Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 1 godz. 10 min czytania

Zgrana Paczka i tajemniczy tunel cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

rozdział pierwszy NOWA SZKOŁA

- Jesteście nieznośnymi rozrabiakami! – ojciec chodził nerwowym krokiem przed kominkiem, naprzeciwko którego stało dwóch chłopców. Wodzili za nim oczami spod lekko opuszczonych głów, aby sprawiać wrażenie skruszonych reprymendą rodzica. - Tym razem naprawdę się wkurzył – pomyślał Benedykt. - Tyle razy was prosiłem żebyście się wzięli za coś – tu rozłożył ręce – no, pożytecznego! A wam tylko figlowanie w głowach! Macie po trzynaście lat, a zachowujecie się jak małe dzieciaki! - Pełnoletni to my nie jesteśmy.... – próbował wtrącić drugi z braci. - Nie odzywaj się! – ojciec podszedł do niego tak blisko, że prawie stykali się nosami. – Przeszedłeś dzisiaj samego siebie! Żeby domalować ośle uszy i okulary na wszystkich obrazach u pani Walickiej! Skandal! - Ale wyglądali tak strasznie ponuro. – Benedykt chciał się wytłumaczyć. – Posągi na cmentarzu mają w sobie więcej optymizmu… Ojcu drgnęła broda. Swoją drogą, przyznał w myślach, pomysł obwieszenia jadalni obrazami przodków, utrzymanymi w wyjątkowo ponurych barwach niezbyt sprzyja apetytowi. Jednak musiał jakoś dać dzieciakom do zrozumienia, że nie powinni postępować w taki sposób. Jeżeli się podda, definitywnie straci autorytet ojcowski. - I co z tego? Pani Walicka należy do bardzo szacownej rodziny. Są szanowani od wielu pokoleń. Zresztą, obrazy zostały namalowane przez wielkiego artystę i Walicka domaga się rekompensaty. Chce za nie sporo pieniędzy! Oparł się łokciem o bogato zdobiony gzyms kominka. Próbował jeszcze raz spojrzeć groźnie na swoich synów, jednakże widząc ich opuszczone czupryny uśmiechnął się lekko. Pomimo faktu, że byli z tego samego roku i każdy myślał, że są bliźniakami, chłopcy różnili się od siebie - nie mówiąc już o charakterach. Maksymilian – który urodził się piątego stycznia – był nieco wyższy, miał ciut ciemniejsze włosy i rysy twarzy bardziej zbliżone do ojcowskich, podobnie zresztą jak charakter. Był poważniejszy, bardziej ambitny, uwielbiał czytać. W jego pokoju zawsze było posprzątane na medal. Natomiast Benedykt, który przyszedł na świat w sylwestra, był kompletnym przeciwieństwem. Drobniejszy, z jaśniejszymi włosami i rysami matki, wyglądał na wiecznego łobuziaka, i takim w istocie był. Bardzo zdolny, ale przy tym strasznie leniwy, i do tego skłonny do bezustannych figlów. W jego pokoju panował wieczny nieład, na co stale skarżyła się sprzątaczka. - Dorośnijcież wreszcie. – W głosie ojca było słychać znużenie. – Mam tyle spraw na głowie, a wy zamiast mi pomóc... Westchnął i przytulił chłopców do siebie. - Będziemy grzeczni, obiecujemy. – Powiedział Maksymilian stłumionym głosem, próbując delikatnie wyzwolić się z objęć ojca. - Nie będziemy już nic demolować. I nie zezłościmy nikogo do końca roku. – Obiecał Benedykt. Ojciec odsunął się nieco i spojrzał na chłopców. - Oczywiście, że nie będziecie. – powiedział znowu podpierając się o gzyms. – Ponieważ przez większość roku nie będzie was w domu. Na twarzy Benedykta pojawiło się zdziwienie. - Jak to? Przecież nigdzie się nie wybieramy. Niedługo rozpoczęcie roku szkolnego... - No właśnie – Przerwał ojciec. – Nie pójdziecie do gimnazjum w naszym mieście. Mimo, że jest rzeczywiście jednym z lepszych w północnej Polsce... Teraz bliźniacy już kompletnie nic nie rozumieli. Przecież od pierwszego września mieli zacząć naukę tutaj - w Gdańsku - gdzie pójdzie większość przyjaciół z podstawówki. Maksymilian pomyślał, że tata chce ich po prostu nastraszyć. Jednak po minie ojca wywnioskował, iż to nie są żarty. - Jakiś czas temu rozmawiałem z jednym znajomym, panem Bagińskim – Tu chłopcy skrzywili się nieco, bo bardzo nie lubili tego niezwykle nudnego człowieka, szefa banku, z którym współpracowała firma ojca. – No więc, on zaproponował mi, że jest taka prywatna szkoła, jedna z lepszych w kraju, w której oprócz nauki, są wprowadzone, eeee... pewne metody wychowawcze. Głupkowate miny ciężko zdziwionych dzieciaków sprawiły, że ojciec ledwie pohamował wybuch śmiechu. Żeby nie było tego widać, podszedł do okna i udawał że poprawia ciężką zasłonę. - Ale, przecież już jest za późno na składanie papierów. – Benedykt usiadł z wrażenia na skórzanej kanapie. – Przecież za tydzień zaczyna się nauka. - Złożyłem podanie do tej szkoły jakiś czas temu. Prawdę mówiąc nie bardzo wierzyłem że się uda, dlatego nic wam nie powiedziałem. Tymczasem wasze całkiem niezłe oceny, poparcie kilku ważnych osób, oraz spory datek dla szkoły sprawiły, iż wczoraj dostałem list z pozytywną decyzją. W tym momencie wyciągnął z kieszeni dwie identyczne kremowe koperty zaadresowane odręcznie, eleganckim granatowym atramentem. - Poczytacie sobie to za chwilę, kiedy pójdę do pracy. - Nigdzie nie jadę! – Benedykt zdecydowanie opadł na kanapę i z naburmuszoną miną założył ręce. – Tu mi jest dobrze. Ojciec położył listy na stoliku. Starał się przemówić łagodnym tonem. - Odkąd mama odeszła... – w jego głosie słychać było smutek. Od dwóch lat nie mógł się pogodzić ze śmiercią żony. – Ja nie bardzo potrafię sobie z wami poradzić. Nie chcę szukać kolejnej opiekunki, bo i tak nie wytrzyma z wami dłużej niż miesiąc. - Nie potrzebujemy żadnych nianiek, jesteśmy na to za starzy... Ojciec uniósł dłoń, by uciszyć chłopca. - Jesteście bardzo zdolni, tylko nieco roztrzepani. Moim zdaniem porządna szkoła z internatem może nauczyć was dobrego wychowania. Może wtedy nabierzecie rozsądku i zaczniecie się zachowywać jak cywilizowani ludzie. – Westchnął z ulgą. Widać poruszenie tego tematu nie było dla niego łatwe. – Żal mi was było po śmierci matki. Przymykałem oko na coraz bardziej śmiałe wybryki, ale to zaczęło się wymykać spod kontroli. Nikt nie potrafi sobie z wami poradzić... dlatego ta szkoła jest moim zdaniem najlepszym wyjściem. Nagle do pokoju wszedł majordomus – starszy człowiek, o lekko przygarbionej sylwetce, który zajmował się domem od wielu lat. - Przepraszam, że przeszkadzam. – tu lekko się skłonił. – Jest bardzo ważny telefon do pana. - Już idę, Arturze. - Ojciec spojrzał jeszcze raz na chłopców. - Wyjeżdżacie za tydzień. – Powiedział krótko. – Przeczytajcie uważnie listy ze szkoły i obejrzycie folder. Pogadamy o tym jutro jak wrócę z pracy. Dzisiaj będę dopiero po północy. Pogłaskał dzieci po głowach i wyszedł z pokoju. Przez chwile chłopcy siedzieli na kanapie. W końcu Maksymilian powolnym ruchem podszedł do stołu i obejrzał kopertę zaadresowaną na jego nazwisko. - Może warto zobaczyć co nas czeka. – Powiedział grobowym głosem. Rzucił drugi list bratu, a sam rozerwał kopertę. W środku był starannie złożony czerpany papier, równiutko zapisany stylowym pismem.

