Akcja · 32 min czytania
Zgrana Paczka i tajemniczy tunel cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Rozdział trzeci LEKCJA KALIGRAFII
- Dowiedziałem się od jednego kolesia z trzeciej klasy, że nauczyciel od kaligrafii jest strasznym palantem. – powiedział Tomek do Maksymiliana, kiedy drugiego dnia szli ze śniadania na pierwsze zajęcia z tego przedmiotu. – Ludzie płacą ciężką kasę ze te szkołę, a mają tu taką zbieraninę najgorszych nauczycieli... - Pewnie to przez jego imiona i nazwisko. – zażartował Maks. – jakby mi matka dała na imię Modest Bonawentura, też bym był mało zadowolony. - No imiona koszmarne – przytaknął Benedykt. – I do tego nazywa się Rydz! Tragedia. Powoli wspięli się na drugie piętro i stanęli przed drzwiami komnaty, w której miały odbywać się lekcje. Czekało już tam kilka osób, rozmawiając ze sobą półgłosem. W końcu drzwi otwarły się i w progu stanął profesor Rydz. Był bardzo wysoki, ubrany w całości na czarno. Górną częścią stroju, była wąska marynarka, sięgającą prawie do kolan. Na nogach miał dopasowane czarne dżinsy. Ów człowiek miał czarne splątane włosy sięgające ramion i spięte w kucyk. Na widok gromadki uczniów zrobił taką minę, jakby był niezadowolony z tego, że ktokolwiek przyszedł na te zajęcia. Wpuścił ich do środka i gestem dłoni kazał usiąść w ławkach. - Kaligrafia to wbrew pozorom bardzo ważny przedmiot! – Mówił bardzo cicho, lecz stanowczo. – Obecnie w dobie rozwoju komputeryzacji zapomniano o tym, że człowiek prawdziwie wykształcony powinien umieć przyzwoicie pisać. Teraz... – tu prychnął pogardliwie – wszyscy piszą tylko na komputerze, a jak przyjdzie co do czego, jak nagle trzeba napisać kilka wyrazów własnoręcznie – zaśmiał się sarkastycznie – bazgrolą gorzej niż przysłowiowa kura pazurem. Wiśnicz jest najpewniej jedyną szkołą w Polsce, gdzie doceniono tę niezwykle trudną sztukę, jaką jest poprawne kaligrafowanie. Jest też prawdopodobnie jedyną szkołą w Europie, gdzie nie używa się na zajęciach komputerów i długopisów. TYLKO pióra! W wielu porządnych firmach dużym atutem osoby ubiegającej się o jakieś lepsze stanowisko jest estetyczne pismo. Pamiętajcie o tym! Przechadzał się pomiędzy ławkami zaglądając uczniom w zeszyty. Nagle podniósł brulion jednej z dziewczyn, oprawiony w kolorowy papier. Z przodu była nalepka z wypisanym jej imieniem i nazwiskiem. - Aneta Górka. – Przeczytał na kpiącym głosem. – Dobrze, że masz krótkie nazwisko, bo mniej się kompromitujesz. To „Gie” wygląda, jakby miało zaraz zemdleć. – Rzucił niedbale jej zeszyt na ławkę. Dziewczyna schowała czerwoną twarz w kołnierzu bluzki. - Dobrze. Otwórzcie wasze zeszyty i wyjmijcie to coś, co nazywa się piórami. Mam nadzieję – dodał po chwili – że wszyscy wzięli ze sobą pióra na dzisiejsze zajęcia. Na swoje nieszczęście Lorek zapomniał wziąć swoje pióro z pokoju. - Aby nieco odświeżyć twoją zapyziałą pamięć, pobiegniesz do swojej sypialni i je przyniesiesz. Masz na to trzy minuty. - Nie zdążę..... Rydz obrócił się tak szybko, że aż zafurkotały poły jego marynarki. - Co powiedziałeś? Lorek zrobił się bordowy na twarzy. Jeszcze raz bąknął coś pod nosem, że nie zdąży w trzy minuty. - Przyda ci się zgubić troszkę sadełka. Jak nie zdążysz, to