Horror · 59 min czytania
Zgubiłem swoje ciało w piątek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Piątek wieczór
Ludzie rzadko zastanawiają się nad zapachem, dopóki coś nie zacznie cuchnąć.
To jak z życiem — dopóki się nie rozkłada, nikt go nie analizuje.
Zapach to uczciwy komunikat biologii: „Hej, coś tu gnije", „Hej, coś się boi", „Hej, ktoś zjadł czosnek, ohyda". Nie ma w nim kłamstwa. To tylko prawda — albo ją przyjmiesz, albo będziesz kluczyć. Orzeł albo reszka.
Gdyby Bóg istniał, pachniałby prawdopodobnie jak skwaśniałe mleko albo przemoczony pies. Dość kontrowersyjne stwierdzenie, no nie? Ale pomyśl - jeśli stworzył wszystko, to również to, co śmierdzi. Jest więc w każdym śmietniku, w każdym pociągu o szóstej rano, w oddechu po tanim winie i w tym małym smrodku spod paznokcia, który przypomina ci, że jesteś jedynie zwierzęciem, nie żadnym aniołem czy czymś takim.
Wciąż sądzisz, że Wszechmogący pachniałby lawendą i świeżym praniem? Albo fiołkami i poranną rosą?
Nie.
I nie zrozum mnie źle, nie chodzi mi o bluźnienie. Chodzi o uczciwość. O to, że zapach to wyjątkowa forma modlitwy, której nie da się sfałszować. Nie można udawać, że nie cuchniesz, jeśli właśnie gnijesz. Albo, że pachniesz swoimi perfumami podczas, gdy pół wieczora obściskiwałaś się z tym kochasiem z parteru, z fryzurą żywcem wyjętą z lat 80. „Ale Mamo, to nie tak! Ja tylko byłam u Sylwii, przysięgam!".
Mój sobotni wieczór pachniał starą fryturą i małżeńską kłótnią.
Z mieszkania nade mną dobiegały głosy państwa Piekutów — małżeństwa, które od dwudziestu lat udowadnia sobie, że miłość to tylko inna forma przemocy słownej.
Ona miała głos wyszkolony przez lata pasywnej agresji, wysoki i ostry. Kojarzysz to skrzypienie, gdy ktoś, podczas posiłku, szoruje widelcem po ceramicznym talerzu? No, to jakbyś się właśnie spierał ze starą Piekutową. On zaś odpowiadał niżej, spokojniej, ale z tą samą intencją. „Powiadam Ci wnuczek, wojna to wojna, niezależnie, czy bijesz się z kacapami naprawdę, czy z dziewczyną o pilota do telewizora" - powtarzał mój świętej pamięci dziadziuś. Piekutowie mogliby uczyć sztuki wojennej Sun Tzu, bez dwóch zdań.
„...to ty..."
„...mówiłem ci, że..."
„...a ja cię prosiłam tylko raz, tylko raz..."
Potem coś upadło — może wazon, salaterka, a może ich godność. W kłótniach zawsze było trochę rytuału. Jakby nie mogli zasnąć, dopóki nie wypowiedzą odpowiedniej liczby przekleństw.
A ja znałem ten rytm. Gdy telewizor szumiał, a lodówka buczała, czułem, że wszystkie dźwięki składają się na jeden organizm — budynek, który żyje kłótniami, westchnieniami i niewypowiedzianymi pretensjami. Taka osiedlowa solidarność. Rano i tak powiemy sobie „dzień dobry", spoglądając na siebie, jakby nikt z nas nie pamiętał wczoraj. Boom! Gruchnęło nagle. Myślałem, że to nalot bombowy. Widziałem to w filmach, klasyczny zabieg. Cisza, zoom kamery na odległy, opuszczony korytarz i jumpscare! Kto by się spodziewał. Mając 13 lat to działało. Mając 35 — śmieszy.