Szanowny panie Maksymilianie Lasocki!

Mamy zaszczyt powiadomić, że został Pan przyjęty do pierwszej klasy Prywatnego Gimnazjum i Liceum w Wiśniczu. Inauguracja roku szkolnego odbędzie się dnia 1 września o godzinie 10. Meldowanie do pokoi akademickich odbędzie się 31 sierpnia od godziny 11 do 23. Na teren zamku będą wpuszczani tylko i wyłącznie uczniowie. Proszę zakupić niżej podane podręczniki i potrzebne do nauki akcesoria.

Z wyrazami szacunku: Prof. Euzebia Kalinin

Przeczytał to jeszcze dwa razy i powiedział cicho. - Zamek? To ta szkoła jest na zamku? Spojrzał na brata. - Benek! Ojciec sobie chyba z nas jaja robi. - No nie wiem. – Benedykt przeglądał kolorowy folder z dużym zainteresowaniem. Na okładce zobaczył zdjęcie zamku, dumnie stojącego na sporym wzniesieniu i otoczonego solidnym murem obronnym. - Tu jest napisane, że zajęcia odbywają się na terenie zabytkowego zamku.... A tutaj jest... O rany! – Uśmiechnął się chytrze. – Piszą, że mieszkania z sypialniami znajdują się też na zamku. W murach obronnych. - Jak w murach? Będziemy spać w jakichś murach? - No, w murach były dawniej pokoje dla służby i teraz z tego zrobili taki jakby akademik. – Roześmiał się. – Tam może być całkiem sympatycznie. Podał bratu folder. Zdjęcia przedstawiały nie tylko sam zamek wznoszący się tuż za maleńkim miasteczkiem, ale także wnętrza komnat zaadoptowanych na klasy. Na ostatniej stronie zobaczył fotografie boiska szkolnego i ogromnego parku. - Przyjmują tylko po sto osób rocznie. Klasy liczą do dwadziestu uczniów. No ładnie. Raczej będzie problem z odpisywaniem...

