Horror · 12 min czytania
Zemsta drwala
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kariera przedstawiciela handlowego to niełatwy kawałek chleba. Ci z nas, którym się poszczęściło, mają za rewir miasto lub gminę, ja niestety do nich nie należę. Spędzam życie w drodze – jeżdżąc po całej północnej Montanie, sprzedaję chłodziarki przemysłowe. Być może nie brzmi to zbyt ekscytująco, ale wierzcie mi, w tym fachu nie brakuje przygód. Tamtej nocy jechałem do nowego klienta, który zakładał hurtownię drobiu, gdzieś pośrodku niczego. Po drodze zgubiłem się kilkukrotnie, klucząc wśród nieoznaczonych dróg gruntowych, nim w końcu udało mi się dotrzeć do małej mieściny, której szukałem. Całe „centrum” składało się z kościoła, sklepu wielobranżowego i baru połączonego z hotelem. Zwykła dziura, ale zdarzało mi się bywać w gorszych. Było już ciemno i późno, gdy wreszcie wynająłem pokój. Nic specjalnego, łóżko z zapadniętym materacem, zakurzone zasłony i brudna umywalka, wystarczyło jednak, by złapać kilka godzin snu i rano ruszyć do pracy. Zdarzało mi się już nocować w różnych warunkach i będąc zupełnie szczerym, cieszę się za każdym razem, gdy nie muszę spać w samochodzie. Rzuciłem plecak na ziemię i na chwilę wyciągnąłem się na łóżku. Nie chciałem jednak jeszcze kłaść się spać, postanowiłem zejść do baru i zjeść późną kolację, może wypić parę drinków, by rozluźnić się po przebytej drodze. Hotelowa knajpa, na szczęście, prezentowała wyższy standard niż moja kwatera. Nic wyszukanego, ale było czysto i schludnie. Klientów było niewielu: para w kącie wymieniająca namiętne spojrzenia, grupka gołowąsów śledząca mecz footballu na starym telewizorze i ponurak na końcu baru. Sam również zająłem miejsce przy barze, odpowiednie dla ludzi zdrożonych i samotnych. Kelnerka pojawiła się natychmiast i obdarzając mnie wątłym uśmiechem, zapytała, w czym może mi pomóc. Zamówiłem stek z frytkami i colę. Nie cierpię jednak jeść samemu. Można by pomyśleć, że zdążyłem się przyzwyczaić, ale jest to chyba jedna z tych rzeczy, których nigdy nie będę w stanie zmienić. Zerknąłem więc w stronę ponuraka pochylonego nad kuflem piwa i gdy pochwycił mój wzrok, skinąłem głową w pozdrowieniu. Po chwili wahania odpowiedział mi tym samym. – Urokliwe miejsce. Nie sądzi pan? – spróbowałem zagaić, a mężczyzna wzruszył ramionami. – Jest pan tutejszy? – Pokręcił przecząco głową. Facet w oczywisty sposób nie należał do rozmownych, ja jednak tęskniłem za dialogiem z kimś innym niż moje samochodowe radio, więc nie miałem zamiaru łatwo odpuścić. – Nie interesuje pana mecz? – Ruchem głowy wskazałem telewizor, a on znowu jedynie wzruszył ramionami. – Pan mi wybaczy, ale od dawna z nikim nie rozmawiałem... Mimo wszystko nie chcę się narzucać. Nie narzucam się? Nieznajomy wbił we mnie przenikliwe spojrzenie. Po dłuższej chwili podniósł się ze stołka i wolno ruszył w moją stronę, by usiąść koło mnie. Przez chwilę trwaliśmy w niezręcznej ciszy. – Chciałeś rozmawiać. Rozmawiaj więc, kochanieńki – odezwał się w końcu mój nowy kompan, mówiąc wolno i prawie szeptem, jakby był nienawykły do wypowiadania swych myśli na głos. – No więc tak... – zacukałem się. – Jestem Frank. Frank Willson, sprzedaję chłodziarki przemysłowe. Jestem tu w interesach. A ty? – Jon – odszepnął zwięźle, a ja od razu się domyśliłem, że nie jest to jego prawdziwe imię. Nie żeby sprawiało mi to jakąś różnicę. – Miło mi poznać. Czym się zajmujesz, Jon? – Jestem drwalem – odparł z ociąganiem. – Jasny gwint! Drwalem?! Czemu nienawidzisz drzewa, stary? – zażartowałem w odpowiedzi, mając nadzieję, że w ten sposób uda mi się przełamać lody. – Bo to popaprane, mordercze sukinsyny – odparł prawie natychmiast, dalej patrząc w swój na wpół opróżniony kufel zamiast na mnie. – Jasne! – wybuchnąłem śmiechem. – Popaprane sukinsyny! A to ci dopiero! Mimo mojego rozbawienia oblicze ponuraka Jona pozostało bez wyrazu. Po chwili jego twarz stężała i jedna ręka zacisnęła się na blacie. – Czy widzisz, żebym się śmiał? – wysyczał. – Zaraz, ty... – Zawahałem się. – Ty mówisz poważnie?! – A wyglądam ci na żartownisia? Cholerne drzewa zniszczyły mi życie, zabrały rodzinę. Banda liściastych skurwysynów! – Ostatnie słowa prawie krzyczał, bijąc ręką w blat kontuaru. „Rewelacja...” – pomyślałem. „Trafił mi się kolejny świr”. Cóż, nie pierwszy raz w swoich wojażach trafiłem na osobę o niepewnej kondycji umysłowej. Wielu z nich jednak potrafi dostarczyć taniej rozrywki, a ten wydawał mi się zupełnie oderwany od rzeczywistości, a zatem interesujący. – Dobrze, spokojnie! – Uniosłem ręce w pokojowym geście. – Nie miałem zamiaru się naśmiewać. Po prostu nie spodziewałem się takiej odpowiedzi i zdarza mi się chichotać, gdy się denerwuję. Mogę postawić ci drinka? Jon nadal przewiercał mnie wściekłym spojrzeniem, ale po chwili przytaknął. Gestem wezwałem kelnerkę. – Kolejne piwo dla mojego kompana, a dla mnie martini. – Dziewczyna zerknęła na mnie trochę z ukosa, ale przyjęła zamówienie. – To jak, kolego? Opowiesz mi, o co chodzi z tymi drzewami? – Heh... i tak mi nie uwierzysz – westchnął mój rozmówca. – Sprawdź mnie. Słyszałem niejedną szaloną historię – odpowiedziałem z uśmiechem. – Nie taką jak moja. Wszytko zaczęło się, gdy byłem jeszcze chłopcem. Widzisz, dziadunio mój był cieślą. Prawdziwym, nie takim jak ci teraz, miękodupce. Nie miał maszyn. Ba, w warsztacie nawet długo prądu nie miał, póki mu się oczy nie zaczęły psuć i mu mój tatuńcio światło elektryczne musiał podłączyć. Nie, nie, kochanieńki, on wszystko robił rękami. Miał strugi, dłuta i kupę innego żelastwa, którym, wiórek po wiórku, obcinał nadmiar drewna, by zrobić z niego mebel albo narzędzie, czasem nawet jakąś zabaweczkę dla nas, dzieciaczków. Kelnerka pojawiła się z naszym zamówieniem, a ja pomyślałem, że trafiłem w