„Scary Monsters and Nice Sprites Skrillexa — szczeniak próbuje wskrzeszać umarłą młodość przy pomocy wibrującego w powietrzu hałasu", pomyślałem. Zabawne. Gdy człowiek przekroczy trzydziestkę, ludzie młodsi to zawsze są szczeniaki, gówniarze, niedorostki. Nawet, jeśli mają 29 lat.
Bas rozlewał się po ścianie jak tłuszcz po starej patelni, przenikał przez nią, przez myśli, przez wszystko, co próbowało jeszcze udawać spokój. A ja znowu miałem wrażenie, że ten dźwięk nie pochodzi z głośników, tylko z samego budynku. Jakby blok też potrzebował z siebie coś wyrzucić. Solidarność, mówiłem.
Każde mieszkanie stanowiło komórkę, tworząc jeden, żywy organizm. Wyobraziłem sobie spoconego chłopaka zza ściany, w podkoszulku bez rękawków, skaczącego w rytm własnej desperacji. Na pewno pachniał jak męska wersja Grety Thunberg — zmęczony ratowaniem świata i dezodorantem testowanym na delfinach. Albo małpiatkach.
Z kolei u Piekutów unosił się zapach zupy, odświeżacza powietrza (tego niebieskiego, który w środku nocy budzi Cię zawałem serca, psiik) i cebuli. Na pewno cebuli, tak.
Ale gdzie moje maniery. W piętnastu zdaniach oczerniłem Boga, Piekutów, a szczeniak, gdy to przeczyta, da mi w mordę i krzyknie „Ej, nie pozwoliłem Ci na użycie mojego wizerunku, dupku!".
Część 22 / 6
Mam na imię Bartosz. Nazwisko nie ma znaczenia, zapewniam. W pracy wołają na mnie Bartek albo Bart. Albo Bartek, zrób, popraw, napisz maila, wyślij raport, no szybciej, Bartek. Nie znoszę, kiedy ktoś skraca mi imię. Przecież w dokumentach widnieję jako Bartosz. Lubię swoje imię, to po co ktoś ma je spłycać? Czy załatwiając sprawę w banku, rozmawiam z Marleną, czy może Marlencią? Albo Marly? Oczywiście, dla najbliższych mogę być nawet słoneczkiem i księciem, ale w pracy? Szef to arcywróg, boss ostatniego poziomu. A reszta to tylko NPC, nie warci wywodów. I brzmi to wtedy jak rozkaz — jakby ktoś pociągał za niewidzialną smycz, a ja mam szczekać w rytm deadline'u.
To jednak za mną. Dziś jest piątkowy wieczór. Telewizor mruga do mnie jak stary kumpel, który nie ma nic ciekawego do powiedzenia, ale i tak z nim siedzisz — mniej z zainteresowaniem, bardziej z przyzwyczajenia. Nie wiem nawet, co oglądam. Program o remontach? Facet pokazuje, jak z trzech desek, paczki gwoździ i magii telewizyjnego montażu, zrobić stół. Patrzę, jak szlifuje blat i rozważam, czy gdybym miał jego entuzjazm, to i ja bym coś w życiu wyszlifował. Najlepiej siebie. Papierem ściernym do momentu, aż zniknie frustracja, kurz i cały ten delikatny połysk porażki.
Zmieniam kanał.
Reklama perfum. Kobieta biegnie po pustyni w sukni za dwa tysiące dolarów, a lektor mówi, że to zapach wolności. Wolności od czego? Od sensu życia, czy tego spotu? Potem nierozrywalne serwetki, krzyczący politycy, serial, w którym ludzie płaczą, bo ktoś zginął, ale wszyscy wyglądają jak po botoksie, więc widz im nie wierzy.