będziesz biegać przez resztę lekcji! Chłopak pędem rzucił się w stronę drzwi. Półtoragodzinna lekcja okazała się więc prawdziwą katorgą nie tylko dla Lorka, który oczywiście nie zdążył w trzy minuty przynieść pióra i musiał za karę okrążyć sześciokrotnie dziedziniec, krzycząc „obecny!” za każdym razem, kiedy mijał okno pracowni kaligrafii. Reszta grupy zaczynała pisać pierwsze litery, słuchając co chwila jadowitych uwag profesora. - Twoje „A” droga koleżanko – powiedział pochylając się nieznacznie nad zeszytem Adrianny Więcek – ma połamane nóżki? - Nie – szepnęła dziewczyna, pochylając nisko głowę. – Nie ma połamanych nóżek. - A to „Ce”? Mdleje? – pokazał palcem nieco pochyłą literkę C – Słabo mu, czy jak? Adrianna nic nie powiedziała. Tymczasem Rydz podszedł do Maksymiliana. Popatrzył chwilę na pisane przez niego nazwisko i wycedził. - To „eM” wygląda jakby chciało uciekać. Maks przypatrywał się przez chwilę pierwszej literze swojego nazwiska. - Moim zdaniem jest w porządku. – Stwierdził rzeczowym tonem. – Wygląda dokładnie tak samo jak to na tablicy. - Taaak? – Profesor pochylił się bardziej nad zeszytem. – JA WIDZĘ, że nóżki wyginają mu się do zewnątrz! Ale skoro TY TEGO niedowidzisz, to za karę napiszesz swoje imię i nazwisko sto razy. Na jutro! – I z drwiącym uśmieszkiem odszedł od stolika. Tomek właśnie skończył kaligrafować swoje imię, kiedy nagle usłyszał nad sobą głos Rydza. - No nieźle... Chłopak zrobił się różowawy na twarzy z dumy. Wyraźnie się wyprostował. - Teraz napisz swoje nazwisko. I opierając się biodrem o ławkę chłopca, poczekał aż Tomek wykaligrafuje...
Borowiecki
Profesor wpatrywał się przez moment w to, co napisał Tomasz. - Znałem kiedyś Borowiecką... – powiedział z namysłem. – Miała na imię Matylda i chodziła ze mną.... do klasy.... - Moja mama ma na imię Matylda – rozpromienił się Tomek – Ale chodziła do szkoły w Krakowie. - No właśnie, ja także. – Rydz odruchowo poprawił piórem nieco krzywe (jego zdaniem) „Wu”. - Nie powinieneś nazywać się inaczej? – wypalił profesor. – Masz ojca? - Tata nie żyje. – stwierdził Tomek. - A jak się nazywał? – jego głos znowu był przepełniony ironią. – Przypadkiem nie Kalicki? Spotykała się z takim po naszym.... eee... po szkole. – Dodał krótko.- To był dopiero... - Nie wiem jak się nazywał. Nie pamiętam go. - To by się zgadzało. – mruknął kpiącym tonem wzruszając ramionami. Przez chwilę wpatrywał się w Tomka, po czym nagle powiedział. – Źle jest to nazwisko napisane. Widzę tu sporo błędów. Musisz ćwiczyć! Na jutro sto razy do napisania, jak u Lasockiego. Ton jego głosu wyraźnie się zmienił. Patrzył też na chłopca wzrokiem pełnym nienawiści. Na szczęście nie dotarł do Benedykta, bo zadzwonił dzwonek i wszyscy z westchnieniem prawdziwej ulgi mogli wreszcie opuścić ponurą komnatę. - Delikatnie mówiąc będziesz miał przechlapane – powiedział Maks patrząc poważnie na Tomka, kiedy wracali z kaligrafii do swojego pokoju. – Trzeba było nie mówić, że twoja matka ma tak na imię. - Skąd mogłem wiedzieć, że jej nienawidzi. - On każdego nienawidzi – stwierdził ponuro Benedykt. – Może nawet nie cierpi samego siebie. - Z tego co powiedział wynika, że spotykali się kiedyś z twoją mamą – Maksymilian