Fantasy · 6 min czytania
Zemsta Bayargha
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Obserwator stał spokojnie na gałęzi rozłożystego buku wypatrując niebezpieczeństwa. Był dumny ze swojej roli. Nie dalej jak dwa miesiące temu wstąpił do gildii, a już pozwolono mu stać na warcie. Król rabusiów nie należał do osób ufnych, i zazwyczaj zaszczytu patrolowania okolic kryjówki dostępowali rozbójnicy z przynajmniej dwuletnim stażem. "To wróży mi zawrotną karierę" - pomyślał. Jego kariera skończyła się nagle, gdy nie wiadomo skąd nadleciała strzała i przeszyła mężczyźnie gardło. Banita zacharczał cicho i po chwili jego ciało, targane konwulsjami, upadło na ziemię. Król rabusiów siedział na tronie w swoim domku, zbudowanym na konarach rozłożystego dębu. Przed nim stało dwunastu Przybocznych - najbardziej zaufanych ludzi, wysoce pomocnych w zarządzaniu banicką społecznością. - Fergo, jak dzisiejszy utarg? - zapytał. - Zrabowaliśmy czterdzieści sztuk złota, sto sztuk srebra i osiemset pensów - wyliczył Fergo. - Połowę złożyć w moim prywatnym sejfie, a resztę do skarbca. - Tak jest - odpowiedział Fergo i wyszedł. - Czy patrole zauważyły coś dziwnego, Brando? - Nic niepokojącego - odparła kobieta stojąca na prawo od wejścia. - Dziś rano traktem przeszła kolumna zbrojnych, ale nie wykryli nas. Ledwie skończyła, gdy do domku wpadł jeden ze zwiadowców. - Panie, znaleźliśmy jednego z naszych ludzi martwego. Pilnował granic na północy. Zabił go jakiś łucznik. - Natychmiast zebrać ludzi i przeszukać teren - rozkazał władca. - Obejść wszystkie stanowiska patrolowe i sprawdzić kompletność załogi. - Tak jest - odpowiedział mężczyzna i wybiegł. Król odprawił Przybocznych i przeszedł do sąsiedniego pokoju. Stało tam szerokie łoże z baldachimem, a także szafy na ubrania i sekretarzyk. W kącie zaś znajdowało się duże, bogato zdobione lustro. Władca podszedł i spojrzał w nie. To, co zobaczył zaparło mu dech w piersiach. Odwrócił się gwałtownie. Za nim, opierając się o ścianę, stały dwie postacie: młoda elfka, ubrana w zieloną koszulkę i przepaskę, trzymająca łuk oraz Ahan, który nosił ciemny, skórzany kaftan, spodnie i czarną pelerynę, a w dłoniach miał dwa miecze. Ahanowie to rasa wojowników, trenowanych od dziecka na diabelnie skutecznych assasynów. Szybcy jak strzała, nieuchwytni jak cień, zabójczy jak śmierć. - Witaj - powiedział Ahan. - Miło cię znów widzieć - uśmiechnął się złośliwie. - Darujcie mi życie! - zawołał Król. - Wykupię swoją wolność. Ile żądacie? - Nie chcemy pieniędzy. Przyszliśmy po ciebie. - Ale dlaczego? - zaskomlał władca. - Zabiłeś naszego przyjaciela - warknął przybysz. - Karą za śmierć jest śmierć - dodał i rzucił się na banitę. Mężczyzna chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle. Ostrze przeszyło mu pierś i wyszło z drugiej strony. - Żegnaj Omarze - powiedział Ahan unosząc drugi miecz. "Skąd on zna moje imię? - pomyślał Omar. - Nie używałem go od czasu..." Popatrzył w oczy zabójcy i nagle zrozumienie uderzyło w niego z całą mocą. Ogarnął go potworny strach, przed