Ostatecznie zostaję przy kanale, na którym nikt się nie odzywa — transmisja z akwarium. Wiesz, ramówka się skończyła, a stacji nie stać na prawa do transmisji czegokolwiek. Szef tnie koszta, jest akwarium, jest dobrze. Potrzebuję samotności, ciszy, relaksu. Bo w samotności telewizor to nie rozrywka, tylko alibi — dowód, że w pokoju wciąż ktoś mówi, nawet jeśli nie musisz odpowiadać.
Otworzyłem Żubra — tani, zimny, uczciwy. Znajomy zapach, lekko metaliczny, z domieszką chleba i wilgotnego kartonu, dotarł do mych nozdrzy, rozlewając się po nich niczym całun na nagim ciele kobiety z płótna renesansowego malarza. Zanim wypiłem, piana zdążyła opaść, jakby nawet ona miała dziś gorszy czas.
Pierwszy łyk był zawsze najlepszy. Dawał nadzieję, że reszta wieczoru ma jakiś sens.
Drugi zaś już był czysto techniczny.
Trzeci — rytuał.
Czwarty — obowiązek.
Zabawny fakt. Drożdże w piwie są żywe. Więc za każdym razem, gdy pijesz, wypijasz coś, co umiera w tobie, byś przez chwilę poczuł się żywy.
Patrzę więc w telewizor, w te ryby, które beznamiętnie płyawają w kółko, i myślę sobie, że może powinienem teraz siedzieć z Martą. Zamiast tego gapię się w zbiornik pełen niemych stworzeń, które nie mają pojęcia, że istnieje świat poza szkłem.
Chociaż, z drugiej strony, nasz związek wyglądał podobnie. Dwoje ludzi, każde w swoim akwarium. Staliśmy blisko, ale dzieliła nas niewidzialna szyba. Ja stukałem w swoją palcem, a ona podgryzała wodorost, patrząc w przeciwną stronę. Marta miała tę dziwną zdolność, że potrafiła być jednocześnie obok i bardzo daleko. Przy niej czuję się, jakbym oglądał górę Fuji w przewodniku turystycznym, stojąc u jej podnóża. Kiedyś pachniała jak świeżo zaparzona kawa w niedzielny poranek. Ostatnio, coraz częściej, jej woń przypomina coś innego.
Nowy proszek do prania.
Inny dezodorant.
Albo tego kolesia z pralni w centrum.
Nie wiem.
Zresztą to nawet nie o zapach chodziło. Chodziło o ten sposób, w jaki mówi „musimy porozmawiać" — takim tonem, jakby już dawno odbyła tę rozmowę sama. A ja nigdy nie byłem dobry w okazywaniu uczuć. Romantyzm zawsze wydawał mi się oznaką słabości. Nie męską rzeczą jest mówić o uczuciach — męska za to jest cisza, piwo i udawanie, że nic nie boli. „Uczucia są dla poetów, nie dla facetów" — mawiał mój ojciec. A potem zmarł. I fakt ten pozostaje niezmienny od pięciu lat. Zawał. Zresztą trudno się dziwić — całe życie trzymał wszystko w środku, jakby serce było sejfem na emocje, a nie pompą do krwi. Aż zakrzep tętnicy sercowej podłożył dynamit. Bum. I tyle.
Wtedy też Marta była dla mnie wszystkim. Jedna, jedyna róża, pośród chwastów i łajna. I do dziś jest. Chcę w to wierzyć.
Zegar na ścianie wskazywał 23:17. Taki w kształcie statku, prezent od matki, która zawsze miała słabość do rzeczy udających inne rzeczy. Marynarz z wąsem stoi na jego środku, a wskazówkami są jego ręce. Przy każdej pełnej godzinie obraca się wokół własnej osi, kiwając głową, jakby potwierdzał, że czas naprawdę płynie. Nie pytałem, nie miałem odwagi zasugerować, że to coś nie będzie pasowało do ogólnego anturażu mojej kawalerki. Podziękowałem, powiesiłem, ahoj przygodo, do szalup psubraty.