Cały następny tydzień był jednym wielkim oczekiwaniem na wyjazd. Nawet osoby dbające o dom zauważyły, że chłopcy nie byli tak spokojni od wielu tygodni. - Ostatnio w domu było tak cicho jak leżeli z czterdziestostopniową gorączką. – Powiedział majordomus do kucharki Helgi, kiedy służba spożywała obiad w kuchni. - O tak drogi Arturze. Będzie wreszcie spokój w tym domostwie. – Kobieta wzięła do pulchnych rąk jeden z półmisków. – Jeszcze pierożków z kapustą? - Nie dziękuję. - Artur miewa po nich gazy. – Powiedział młody ogrodnik Adam. Majordomus zgromił go wzrokiem. - Przepraszam żartowałem. – ogrodnik wbił oczy w talerz z pomidorową i stłumił uśmiech. - Gdzie byłeś dzisiaj z dziećmi pana Lasockiego? – młoda pokojówka Eliza chciała jak najszybciej zmienić temat, bo przy stole zaczęła nieprzyjemnie zagęszczać się atmosfera. - Na zakupach, ze szkolnej listy. Masa książek, przyborów do pisania, zeszytów. Nawet mają napisane co powinni mieć do ubrania. Właściwie mogą wziąć tylko bieliznę, resztę daje szkoła. – Na wiecznie sztywnej twarzy mężczyzny pojawił się nikły uśmieszek. – Oj, będzie tam rygor! Lepiej niż w wojsku. - Tego jeszcze nie wiadomo. Mogą z nimi nie wytrzymać. – Kucharka była pesymistką. – Może się zdarzyć, że wrócą jeszcze we wrześniu. - Nie kracz. – Artur wytarł usta serwetką i wstał od stołu. – Kochana Helgo! Maks i Benek to dobre dzieci, tylko zaniedbane. Pan siedzi w firmie praktycznie bez przerwy, czasami nie widuje dzieciaków przez tydzień bo wraca bardzo późno. Oj, gdyby świętej pamięci pani Helena tu była... Tak dobrze wpływała na chłopców... byli tacy posłuszni... - Rozmarzyłeś się drogi Arturze. – Mruknęła Eliza – Ona po prostu miała dobre metody wychowawcze. Trzymała bliźniaków w ryzach. A pan Bogusław ma miękkie serce... - To prawda. – Westchnął Artur. – Wspaniała kobieta była z Heleny. Znałem ją od dziecka. Zawsze taka spokojna, posłuszna, opanowana. Ojciec był z niej bardzo dumny... Uczyła się najlepiej w całej szkole. Zawsze zbierała nagrody... - Wiemy, wiemy. – Mruknęła Helga. - A jaka była śliczna. – Artur całkiem się rozmarzył. Błądził niewidzącymi oczyma po półce z przyprawami. - A śliczna była. – Przytaknęła gorliwie kucharka. – Jak z żurnala. Benedykt ma jej rysy twarzy i oczy. Ale jest większym rozbójnikiem niż Maksymilian. - Tak ci się tylko wydaje. – Artur przestał oddawać się marzeniom. – Obaj są strasznie rozpuszczeni i tyle! - A ja myślę, że chłopcy po prostu tak rozrabiają żeby zwrócić na siebie uwagę. – Wtrąciła nieśmiało Eliza. – Czują się opuszczeni po śmierci matki. Przecież ona cały czas zajmowała się tylko nimi. Mogli się do niej przytulić kiedy tylko chcieli bo zawsze tu była... - Bzdury! – Artur poprawił mankiety swojej nieskazitelnie białej i gładkiej koszuli. – Przecież mieli kilkanaście opiekunek właśnie po to, żeby się zajmowały tylko i wyłącznie nimi. - Ale opiekunka to nie to samo. Obca osoba nigdy nie przytuli dziecka w taki sam sposób jak matka. – Helga zabrała się za przyrządzanie galaretki z owocami na deser. – Eliza ma rację. Tego rzeczywiście chłopcom może brakować. Nasypała do garnka galaretki porzeczkowej w proszku, zalała gorącą wodą i zaczęła energicznie mieszać trzepaczką do piany. - Może przez te wszystkie psoty próbują odreagować brak matczynej miłości? - Psycholożka się znalazła. – Prychnął pogardliwie majordomus. – Lepiej pospiesz się z obiadem, bo dzisiaj pan wraca wcześniej specjalnie żeby zjeść z dzieciakami. - Już wszystko gotowe. Galaretka będzie na wieczór. Teraz po obiedzie podam placek z malinami. Bliźniaki go uwielbiają.

Tego dnia, kilkanaście godzin przed wyjazdem do szkoły, Bogusław Lasocki postanowił wyjść z pracy nieco wcześniej, by spędzić ostatnie godziny z synami. - Nie będzie mnie dzisiaj dla nikogo. – Powiedział do swojej sekretarki, starszej kobiety, siedzącej przy mahoniowym biurku w pokoju obok gabinetu dyrektora. - Wreszcie bierze pan wolne? – Kobieta uśmiechnęła się zza monitora. - Tylko resztę dnia i jutro. - No to pan nie zaszalał. Należy się panu co najmniej miesięczny urlop. Lasocki położył jej na biurku kilka dokumentów. - Wiesz, że się nie da. Teraz trzeba się skupić na podpisaniu umowy z Polaksem. Dopiero wtedy odetchnę... - Mówi pan tak od dwóch lat. – Przerwała mu spokojnym tonem sekretarka. – Powinien pan poświęcić więcej czasu dla siebie i dzieci. One teraz najbardziej pana potrzebują... - Wiem. Musze lecieć. – Zbył ją jak zawsze, kiedy podejmowała ten temat. Kobieta jeszcze przez chwilę patrzyła na zamknięte drzwi windy za którymi właśnie zniknął jej szef, by zaraz z ciężkim westchnieniem powrócić do stosu dokumentów, które przecież trzeba było posegregować, opisać i część z nich wysłać jeszcze dzisiaj. Wracając do domu, Lasocki cały czas zastanawiał się, czy dobrze robi wysyłając dzieci tak daleko. W końcu mają tylko po trzynaście lat. Czasami miewał wyrzuty sumienia, że nie poświęca im więcej czasu. Nie chciał się przyznać przed sobą, iż siedzi zawsze tak długo w pracy, ponieważ patrzenie na synów sprawiało mu ogromny ból. Byli tak podobni do Heleny. Żywe kopie ukochanej żony, której już nie ma na tym świecie. Zwłaszcza Benek... Patrząc w oczy dzieci, miał ochotę ryczeć z żalu niczym zraniony bawół. Dlaczego ona musiała umrzeć tak młodo? Ciągle zadawał sobie to pytanie. Często leżąc w zimnej sypialni w ogromnym łożu, brał do ręki zdjęcie Heleny i pytał dlaczego go zostawiła. Jego i dzieci. Tak rozmyślając, zaparkował samochód na podjeździe pod domem i zgasił silnik. Przez chwilę siedział w kompletnej ciszy i dumał o swojej rodzinie, o synach, którzy teraz czekają na pierwszy wspólny obiad od wielu tygodni i o potwornej samotności jaka go czeka.

