aktualnosci · 12 min czytania
Zeszyt z pomysłem na życie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zanim napiszę prawdę i inne sentencje wyłuszczę, powiem, że tekst zawdzięczam, tylko, albo zwłaszcza temu, że wczoraj, 6 czerwca 2010 roku tak idiotycznie spiekłam nogi na słońcu, że gorączkowałam, spać nie mogłam, i balsamowałam piekącą głupotę przez pół nocy. Czytałam przy okazji, żeby zająć głowę, aż wreszcie, jak to bywa, chwyciłam pióro. O tym potem, co czytałam, i o tym, co posiadło pewne właściwości, zabójcze jak opalanie, drżączkę powodując i gorączkę jednako. O zeszycie z pomysłami rzecz ma być. O zeszycie na zapiski i inne sprawunki, (zależy jak kto stosuje), który większość posiada i skrzętnie jak PINu broni (za JP), a którego na przykład Ernest Bryll nie ma. Sama słyszałam jak mówił, że jeśli coś konkretnego mu do głowy przyjdzie, a jest rzeczywiście wartościowe, to przychodzi wtedy (mądre), wtedy kiedy jest możność, by one zapisać. Pochwalić Ernesta za pewność siebie i jego myśli, za wyczucie czasu. Mój brat od jakiegoś czasu takowy posiada (kapownik), choć poetą ani innym pisarzem nie jest, ale pomysły spisuje, coś tam mruczy pod nosem, czasem mnie coś zdradzi, czasem wszystko, z podkreśleniem dobitnym „tylko dla Twoich uszu mówię”. Nie dziwota, bo pomysły w cenę urosły. Na świecie, gdzie jakby się zdaje wszystko już napisane i odkryte, to, co nagle się okaże nowe, jest cenniejsze od złota. Mam i ja brudnopis, a nawet gorzej rzecz ujmując, bo wszystko w nim umieszczam, łącznie z pomiarami z budów, i innymi potykaczami i zmylaczami, łącznie z listą zakupów, numerów telefonów do zupełnie nikogo, etc. Mieszczą się w nim jeszcze wiersze, zapisane szybko, na bezdechu, nawet jeśli szkicem bardziej, zapis jest prosty, i potem tylko wypełniam go treścią, jak szklankę mlekiem. Wciskam weń jeszcze (w brudnopis) szkice opowiadań i fragmenty książki, co mozolnie ją składam, ale i tak z wielkim bólem, bo miejsce należne wierszom zabieram, i chaos niejaki wprowadzam. Brulionu natomiast na same pomysły nie mam. Może z podobnych powodów jak Ernest, ale bardziej z powodu, że posiadłam (jak mi się zdaje) sposób na niemyślenie o treści, jak zapisu umieścić nie sposób. Mianowicie, przeganiam się na inne tory świadomości, tak zajmujące, że niczemu innemu miejsca nie ustępują. Wylewam więc jej smołę na głowę, potęguję nienawiść, wywlekam wnętrzności, rozszarpuję jak tysiące kruków każdy z jej zielonych oczodołów, z pasją i poświęceniem, i mierzę jak bardzo jeszcze kocham. Objąć tego tak nie można zwyczajnie, tak się rozrasta zmora, tak złości się poddać można, tak, że nic innego do głowy przyjść nie przychodzi, bo się nie mieści. Kiedy nastroju do znienawidzeń nie ma, zawsze się znajdzie jakiś temat z gospodarki, polityki, etc., rozwiedzony w rozmowie od a do z wedle posiadanej wiedzy i dobrej woli, podnoszący temperaturę, mocno. Wtedy i też dysonansu, i wyrzutów sumienia nie ma z niezaistnienia i niemożności zapisu. Wyrzuty sumienia niepiśmienności, z powodu przedmiotów piśmiennych w braku, są jak zderzenie na ringu z Alim, Tysonem, i Holyfieldem na raz. Wie ten, komu brakło nie polotu, ale możności zetknięcia choćby z rysikiem, wie ten, któremu nowoczesny, error, padł system. Wie i ten, co choć raz w zęby dostał. O zgrozo, tu się w głowie kłębi, wałkuje i namnaża, zrazu jeszcze niby cierpliwie czeka, ale trąca łokciem raz po raz, by w końcu przez to ani zasnąć, ani nie spać sposobu. Snuje się człek, jak bohater Harpagoniady, nocą po ulicach Leningradu. Jak nieszczęśnik, co zbieractwem się trudniwszy, w klasyfikacji dziurę odkrył, alfabetu czynności zanik z przerażeniem stwierdził, brak permanentny i bolesny. Zdziwienie tym większe, że przysiągłby się, iż porządek zachowawszy, jak należało spisał z natury co trzeba, w księdze umieścił, w odpowiednie ramy włożył, poskładał w regale przejrzyście, z góry na dół i tak dobrze się spisał, że tylko patrzeć, i podziwiać zostało. I nagle grom z jasnego nieba! Choć powała podupadłej dzielnicy, podupadłej kamienicy, podupadłego pokoju na wynajm czarna, czarne ściany i podłoga czarna, w plamy uronionego spirytusu zdobna, tożsamo stół w plamy czarny, jeszcze świeży i lepki od zbieractwa i potu rąk i z czoła zbieracza, co na czarnym krześle, spoconym tak samo siedzi. Mówię, jasny grom! Nie ma! Jakby kto złośliwie, rzecz czyniąc ukradł, wiedział jakie spustoszenie uczyni. Wiedział i z premedytacją na męki powiódł. Może był sprzedał, bo to i awangarda ostatnimi czasy w cenie. W cenie takiej, że było by dziś pokoleniu Emo co szukać i znaleźć w Leningradzie rewolucji, w Leningradzie Waginowa, w umieraniu przepychu i piękna, oj było by. Wszelako, (wtrącę i ostrzegam) niech młodzi bez możności zapisu nie idą na przedmieścia, ni w miasto, bo jak ręce, jak mnie zaświerzbią, a charakternie do mnie podobni, to koniec i zejście murowane, pod drewnianym płotem, w błocie, na niedokończonym dukcie proletariackim pewne. Nie doszłam ja jednak do Leningradu, i nie odbyło się to podczas bezkartkowych do niedawna wypraw na błyszczących szprychach. Stało się w domu, poprzedzone słusznym lękiem, że zacząwszy czytać cokolwiek, co mnie ‘uderzy’, a nie wiedząc zgoła, co to będzie, na katusze się mogę skazać, z braku brulionu właśnie, kiedy się okaże, że to już. Bowiem od jakiegoś czasu zbiera się we mnie chęć niewysłowiona na napisanie felietonu. Tego jeszcze w życiu nie robiłam, i nie znam, tym bardziej parciu się dziwię, bo mnie obce odstrasza zazwyczaj, jeszcze nieoswojone, dalekie i niejasne. Mimo strachu, ze blamaż popełnię, ciśnienie nie malało, a nawet bezczelnie rosło, dotarłszy do dzisiejszej nocy bez szwanku. Jeszcze się nie domagało kartki, ni długopisu marki lexi5, ani też zetknięć palczastych z klawiaturą. Nie. Było jednak, krążyło i miało