Kłótnia u Piekutów ucichła. Bas z góry też zamilkł — jakby ktoś nagle odciął prąd całemu budynkowi, zostawiając tylko to nieprzyjemne buczenie ciszy w uszach. Jednak w telewizorze ryby dalej pływają w kółko, choć obraz zrobił się jakby bardziej ziarnisty.
Część 33 / 6
Pomyślałem, że to wina dekodera. Albo oczy odmawiają już gwarancji jakości full hd.
Podniosłem się z kanapy, choć ciało protestowało głośno. Czułem się, jakbym był w środku ciężkiego skafandra przesiąkniętego wodą. Każdy ruch opóźniony o pół sekundy, prostowanie kończyn utrudnione do poziomu heroicznego. Nie miałem odwagi szarżować. Może to piwo mi zaszkodziło? Alkohol szkodzi, racja, ale, żeby aż tak?
Wróciłem więc na kanapę. Ręce miałem jak z waty. Palce drżały lekko, a mimo to wydawały się obce, jakby należały do kogoś, kto tylko udaje, że nimi steruje. Pomyślałem, że to kwestia krążenia. Albo nerwów. Albo po prostu zbyt długiego dnia.
Poduszka materaca zapadła się pode mną głębiej, niż jeszcze chwilę temu. Spróbowałem poruszyć nogami. Reakcja przyszła z opóźnieniem. Mózg co prawda wysłał sygnał, ale zapomniał dopisać, dokąd ma trafić. Tak więc, przy próbie zgięcia kolan, miałem wrażenie, że robię to bardziej mechanicznie niż z czystej chęci — ruch, przerwa, przerwa, przerwa, czucie.
Poczułem uścisk w gardle. Mocny, obezwładniający. Przez sekundę przypomniała mi się tamta sytuacja z Martą. Chciała spróbować czegoś nowego. Koleżanka poleciła jej więc pewien sklep. Wiecie, jeden z tych, które wolą nie afiszować się z banerami na pół ulicy. A mimo to każdy go zna. Pewnie dlatego, że był jedynym w mieście oferującym takie akcesoria. Dodatkowo badania wskazują, że wniesienie nowości w życiu seksualnym (np. wprowadzanie nowych aktywności, zmiana rutyny) jest istotnie powiązana z wyższym poziomem satysfakcji seksualnej i zadowolenia z relacji. Więc spróbowaliśmy. Nie jestem fanem udziwnień, ale kocham ją, nie chcę jej stracić. Chyba.
Wracając. Miała wtedy na sobie obrożę, jej pomysł, ja tylko się zgodziłem. Nie wiem, jak to się stało — może zbyt mocno ją ścisnąłem, może źle odczytałem moment. Najpierw śmiech, potem cisza. Zerwała się, odsunęła i spojrzała w taki sposób, jakbym przekroczył granicę bez pieczątki w paszporcie, z karabinem w ręku i kilogramem amfetaminy w ustach. Ale nie to było najgorsze. Patrzyła na mnie, ja na nią, i widziałem fizyczny ból. Taki prawdziwy, którego nie można opisać. Dlatego autorzy książek zwykle niewiele wiedzą o prawdziwym życiu. Albo nie potrafią ubrać tego we właściwe słowa. Nie wiem, nie jestem pisarzem.
A potem zeszła ze mnie, ubrała się i poszła do łazienki. Wieczorem już o tym nie rozmawialiśmy. Spróbowaliśmy jeszcze raz, z grzeczności, z przyzwyczajenia. Tak, jak zwykle to robiliśmy. Ale to już było inne.
Pierwszy i ostatni raz. Od tamtej pory wiedziałem, że są rzeczy, których lepiej nie dotykać, nawet jeśli ktoś sam poda ci je do ręki.
