosną stagnacją, a przede wszystkim lenistwem. Tak, miasto było leniwe… Jedna tylko rzecz nie pasowała do tego obrazu, hołdu lenistwa i swobodnej radości. Był to stary żebrak. Jedyny chyba człowiek, u którego w jakże pięknym początku tego dnia nie widniał uśmiech na twarzy. Siedział jak zwykle pod schodami kościoła św. Anny, a praktykował tę czynność od dobrych kilkunastu lat. Miał na imię Joachim. Joachim dźwigał co najmniej 70 zim na swoim przygarbionym karku. Jego życie można było prosto odczytać z twarzy, która była poprzecinana głębokimi zmarszczkami i bruzdami. Widać było, że to życie nie było ani łatwe, ani przyjemne. Jedynym towarzyszem niedoli biedaka, był kudłaty, równie stary (licząc po „psiemu” oczywiście) co jego właściciel pies o banalnym imieniu. Zwał się Burek, ot taki sobie przeciętny kundel, jak większość z rasy „burkowatych” głupawy i cieszący się z nie wiadomo czego. Żebrak siedział na starym, dziurawym kocu, pod którym ułożył „fundament” składający się z kilku warstw gazet i tektury. Miał na sobie płaszcz, który już dawno stracił swój pierwotny kolor, jak zresztą dawny kształt i teraz świecił jakby ktoś go namiętnie smarował kawałkiem tłuszczu. Z resztą ubioru inaczej się sprawa nie miała, i tak łysinę poczciwego Joachima przed deszczem chronił kapelusz, który jakiś czas temu został pozbawiony ronda przez Burka. Dolną część ciała zakrywały pasiaste, postrzępione i oczywiście z jedną nogawką krótszą spodnie. Na stopach widniały wojskowe buty, które prawdopodobnie pamiętały czasy kampanii wrześniowej. Były zresztą bardzo głodne i podeszwy rozdziawiały swe paszcze na ogromną szerokość, co Joachim próbował powstrzymać kawałkami sznurka i rzemyka. Rozkład dnia żebraka był niezłomnie prosty i opierał się na systemie „kościelnego”. Kiedy kościelny otwierał kościół na poranną mszę, było to dla Joachima sygnałem że można się „rozkładać”, a w momencie, w którym ten sam zacny człowiek zamykał bramy świątyni Joachim zaczynał się „zwijać”. Genialne w swojej prostocie, nieprawdaż? Codzienne czynności Joachima zamykały się na żebraniu, spożywaniu dwóch posiłków (o ile było co jeść) i oddawaniu się czynnościom, których żaden człowiek nie uniknie. W tym znów mu pomagał kościelny, który udostępniał żebrakowi ubikację, zresztą chyba jedyną w okolicy. Towarzysz Joachima, Burek wykazywał się wyjątkową niechęcią do bycia oryginalnym psem i jak każdy pospolity kundel urządzał codziennie dzikie fanaberie. Poczynając od obszczekania każdego, co grubszego przechodnia, poprzez gonienie za przechodzącymi w okolicy kotami, a kończąc na nałogowym odlewaniu się na wózek z obwarzankami, który był każdego ranka dopychany pod kościół przez panią Janinę,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Żebrak — czytnik · opowiadania