Tymczasem Maksymilian wszedł do pokoju swojego brata i zobaczył- jak zwykle zresztą - potworny bałagan. Na środku łóżka leżała otwarta walizka, do połowy wypełniona rzeczami. - Jeszcze się pakujesz? Podszedł do walizki i wziął do ręki pierdzącą poduszkę – jeden z wielu gadżetów do robienia psikusów. Lekko ją nadmuchał i ścisnął w dłoniach. Poduszka wydała smętne pierdnięcie. - Rozumiem, że to nie jedyna rzecz tego rodzaju w spakowanych przez ciebie manatkach? Benek wyszczerzył zęby. - Oczywiście. Sztuczną kupę owinąłem swetrem, żeby nie pękła. Mam plastikowe pchły, znikający atrament, sztuczne rzygi, bekające pióro i wiele innych. Zerknął na brata wciąż gniotącego pierdzącą poduszkę. - Tylko wypuść z tego całe powietrze. Nie chcę żeby prykała gdy będziemy jechać, bo tata może się kapnąć i przejrzeć nam bagaże. Maksymilian wycisnął poduszkę i zwiniętą w rolkę wsadził do nogawki jakichś spodni wystających z walizki. - Ojciec wrócił.- Powiedział. – Zaraz będziemy jeść obiad. - O super, bo jestem strasznie głodny. – Odparł chłopiec wciskając do walizki sponiewieraną talię kart. - Dopakuje jeszcze tylko kilka książek i będę gotowy. Maksiu, weźmiesz ze sobą te pisaki wodoodporne? Maksymilian kupił kiedyś dwa pisaki do rysowania po skórze. Kiedy zmywało się zrobione nimi rysunki, obrazek znikał ale tylko na jakieś dziesięć minut. Mało kto wiedział, iż na stałe można zmyć je tylko sokiem z cytryny. - Już spakowałem. - O to fajnie. Tam na pewno tego nie znają. Ale będzie heca.... - Chodźmy już na dół. - No dobra. Resztę dopakuję wieczorem. Zeszli na parter, po drewnianych pięknie rzeźbionych schodach, minęli główny hol i weszli do jadalni. Był to duży pokój ze stojącym na środku wielkim stołem. Dzisiaj blat pokryto błękitnym obrusem. Poskładane w harmonijki serwetki miały granatowy kolor. Pokojówka właśnie rozkładała śnieżnobiałe talerze. Na środku stołu pysznił się ozdobny lichtarz z długimi, wąskimi świecami w jasnoniebieskim odcieniu. Ich płomienie lekko drgnęły kiedy chłopcy siadali na swoich miejscach. Za stołem siedział już ojciec i pił kawę, ze swojego ulubionego garnuszka w Garfieldy. - Jak tam pakowanie? – Zapytał odkładając kubek. – Jesteście już gotowi do wyjazdu? - Tak jakby. – Bąknął Maksymilian siadając za stołem. – Pojedziesz z nami? - Oczywiście. Musimy wyjechać najpóźniej o szóstej rano. W końcu mamy do przejechania całą Polskę. - A nie lepiej polecieć samolotem do Krakowa, a potem dojechać autobusem? - Owszem. – Ojciec sam nalał sobie zupę do talerza. – Ale macie tyle bagaży... Poza tym chciałem jeszcze pobyć trochę z wami. - Aha. – Benedykt mógł powiedzieć tylko tyle, bo natychmiast zatkał sobie buzię porcją makaronu. - Połóżcie się dzisiaj o jakiejś normalnej porze, dobrze? Nie chce żebyście całą drogę byli jak warzywa. Benek, a ty nie pakuj tyle do buzi na raz. Przecież nie jesz na czas. - Łobrze. – Powiedział chłopiec mieląc zawzięcie ustami. – Błędę jadł wołniej. Ale ten makałon z angielskim gulaszem jest płszepłyszny... - Tato dlaczego musimy jechać aż tak daleko? – Zapytał Maksymilian patrząc z odrazą jak jego brat wręcz pożera zawartość swojego talerza. - Ponieważ to jest NAJLEPSZA szkoła DLA WAS. Na pewno bardzo wam się spodoba. Oprócz zwykłych obowiązkowych zajęć, będziecie mieli wiele innych dodatkowym i niewątpliwie bardzo ciekawych. - Na przykład jakie? – Widać Benedyktowi udało się przełknąć gorący makaron, bo wreszcie mówił wyraźnie. - Zobaczycie. – Ojciec mrugnął tylko do nich. – Już jutro wszystko wam opowiedzą. Ja mogę uchylić jedynie rąbka tajemnicy. Popatrzyli na niego z dużym zainteresowaniem. - Na przykład to, że jest tam basen, korty tenisowe, nauka strzelania z kuszy i walki mieczami, do tego jazda konna i kaligrafia. A nawet jest małe ZOO. - Serio? Muszą mieć sporo kasy na to wszystko. Ojciec wytarł usta serwetką i poprosił Artura o przyniesienie deseru. - Mają. W końcu to prywatna szkoła. Poza tym otrzymują dużo pieniędzy z zagranicy. Po tej szkole możecie startować do wielu prestiżowych uczelni w świecie. Oczywiście jeżeli będziecie tylko chcieli. – Machnął ręką. - Macie jeszcze na to dużo czasu. Na razie chcę żebyście postarali się nie wylecieć. - No wiesz co? – Maksymilian udał oburzenie. - ...bo podstawówkę zmienialiście trzy razy. - To przez tę krowę z biologii... - Nieważne. – Ojciec niecierpliwie pokręcił głową. - Teraz będzie inaczej, prawda? W jego głosie chłopcy wyraźnie wyczuli nacisk. - Oczywiście. – odpowiedzieli jednocześnie. - To wspaniale. – Uśmiechnął się do synów. - Więc czym będziemy się zajmować po obiedzie?