Czułem, jak zbiera mi się na wymioty. To ten moment, w którym lepiej nie wykonywać żadnych ruchów, mając cichą nadzieję, że bezwładne leżenie uspokoi wzmożone falowanie częściowo przetrawionej materii żołądka. Skuliłem się, z trudem obejmując brzuch. Spojrzałem jeszcze na ekran telewizora. Rybki pływały coraz wolniej, jakby też im coś zaszkodziło i chciały się ułożyć do snu.
Zamknąłem oczy. Świat przestał istnieć na moment, tylko to buczenie w głowie zostało, to stałe, niskie „mmmm", które brzmi jak rozdzielnia elektryczna na chwilę przed wywaleniem korków. Pomyślałem, że może już śpię, a może dopiero próbuję. Nie było w tym różnicy.
W powiekach czułem ciepło od ekranu, delikatne migotanie obrazu — jakby ktoś przesuwał mi po twarzy małą lampką. Wdech. Wydech. Cisza.
A potem coś się zmieniło. Nie wiem kiedy, nie wiem jak. Po prostu... byłem już gdzieś indziej. Nie w środku siebie, tylko obok. Patrzyłem na kanapę. Moje ciało siedziało nieruchomo, z otwartymi oczami, wpatrzone w ekran, w którym ryby zamarły w pół ruchu. Oddychało spokojnie, miarowo, jak ktoś, kto w końcu odpoczął. Przez sekundę chciałem coś powiedzieć, zawołać, dotknąć siebie — ale nie mogłem się poruszyć. Wszystko trwało w zawieszeniu. Świat wcisnął pauzę. Tylko to ciało, mój sobowtór, mój pojemnik, oddychał rytmicznie, jakby wreszcie mu ulżyło, że już nie musi być mną.
Sobota
Największe kłamstwo, jakie wymyślił człowiek, brzmi: „wyspałem się". No bo czym jest sen? Sen to najtańsza forma podróży w czasie — codzienny bilet w jedną stronę do miejsca, które znika, zanim zdążysz je zapamiętać. To także jedyna sytuacja, w której ciało i umysł mają rozwód, ale nie stać ich na osobne mieszkania, więc wciąż dzielą się rachunkami i czynszem. Może nie jedyna, skłamałbym. Ale nigdy nie brałem narkotyków, widziałem jedynie w filmach. Zakładam zatem, że faktycznie mogą to być dwie sytuacje.
Jak powiedział Zhuangzi: „Nie wiem, czy to ja śnię o byciu motylem, czy motyl śni o byciu mną". Piękne, poetyckie, i kompletnie bezużyteczne, kiedy nie wiesz, czy przypadkiem nie śni za ciebie twoje własne ciało. Z kolei René Descartes mówił tak: „Jak często zdarza mi się śnić, że siedzę tu przy kominku, gdy tymczasem leżę nago w łóżku?". Ciekawe, prawda? Ten sam sen, a dwa różne wnioski.
Zhuangzi zobaczył w nim wolność — rozpuszczenie ja w czymś większym, piękniejszym, spokojnym. Z kolei Kartezjusz uznał, że to już powód do paniki. Bo jeśli nie umiesz odróżnić snu od jawy, to właściwie kto spogląda w czyje odbicie w lustrze?
Dla niewtajemniczonych René Descartes po polsku to Kartezjusz. Od dawna Polacy potrafią spieprzyć dobre tłumaczenie. Wiedziałeś/aś, że „Szklana pułapka" w oryginale nosi tytuł „Die hard"? Z jakiegoś powodu ktoś w Polsce uznał, że Bruce Willis w potrzasku to jednak bardziej „szkło" niż „umieranie z uporem". Może dlatego, że u nas każda tragedia musi być podkreślona trzy razy, najgrubszym flamastrem, który jest pod ręką. A może przez to, że my, Polacy, jesteśmy zbyt butnie zapatrzeni w siebie? Zbyt dumni, by przyznać, że coś może mieć dosłowny przekład, bez koloryzacji naszym odcieniem?