zamyślił się na chwilkę. – Pewnie ona go zostawiła... teraz będzie się mścił łajdak na tobie. - Mogła mi powiedzieć. – Stwierdził Tomek z wyrzutem. - Ale skąd mogła wiedzieć? Możliwe, że nawet gościa nie pamięta. Napisz do niej list, może się coś dowiesz. - Nie lepiej zadzwonić? – Zapytał Benedykt. – Będzie szybciej. - Tu przecież nie da się korzystać z komórek. Poza tym on przecież wcale nie powiedział, że się z nią spotykał. – Tomek wzruszył ramionami. – Specjalnie puszczają tu jakieś fale, które zakłócają działanie telefonów komórkowych. - No to maile. W końcu jest pokój internetowy. – podsunął Benek. - Nie mamy w domu internetu. Telefonu zresztą też. – smucił się Tomasz. – Napiszę do niej wieczorem list. Wieczorem nie znalazł czasu na napisanie listu, ponieważ trzeba było odbębnić karę. Poza tym mieli już zadanych kilka prac domowych. Siedzieli więc prawie do północy, każdy przy swoim stoliku i odrabiali zadania. W pomieszczeniu panowałaby zupełna cisza gdyby nie radio, z którego płynęła spokojna piosenka Roda Stewarda. Kiedy właśnie Maksymilian składał swoje zeszyty i przecierał zmęczone oczy, akurat puszczono wiadomości. Spiker opowiedział najpierw o trzęsieniu ziemi gdzieś w Azji, potem o potyczkach marszałka z jakimś posłem w rządzie, oraz o nałogu pewnej znanej amerykańskiej gwiazdy. Na koniec oznajmił, że z więzienia z Warszawie uciekł groźny przestępca, który napadł kilka lat temu na bank i zabił kilkoro pracowników dla zaledwie ośmiu tysięcy złotych. - Takich wieszać powinni. – mruknął Tomek wrzucając zeszyty i książki do swojego plecaka. - W Polsce nie ma kary śmierci. – Zauważył Maksymilian. - Ale tacy, moim zdaniem, tylko miejsce zajmują w więzieniu. Dyskutując nadal na ten temat, poprzebierali się w piżamy i położyli do swoich łóżek.
Część 22 / 2
Następnego ranka, Benedykta wyrwała z błogiego snu dość głośna rozmowa. Przysłuchał się chwilę, i po kilkunastu sekundach zrozumiał, że Tomek z Maksem nadal ostro dyskutują na temat polskiego systemu więziennictwa. - Dalibyście wreszcie temu spokój. – Mruknął, kiedy przy śniadaniu w wielkiej sali rozmowa zaczęła powoli przechodzić w kłótnię. – Nawet zjeść człowiekowi spokojnie nie dacie... Zapadła męcząca cisza przy stole. Po kilku minutach Benek doszedł do wniosku, że wolał jak się kłócili. Tymczasem po śniadaniu przyszło im się zmierzyć z pierwszymi w tym tygodniu zajęciami z wychowania fizycznego. Wysoki smagły mężczyzna czekał już na nich w nowoczesnej sali gimnastycznej. Powiedział, że na pierwszych zajęciach zapoznają się z rozkładem pomieszczeń związanych ze sportem. Pokazał im więc szatnie, prysznice i pomieszczenie, w którym były poukładane w koszach różne przedmioty potrzebne do uprawiania sportu – piłki, słupki, rakiety tenisowe, szarfy i inne. Wzdłuż ściany stały kozły, skrzynie i sterta materacy. Pod salą gimnastyczną w piwnicy była także niewielka siłownia, dwie sale do aerobiku, natomiast po przejściu długim przeszklonym korytarzem, wchodziło się wprost na wspaniały kryty basen. Następnie odwiedzili też dwa korty tenisowe, kryte specjalną dmuchaną powłoką, dzięki czemu można było z nich korzystać przez cały rok. Dowiedzieli się, że jest tu także lodowisko, i dwa tory do