Przez resztę dnia trzeba było się dopakować, potem jeszcze raz sprawdzić czy w walizkach są wszystkie potrzebne rzeczy – zwłaszcza te z listy. Jeszcze przed kąpielą udało im się namówić ojca do gry w monopol. W końcu koło północy pachnący lawendowym mydłem i odziany w zieloną piżamę Maksymilian, położył się wygodnie w łóżku, z zamiarem poczytania przed snem książki o przygodach Tomka Sawera. Jednak gdy przeczytał zaledwie dwie linijki piątego rozdziału, do pokoju wpadł, też świeżo wykąpany Benedykt. On miał na sobie pidżamę w samoloty i pachniał dla odmiany płynem cytrynowym. - Chyba dzisiaj nie usnę. – Powiedział sadowiąc się w nogach łóżka. – Nie chce mi się spać. - Mnie też. – Przyznał Maksymilian. – Jutro nas czeka cały dzień drogi. Zajedziemy pewnie wieczorem. - Musimy zdążyć przed 23, bo do tej godziny jest meldowanie w pokojach. Przez chwile siedzieli w ciszy. W końcu Benedykt zapytał cicho. - Myślisz, że ojciec oddaje nas do tamtej szkoły bo chce sobie znaleźć nową kobietę? - Skąd ci to przyszło do głowy? – Maks spojrzał na niego z bezbrzeżnym zdumieniem. Benek nachylił się w stronę brata. - Słyszałem, jak ta nasza pokojówka rozmawiała z ogrodnikiem. Mówiła, że czas aby nasz tata znalazł sobie jakąś nowa babę. To poraziło Maksymiliana. Właściwie nigdy nie przyszło mu do głowy, że ojciec będzie chciał zastąpić mamę jakaś inną osobą. Nie. To niemożliwe. - Na pewno tak nie jest. – Odrzekł szybko, bardziej chcąc przekonać siebie samego niż odpowiedzieć bratu na to straszne pytanie. – Ojciec nie ma czasu zająć się nami, a co dopiero nową babą. To wystarczyło Benedyktowi. Uśmiechnął się nawet, choć wciąż bez przekonania. - Zresztą nawet jakby chciał tu sprowadzić jakiegoś potwora, to szybko byśmy sobie z nią poradzili. - No jasne. – Zaśmiał się Maksymilian. – Na przykład dodając jej do szamponu trochę atramentu. W ten sposób pozbyli się jednej z opiekunek. Notorycznie dodawali jej różnych dziwnych substancji do kosmetyków. Raz nawet podmienili (z ogromnym trudem) zawartość tubki z pastą do zębów na pastę do mycia podłóg. Jednakże kroplą która przepełniła czarę goryczy było dolanie granatowego atramentu do szamponu. Po takim myciu jasne blond włosy przybrały dziwny szaro-niebieski odcień. Opiekunka tego samego dnia spakowała walizki i opuściła na zawsze rezydencję Lasockich. - Albo wsypując sztuczne pchły do kapci... Ha ha. Ale się wkurzyła na nas... ten gruby babsztyl... jak jej było? Aurelia?... Wspominanie co lepszych – przynajmniej ich zdaniem- wybryków zajęło jeszcze prawie dwie godziny. W końcu znużeni usnęli równocześnie. Kiedy rankiem ojciec wszedł do pokoju Maksymiliana, zastał w łóżku nie tylko starszego syna, ale i Benedykta, zwiniętego w kłębek w nogach brata. Stał przez kilka minut ze łzami w oczach patrząc na swoje dzieci. Gdyby teraz Helena mogła ich zobaczyć. Jak słodko śpią, z tymi rumieńcami na policzkach...Bogusław musiał zakaszleć. - Czy to już jutro? – Maks podniósł głowę i potoczył sennym wzrokiem po pokoju. W końcu jego spojrzenie zatrzymało się na stojącym koło łóżka tacie. – O, cześć tatusiu. - Musicie wstawać. – Powiedział cicho. – Za pół godziny wyjeżdżamy. Pogłaskał po zwichrzonej czuprynie wciąż śpiącego Benedykta. - Wstawaj syneczku. Maksymilian kopnął lekko brata w wystająca spod kołdry nogę. - Wstawaj łosiu! Ojciec, który miał właśnie wyjść z pokoju, odwrócił się gwałtownie i spiorunował go wzrokiem. - Udam, ze tego nie słyszałem. – Mruknął pod nosem. - Sorry, tato. Żartowałem tylko. – Wzruszył ramionami. – Zbieraj się ukochany braciszku – Dodał z nutką złośliwości. Ojciec uśmiechnął się. - Tak już lepiej. – Powiedział wychodząc na korytarz.