Dlatego też wymyślono rasizm. W naszym kraju pojęcie rasizm nie występuje, a przynajmniej nie w swojej pierwotnej formie. Jest po prostu inne tłumaczenie. Czterdzieści lat temu ludzie marzyli o kolorowym telewizorze. Dziś już tego nie robią, ale marzenie pozostało, choć ma już troszkę inne tłumaczenie. Tak, jak czterdzieści czy czterysta lat temu. Potrafimy też nadać obraźliwy ton rzeczom, które są absurdalnie daleko od tego, co chcemy przez nie powiedzieć. Pamiętasz jeszcze, jak bambus był drzewem, a murzyn co trzecim pieskiem starszych państwa? Pejoratywizm, nie rasizm. Fakt, nie opinia.
Bo może o to właśnie chodzi z tłumaczeniami — nie tylko języków, ale i ludzi. Każdy z nas jest źle przetłumaczony: trochę przez rodzinę, trochę przez system, trochę przez własny strach. Niektórym zabrakło przecinków, inni mają błędy składniowe, a większość po prostu została wydana w pośpiechu, bez redakcji. I choć wszyscy mówimy w tym samym języku, to nikt już nikogo nie rozumie.
Źle spałem.
W moim wieku to już bardziej diagnoza niż skarżenie się. Podobno z wiekiem człowiek śpi krócej, płycej, za to śni dłużej — tylko nie w nocy, lecz w dzień, kiedy udaje, że pracuje.
Część 44 / 6
Obudziłem się nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że materac przestał współpracować. Leżałem na nim zbyt długo, a on, jak każdy związek po czasie, zaczął się buntować. Sprężyny wbijały się w plecy pomimo zapewnień sprzedawcy, że to nie nastąpi, choćby sam Orarora przejechał po nim walcem, w jednej ręce trzymając kilogram podwawelskiej, a w drugiej pięćdziesięciokilogramowy hantelek.
I tak leżę sobie, wpatrując się w sufit. Jak w Dniu świra. Tylko że u mnie nie ma muzyki w tle, nie ma pointy. Jest za to rano. Zegar wskazuje na 7:32. Przewiało mnie, cholera. Z nosa cieknie, w gardle drapie. Zostawiłem uchylone drzwi balkonowe. Wiesz, tak, by wciąż było ciepło, ale orzeźwiająco nieco. No i mnie orzeźwiło. Kurde, żeby się nie rozchorować.
I tak leżę sobie, wpatrując się w sufit. Jak w Dniu świra. Tylko że u mnie nie ma muzyki w tle, nie ma pointy. Jest za to rano. Zegar wskazuje na 7:32. Przewiało mnie, cholera. Z nosa cieknie, w gardle drapie. Zostawiłem uchylone drzwi balkonowe. Wiesz, tak, by wciąż było ciepło, ale orzeźwiająco nieco. No i mnie orzeźwiło. Kurde, żeby się nie rozchorować.
Siadam powoli, jak starzec w reklamie maści na reumatyzm, i przez chwilę zastanawiam się, po co właściwie wstaję. Nie do pracy, bo dziś sobota. Do ludzi też nie, bo jestem dorosły. Jeszcze w gimnazjum (tak, to były te czasy) byłem duszą towarzystwa. Awansowałem trzy lata później. Wówczas byłem duszą towarzystwa ogólnokształcącego się. Szkoła to w ogóle dziwny twór. Gdy tak o tym myślę, porównałbym ją do telewizyjnego show. Jest jury, czyli nauczyciele, którzy nie do końca wiedzą, co oceniają, ale robią to z pełnym przekonaniem. W przestrzeni publicznej ciągle się mówi, że za mało zarabiają, więc z pewnością również z powołaniem. Masz też uczestników — dzieciaki rywalizujące o popularność i bycie na samym szczycie hierarchii. Ładne dziewczyny i wysportowani sigmaboys mają znacznie łatwiej. Przeto wyróżniają się zarówno fizycznie, jak i... No dobra, fizyczność wystarczy. Natomiast jeśli są i ładni, i bogaci, to mają sezonowy pass do treści premium — darmowe wejściówki na życie, w którym nikt nie pyta o abonament, bo i tak wszyscy wiedzą, że ich rodzice już zapłacili.