curlingu, a także zewnętrzne boisko. Chłopcy byli zachwyceni, a profesor Janusz Kostek okazał się bardzo sympatycznym, choć wymagającym nauczycielem. - Przynajmniej ten gość jest normalny. – Powiedział Tomasz przebierając się ze stroju do WF w szkolny mundur. – A swoją drogą, zamek dba o nasz rozwój fizyczny... - Nie przesadzaj. – Wtrącił się do rozmowy Lorek. – Inni też są w porządku z wyjątkiem tego palanta od kaligrafii. - I zołzy z chemii – dodał Benedykt. - Ciekawe jaki nam dzisiaj zaprezentuje strój. Może kurpiowski? – Zażartował Maksymilian. Cała szatnia wybuchła gromkim śmiechem. - Albo góralski. – Odezwał się jeden z chłopaków. - Może jest międzynarodowa. – Śmiał się do rozpuku Benek. – Przywita nas w kimonie japonki... - Eee, nie. – chichotał Maks. – kimono nie pasowałoby do jej złotego zęba. - Racja – przyznali wszyscy zgodnie. Jednak profesor Kazimiera Widawska zaskoczyła ich totalnie. Dzisiaj objawiła się klasie odziana w dziwaczny kombinezon w kolorze majtkowego różu, dosłownie naszpikowany metalowymi ćwiekami i niezliczoną ilością różnokształtnych kieszonek. Wyglądała zupełnie jak spasiona i podstarzała lalka Barbie. Skąd ona bierze te szmaty? – szeptał Benek z bratem – Chyba nie ma sklepu z takimi ciuchami... - Moi kochani! – zaczęła lekcje profesor Widawska uśmiechając się fałszywie do siedzących w ławkach uczniów. – Mam nadzieję, że nauczyliście się nazw pierwiastków z tablicy Mendelejewa, ponieważ zaraz czeka was niespodziewanka. – W uśmiechu błysnął kawałek złotego zęba. Po klasie przetoczył się pomruk niezadowolenia. - Proszę, karteczki na stół – klasnęła w dłonie. – Ale z życiem! Nagle jedna z dziewczyn podniosła rękę. - Słucham panno Regiec? - Nie zapowiadała pani profesor sprawdzianu. Nawet nie powiedziała pani, żeby się przygotować z pierwiastków. - No właśnie. – Dodała inna dziewczyna. – Powiedziała pani tylko, żeby się przyjrzeć tablicy. - Oczywiście! – Widawska roześmiała się złośliwie. – Kto się więc jej przyjrzał, ten na pewno napisze na maksymalną ilość punktów. Dlatego właśnie nazwałam tę kartkówkę NIESPODZIEWANKĄ. Jej śpiewny ton głosu nie zwiastował niczego dobrego. Sprawdzian był jakimś koszmarem. Benedykt znał skróty zaledwie czterech pierwiastków na dwanaście podanych, a Maksymilian poradził sobie tylko z sześcioma. Za to Tomek odpowiedział na wszystkie. Niestety nie dało się od niego odpisać, ponieważ profesorka rozsadziła ich wszystkich po całej sali. Po sprawdzianie, kiedy wrócili już na swoje miejsca, zostało zaledwie dwadzieścia minut do końca lekcji. - Miałam przed wami zajęcia z licealistami, i robiliśmy doświadczenia z kwasem mrówkowym i masłowym. Wykorzystamy ten czas na poznanie ich właściwości. To będzie taka dodatkowa lekcja z gwiazdką. - Dla nas wszystkie zajęcia są z gwiazdką. W końcu nie powinniśmy mieć chemii, tak na dobrą sprawę. – Westchnął Maks. W związku z tym, iż uczniowie pierwszej klasy gimnazjum nie mieli jeszcze zajęć z chemii, profesor Widawska miała wolną rękę w określaniu tematów lekcji. Starano się, aby pierwszoklasiści dobrze poznali nazwy i ogólne właściwości pierwiastków chemicznych, oraz najprostszych związków. Widawska łamiąc wszelkie reguły, przystąpiła do omawiania własności