Po zjedzeniu śniadania, wreszcie nadszedł moment wyjazdu. W domu zrobiło się wielkie zamieszanie. Kucharka szybko pakowała rogaliki i inne przysmaki. Część na drogę, a resztę dla chłopców na osłodzenie życia. Zdaniem Helgi nikt, prócz niej samej, nie potrafił dbać o prawidłowe odżywianie młodych Lasockich. Żegnając się z nimi, obiecała, ze będzie przysyłać im co kilka dni paczki żywnościowe, wypchane po brzegi ulubionymi przysmakami - w tym głównie: rogaliki z różą, ciasteczka marcepanowe, makowiec i struclę jabłkową. Nic nie pomogły zapewnienia pana Bogusława, że na zamku będą jeść tak samo dobrze jak w domu. - Już tam ja wiem najlepiej, jak żywią na takich masowych stołówkach. – Narzekała kucharka, dodając do pakunków jeszcze dżem wiśniowy domowej roboty. – Ani krztyny serca w to nie wkładają... - Byle chociaż chleb z masłem i mleko dostawali. Takim nie trzeba żadnych frykasów. – Zażartował ogrodnik. Mordercze spojrzenie Helgi wystarczyło, by opuścił szybko kuchnię i udał się do plewienia grządek z różami. Majordomus miotał się po całym domu, zbierając postawione w różnych dziwnych miejscach walizki, torby i pakunki. Na koniec zajrzał do łazienki i rzucił okiem do wanny, gdzie zastał wypchaną po brzegi torbę na kosmetyki. Wolał nawet nie zaglądać co jest w środku. Niech się teraz martwią ci ze szkoły. Tak więc po dłuższym pożegnaniu ze wszystkimi osobami zajmującymi się domem (najgorsze było pożegnanie z zalewającą się rzęsistymi łzami Helgą, która ucałowawszy soczyście oba policzki każdego z chłopców, uścisnęła ich tak mocno, że mało nie popękały im żebra), bliźniacy zasiedli wygodnie z tyłu samochodu. Ojciec puścił muzykę, poprawił się za kierownicą, zapiął pasy i ruszyli w drogę.

Jazda minęła bardzo spokojnie, nie licząc tego, że Benedykt zjadł za dużo rogalików z różą i zebrało go na wymioty. Czekali więc kilkanaście minut na skraju drogi, aż zrobi mu się lepiej. Do Wiśnicza dotarli koło dziewiątej wieczorem. - No i gdzie ten zamek? – Zapytał Benedykt, gdy tylko minęli tabliczkę z informacją, że znajdują się już w mieście Wiśnicz Nowy. – Nic nie widzę. - Powoli. Do centrum miasta jest jeszcze kawałek. Pewnie zobaczysz zamek, jak tylko wjedziemy na tę górę. Maksymilian był zachwycony górzystym terenem otaczającym miasto, tu i ówdzie porośniętym niewielkimi lasami. - Ładnie tu. – Stwierdził. – To już są góry? Tu mieszkają górale? - Do prawdziwych gór jest jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. – Odpowiedział ojciec. – Tutejsi ludzie nie są góralami, i mogą nie być zachwyceni jak ich tak nazwiecie. - Dlaczego? – Chciał dowiedzieć się Maksymilian. - Ponieważ górale mieszkają w Tatrach. - Aha. Ale u nas w Gdańsku mówiło się, ze jak ktoś jest z Krakowa to jest góralem. Ojciec uśmiechnął się do niego i pokręcił głową. I wtedy wreszcie wjechali na pagórek, a ich oczom ukazał się zamek. Właśnie zachodziło słońce i jego ostatnie promienie oświetlały na różowo jedno ze skrzydeł tej pięknej budowli. Zamek stał na wzgórzu gęsto porośniętym lasem i otoczonym pasmem jeziora. Dalej widać było wspaniałe ogrody, szklarnie i oczka wodne – wszystko otoczone wysokim ceglanym murem, gęsto porośniętym dzikim winem. Sam zamek miał zwartą, zbliżoną do czworokąta bryłę, z wieżami na każdym rogu. Wszystkie wieże różniły się od siebie, albo kształtem (jedna była prostokątna inne okrągłe), albo dachem (od stożka, po wymyślną kopułę zwieńczoną dorodną kulą). Na tle jasnych ścian wyraźnie rysowały się linie okien. W niektórych świeciło się już światło. Wokół zamku widać było solidne mury obronne, z różnymi małymi wieżyczkami i zabudowaniami. W samochodzie zapanowała cisza. Nawet Phill Collins przestał śpiewać, zupełnie jakby jego delikatna piosenka miała przeszkadzać w kontemplacji tego uroczego miejsca. W końcu Benedykt zadał pytanie, które momentalnie sprowadziło wszystkich na ziemię. - A czy w tym starym zamku w ogóle zamontowali kible?