Reszta pełni rolę statystów — tła, z którego można się śmiać, ale które zawsze musi być obecne, żeby żart miał sens. To ci, którzy nie błyszczą, ale za to potrafią się śmiać z cudzych dowcipów w odpowiednim momencie. Bez nich ten cyrk nie działa — są tłem, glebą, fundamentem, Atlasem świata szkolnego (mitologia, moi drodzy). Zazwyczaj właśnie to oni wyrastają później na ludzi, przez których rodzice tych bogatych dzieciaków są bogaci. Po prostu dużo płacą. Doceniają, że w końcu to oni mogą siedzieć w pierwszych rzędach, nie przejmując się kolejkami po popcorn czy wrzeszczącym nad uchem bobasem Jadwigi, która dostała bilet od firmy, ale nie miała z kim zostawić małego Justinka.
Może to i lepiej, że są niewidzialni. Świat potrzebuje tła, żeby wiedzieć, gdzie kończy się jego własne ego.
Przewrotnie, mi się nie udało. Opowiem Ci więcej, tylko zamknę te przeklęte drzwi. Wiesz, że w Europie drzwi balkonowe można uchylić, a w Stanach już nie? Serio. U nas możesz wpuścić trochę powietrza — tak symbolicznie, jakbyś chciał powiedzieć „wejdź, ale nie rozsiadaj się za bardzo". Tam natomiast drzwi są albo zamknięte, albo otwarte na oścież. Zero półśrodków. Albo wolność, albo klimatyzacja.
Zatem ja kariery nie zrobiłem. Nie zostałem kimś, o kim się mówi w czasie przyszłym. Nie mam zdjęcia na LinkedInie z dopiskiem Open to work, bo jestem otwarty wyłącznie, gdy nie powinienem. A to nie pomaga w budowaniu kariery. Nie noszę koszul z kołnierzykiem, tylko bluzy albo koszulki. Jeśli są na nich plamy po obiedzie, którym nawet Vanish nie daje rady, to tym lepiej. Na początku mojej wędrówki zawodowej dawałem szefowi w ten sposób do zrozumienia, że jem najszybciej, jak potrafię, byle by wrócić do projektu. Nic to nie dało, nie awansowałem ani razu, ale też nie zostałem zwolniony, choćby za nieodpowiedni wizerunek wpływający na negatywny wizerunek firmy. Więc w sumie obojętne. Nie to, żebym był leniwy. Po prostu nigdy nie zrozumiałem, jak to działa. Ludzie rano wstają, zakładają te swoje wyprasowane maski, udają zapał, mówią o synergii, o wartościach, o misji firmy, samorozwoju. A potem wracają do domu, odwieszają maskę w przedpokoju, i kłócą się o to, kto zapomniał wyjąć pranie. Każdy powód jest dobry, żeby pobyć sobą w czystej, prymitywnej postaci.
Idę do kuchni, zaparzę kawę. Z ekspresu, oczywiście, bo czajnik umarł w boju jakieś dwa tygodnie temu. Nawet nie wiem dlaczego. Dziękuję opatrzności, że byłem przy tym, jak zajął się ogniem. W przeciwnym wypadku... Lepiej nie. Jest sobota, pozytywne nastawienie jest równie ważne co łyk świeżo zaparzonej kawy. Woda bulgocze, urządzenie syczy, a ja czuję ten znajomy zapach i robi mi się lżej.
Lubię to.