kwasów. - A teraz kwas masłowy. Mój ulubiony. – Powiedziała podchodząc do swojego biurka i biorąc do ręki probówkę. – zapiszcie sobie, że w temperaturze pokojowej jest to oleista, bezbarwna ciecz łatwo rozpuszczalna w wodzie, o zapachu wymiocin i zjełczałego masła... Dyktując właściwości, z cichym pyknięciem odkorkowała fiolkę i stanęła pomiędzy pierwszymi ławkami. Kilka chwil później, najbliżej siedzący uczniowie zatykali ze wstrętem nosy i mieli wykrzywione od smrodu twarze. Tymczasem kobieta beztrosko wymachiwała probówką tłumacząc do czego stosuje się ów kwas. Kiedy wreszcie, nie do zniesienia smród doszedł do ostatnich rzędów, nauczycielka właśnie skończyła tyradę na temat jego zastosowania, powoli zbliżyła fiolkę do nosa i wciągnęła powietrze. - Zapach jeszcze dobrze się nie wydobył moi mili. – Odparła przechodząc na środek klasy. – Może puszczę fiolkę w obieg, żebyście mogli powąchać.... Wszyscy głośno zaprotestowali chowając nosy w rękawy swetrów. - No zerzygam się. – Jęczał Lorek siniejąc na twarzy. Maksymilian zatykając twarz ręką rozejrzał się po klasie. Kilka osób już miało odruchy wymiotne, podczas gdy na Widawskiej ta potworna fala smrodu nie robiła najmniejszego wrażenia. - Błagam, niech pani zamknie ten kwas. – Poprosił grzecznie Kotkowski, przecierając załzawione oczy. - Och, oczywiście. – Zreflektowała się profesor. – Widać macie bardziej czułe i wrażliwe noski, moje skarbeńki. Ja tam jestem przyzwyczajona. Dwadzieścia kilka lat w zawodzie... sami wiecie... Te dramatyczne doznania węchowe przerwał wreszcie miłosierny dzwonek, kończący zajęcia. Uczniowie rzucili się natychmiast do drzwi, byleby jak najszybciej opuścić zaśmierdziały gabinet. - Jezu, niedobrze mi. – Powiedział Tomek, kiedy tylko opuścili gabinet. - Cały śmierdzę pawiem. – Narzekał Maksymilian. - A teraz mamy iść na obiad. – Wtrącił Benedykt. – Aż mi apetyt odebrało.
Reszta dnia też nie okazała się szczęśliwa. Nie mieli dzisiaj zajęć z kaligrafii, ale za to zostali zasypani zadaniami z biologii, matematyki i historii. - Musimy iść do biblioteki – powiedział Maksymilian, kiedy skończyły się wszystkie zajęcia tego dnia. – Trzeba znaleźć coś o tych pasożytach z biolcy. - Znam kilka pasożytów. – Stwierdził kwaśno Benedykt. – Kotkowski, Rydz, Widawska... – zaczął wyliczać na palcach. Biblioteka umieszczona została w lochach południowego skrzydła. Porządku pilnowała tutaj oschła starsza kobieta z mocno pofarbowanymi na czarno włosami. - Tu pracują chyba same stare panny. – Stwierdził Tomek, kiedy udało im się znaleźć kilka potrzebnych książek i zasiąść przy wolnym stoliku do pisania pracy. – To grono nauczycielskie ma chyba najwyższą średnią wiekową w Polsce. Zabrali się ostro do pisania. Każdy z nich miał wybrać sobie po cztery ludzkie pasożyty i opisać dokładnie ich cykl życiowy, oraz jak można się nimi zarazić. - Dobra – szepnął Tomek – Ja opiszę owsika, glistę ludzką, lamblię i toksokarozę. Maksymilian wertował jedną z książek – opasłe tomisko zatytułowane „Życie człowieka z pasożytem” - Tu mam coś o jakimś bruzdogłowcu – mamrotał pod nosem – dodam do tego tasiemca nieuzbrojonego, motylicę wątrobową i.... - A ja? Wszystko zabraliście. – Benedykt był zawiedziony. –