Kilkanaście minut później udało im się podjechać na parking dla gości, znajdujący się tuż pod murami. Znalezienie wolnego miejsca graniczyło z cudem, ponieważ panowało tutaj totalne zamieszanie. Z wielu samochodów wypakowywano walizki i kufry. Rodzice przekrzykiwali się nawzajem i głośno żegnali ze swoimi pociechami. Maksymilian zauważył jak jedna dziewczynka rozpaczliwie chowa pod cienkim sweterkiem małego yorka. Drobna, elegancko ubrana kobieta, tłumaczyła córeczce, że nie wolno zabierać pieska na zamek i że on będzie czekał na nią w domu, jak tylko przyjedzie na ferie bożonarodzeniowe. Wokół samochodów kręciło się kilku tragarzy, pakujących co się tylko dało na specjalne wózki. - Proszę podpisywać swoje walizki i torby! – Krzyczał jeden z nich. – Niech pani napisze tez nazwisko córki nie tylko imię, bo Katarzynek mamy tutaj co najmniej kilkanaście. – Zwrócił się do jednej z matek, naklejających paseczki z nazwiskiem na rączce wielkiej kraciastej walizki. Rodzice nie mieli wstępu na dziedziniec zamkowy, więc żegnali się z dziećmi tutaj na parkingu, dodatkowo hamując ruch. - Suń się pani! – Krzyknął jeden z kierowców, próbujący bezskutecznie ominąć tęgą kobietę, ściskającą na środku drogi wyrywającego się z jej pulchnych ramion krępego chłopca. Kobieta obróciła się w stronę auta i z mściwą miną pokazała kierowcy środkowy palec. - Ale zamieszanie. – Benedykt wysiadł z samochodu i otworzył bagażnik. Momentalnie podszedł do nich jeden z tragarzy. Był bardzo chudy i potwornie pryszczaty. Miał na sobie (tak jak i inni tragarze) brązowo-pomarańczowy uniform i okrągłą czapeczkę. - Można ładować? – Zapytał i od razu zabrał się za wytaszczanie z przepastnego bagażnika największej walizki. – Dobrze, że opisaliście państwo te torby. Jakoś inni ludzie niedokładnie czytali listy ze szkoły i nie oznakowali swoich bagaży. A potem mają pretensje do nas jak pomylimy pokoje... Pan Lasocki nie chciał komentować tego stwierdzenia. Rozglądał się tylko po panującym wokół zamieszaniu, z nutką zdziwienia na twarzy. - Panowie chyba do pierwszej klasy, hę? – Zagadywał dalej mocując pasami górę tobołków na swoim wózku. – To widać. Jesteście tacy...przestraszeni. - Nieprawda! – zaperzył się Benedykt. – nie jesteśmy wcale przestraszeni. Dla nas taka szkoła to normalka! - Jasne. – Mruknął pod nosem pryszczaty młodzieniec. – Każdy tak mówi. Ale pewnie boicie się Białej Damy. - Czego? – Maksymiliana zainteresowała ta część rozmowy. - Nie czego, tylko kogo..... – Popatrzył z lekkim uśmiechem na chłopców. – Biała Dama straszy tu od wielu wieków. Jeździ na koniu przy pełni księżyca,.. o tam... – Wskazał ręką na jedną z wież. – Pod dachem jest taka jakby półka. I ta duszyca tam jeździ na koniu. Nawet pan Lasocki przyjrzał się dokładniej wskazanej przez tragarza wieży. Rzeczywiście pod kopułą dachu, ściana znacznie się zwężała tworząc rodzaj półki. Nad nią było kilka małych kwadratowych okienek. Lasocki zastanowił się przez chwile jak można wytaszczyć konia na taką wysokość. Jak go w ogóle przepchnąć przez takie małe okienko? Byłby problem z przeciśnięciem nawet niewielkiego kucyka. Tragarz był wyraźnie zadowolony widząc trzy zadarte głowy z zainteresowaniem przypatrujące się wieży. - Dobra. – Powiedział w końcu. – Musimy iść. Już jadą następni i trzeba będzie zanieść kolejną porcję bagaży. Ojciec przytulił chłopców do siebie i ucałował ich wiecznie rozczochrane czupryny. - Trzymajcie się. Jakby co, to dzwońcie i piszcie maile. - Wątpię by mieli tu coś tak ekstrawaganckiego jak internet. – Skomentował Benedykt. - Na pewno mają, bo w liście zajęć była informatyka. – Powiedział Maksymilian wyrywając się wreszcie z nieco zbyt silnych objęć ojca. Kiedy pożegnanie doszło do końca, chłopcy udali się za tragarzem do zamku. Przed bramą odwrócili się jeszcze raz i pomachali wyjeżdżającemu z parkingu tacie. Tuż przy bramie siedział potężnej budowy mężczyzna i odhaczał z listy uczniów, którzy przekroczyli bramy zamku. Na jego plakietce zauważyli napis: Jan Radek – opiekun bramy. - Witamy na zamku. – Jego niski, nieco chrapliwy głos znakomicie pasował do wyglądu. – Panowie Lasoccy....zaraz, zaraz....niech znajdę....O! Tutaj! Wyrysował piękne dwa iksy przy nazwiskach chłopców i zmierzył ich uważnym wzrokiem. - Teraz pójdziecie na prawo zaraz za tą bramą. Tam dostaniecie klucze do waszego pokoju. Bez słowa minęli mężczyznę i przeszli przez piękną łukowato sklepioną bramę. Ich oczom ukazał się spory dziedziniec. Po lewej stronie wznosiła się jedna z narożnych wież zamku, natomiast po prawej stał rząd budynków, z których jeden liczył kilka kondygnacji. Tragarz pokazał im gdzie mają wejść, a sam oparł się o wózek z walizkami i wyciągnął z kieszeni gumę do żucia. - Gazem chłopcy. – Wymamrotał głośno żując gumę. – Mam masę roboty! Benedykt złapał brata za rękaw koszuli i pociągnął za sobą. Podeszli do obitych zaśniedziałą miedzią drzwi, na których naklejono kawałek pergaminu z informacją, iż w środku przydziela się pierwszoklasistom pokoje. Maksymilian próbował zapukać, ale obił sobie tylko rękę o miedziane ozdoby. - Tu jest przecież kołatka ciołku. – Benedykt podszedł i uchwycił kółko kołatki w kształcie lwiego łba. Kołatka wydała głuchy niski dźwięk. Zaraz drzwi otwarła niska, pulchna kobieta, o bardzo miłej aparycji. - A to zapewne bliźniaki Lasoccy, prawda? – Zagruchała, popychając ich do środka niedużego pomieszczenia. – Zaraz wam znajdziemy przytulny pokoik. - Nie jesteśmy bliźniakami. – Maks dumnie uniósł podbródek. – Ten za mną to młodszy brat. Kobieta uśmiechnęła się tylko i usiadła za ogromnym hebanowym biurkiem. Zaraz zaczęła stukać palcami po klawiaturze komputera. Tymczasem chłopcy rozejrzeli się dokładniej po pokoju. Było to nieduże pomieszczenie, pomalowane na morelowy kolor. Na podłodze znajdowała się błyszcząca ciemnobrązowa wykładzina. W pokoju było tylko biurko z wygodnym krzesłem, kilka półek i szafka biurowa. Wszędzie poukładano mnóstwo dokumentów, umieszczonych w różnokolorowych segregatorach i tekturowych teczkach. - Chcecie być razem? Pewnie tak. – Gadała wciąż szukając wolnego pokoju. – O! Jest jeden na najwyższym piętrze. Macie tam już jednego lokatora. - A ile osób mieszka razem? – Zapytał Maksymilian. - Po trzy kochaneczku. – Uśmiechnęła się do niego. Chłopak zauważył, że miała złotego zęba. – Pokój 313A. Mam nadzieję, że nie jesteście przesądni, hę? - Skąd. - To wspaniale, za to będziecie mieli piękny widok na miasto i okolice. Z takiej wysokości naprawdę panorama, rozciągająca się z naszego wzgórza, zapiera dosłownie dech w piersiach. Maksymilian aż się zastanowił, jak musi mocno zapierać dech u kobiety, o tak wielkim biuście, jakim dysponowała owa urzędniczka. - Proszę. – Z szerokim uśmiechem podała im w końcu klucz, przyczepiony do drewnianej kulki z numerem pokoju. – Tragarz pomoże zanieść wam rzeczy i pokaże gdzie to dokładnie jest. Po rozpakowaniu o 23.30 proszę zejść na parter, to ktoś was zaprowadzi na wieczerzę.

- Jak wyglądają tutaj wieczerze? – Zapytał Benedykt tragarza, kiedy pięli się po wąskich, krętych schodach na trzecie piętro. - Żarcie jest tutaj super. I zawsze dużo. – Odpowiedział pryszczaty nieco zasapanym głosem. - To dobrze, bo zaraz chyba umrę z głodu. – Benek taszczył dwie mniejsze torby. Wreszcie udało im się dotrzeć na trzecie piętro. Na końcu wąskiego korytarza znajdowały się drzwi z numerem 313. - Otwieraj paniczu. – Zażartował tragarz, prostując obolałe plecy. Maks przekręcił kluczyk i pchnął drzwi, które otwarły się z cichym skrzypnięciem. Ich oczom ukazał się nieduży przedpokój z trzema kolejnymi drzwiami. Z jednej strony zauważyli numer 313B, naprzeciwko 313A. Natomiast na lewo były najwyraźniej drzwi do łazienki, bo ktoś dowcipny nakleił na nich plastikowego chłopczyka sikającego do nocnika. Maksymilian przekręcił kolejny klucz i pierwszy wszedł do swojej nowej sypialni. Ich pokój miał kształt kwadratu o boku około czterech metrów. Przy wąskim i wysokim oknie upchano ogromne biurko i trzy krzesła. Pod ścianami były rozmieszczone wygodne, szerokie łóżka z ułożoną w kostkę pościelą. Przy każdym łóżku znajdowała się niewielka szafka na drobiazgi. Nieopodal drzwi zobaczyli dużą wnękową szafę z lustrem zamiast jednego skrzydła. Było tu bardzo przytulnie, choć jeszcze dość pusto. - Kilka plakacików i będzie ekstra. – Skomentował tragarz układając rządkiem ich bagaże. – Miłego wieczoru życzę. Pomachał im ręką i pognał wnosić walizki kolejnych uczniów. Łóżko najbliżej drzwi było już widocznie zajęte, bo na pościeli ułożono stos książek. - Ciekawe, kto to będzie. Mam nadzieje że nie jakiś kujon. – Maksymilian zajął łóżko najbliżej okna i zabrał się do wyciągania zawartości jednej z toreb. - To się go ustawi. – Stwierdził krótko Benedykt. – Zaglądając do przepastnej szafy. Ledwie zdążyli rozpakować część swoich rzeczy, kiedy nagle usłyszeli dzwonek. Maksymilian spojrzał na zegarek. - O! Już pół do dwunastej. Musimy zejść na dół. Benedykt nie spieszył się za bardzo, bo zdążył wykopać placka murzynka zapakowanego przez Helgę i spałaszować solidny

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%