Lubię wszystko, co jest trochę przestarzałe, trochę niedzisiejsze. Włączam radio, gdy mam na to czas. Tak, radio. Nie podcast, nie playlistę z algorytmem, tylko zwykłe, analogowe radio, które szumi, zanim zagra. Ten szum jest jak wstęp do świata, w którym jeszcze można się zgubić, bo GPS nie działa. A dziś mam cały czas tego Świata.
Z głośnika poleciał kawałek, który znam, ale gdybym chciał go wyszukać osobiście, załóżmy na Spotify, to za cholerę nie wiedziałbym, co mam wpisać. To w sumie niezły dowód na jedną z moich ulubionych teorii — że człowiek jest istotą ograniczoną, jeśli chodzi o odbiór sztuki.
Nie w sensie intelektualnym, broń Boże. Po prostu większość z nas czuje, zanim zrozumie, i już nigdy do końca nie nadgania. Widzimy obraz, który nas porusza, ale nie potrafimy powiedzieć dlaczego. Wymyślamy, że przedstawia istotę bólu, personifikację straty czy inne bzdety. Albo słyszymy melodię i nagle robi się nam smutno, chociaż nie pamiętamy, co właściwie straciliśmy. A potem pojawia się potrzeba — nadać temu nazwę, tytuł, autora, kategorię. Jakby uczucie było nieważne, dopóki nie da się go wpisać w wyszukiwarkę. Bo dziś nikt już nie słucha, wszyscy szukają.
Nie chodzi o to, co ci gra w duszy, tylko jak to się nazywa.
Nie mówimy „ta melodia mnie rusza", tylko „czekaj, zaraz sprawdzę w Shazamie". Zamiast wspominać, dodajemy do playlisty. Zamiast przeżywać — zapisujemy w ulubionych. A potem dziwimy się, że nic nas już nie wzrusza. Nic dziwnego, skoro serce zastępujemy algorytmami.
Tak więc siedzę. I czekam. I jest mi przyjemnie. Naprawdę.
I słyszę pukanie do drzwi. Nikt nie przychodzi tak rano. Nie jest to Marta, jest dużo za wcześnie, listonosz dziś nie pracuje, a Piekutowie raczej nie przyszli przeprosić za wczoraj. I zamiast pójść, spojrzeć przez wizjer lub, w ostateczności, krzyknąć „Kto tam?", siedzę i słucham.
Pukanie się powtarza.
Trzy razy.
Ten sam rytm, ten sam odstęp między uderzeniami.
Niespieszny, ale konsekwentny.
Część 55 / 6
Kiedyś ktoś powiedział, że jeśli coś brzmi jak człowiek, to nie znaczy jeszcze, że nim jest. Nie wiem, kto to był, ale przypomniałem sobie te słowa właśnie teraz. W głowie pojawiła się myśl, że może to jednak Marta — może coś się stało, może potrzebuje pomocy. Ale zaraz potem przyszła druga, rozsądniejsza. „Marta nigdy nie pukałaby tak delikatnie".
Więc siedzę.
A dźwięk rozchodzi się po mieszkaniu jak echo w pustej puszce po kawie. I myślę, że może wcale nie chodzi o drzwi. Może to coś puka ze środka. Masz czasem takie wrażenie, że słyszysz coś, czego słyszeć prawa nie masz? Nie chodzi o halucynacje, tylko o te małe, codzienne oszustwa zmysłów. Mózg to genialny, ale wyjątkowo nieufny narrator — woli coś zmyślić, niż zostawić cię w niepewności.
Widzi cień i mówi: „to ktoś".
Słyszy trzask i dodaje: „to coś".
Nie znosi luk w opowieści, więc skleja rzeczywistość taśmą wyobraźni albo spina trytytką domniemania. A potem się boisz. I nie dlatego, że coś tam naprawdę jest, tylko dlatego, że mogłoby być. Bo wyobraźnia nie ma obowiązku działać w granicach rozsądku, ona tylko dba o to, żebyś się nie nudził. Człowiek to jedyne zwierzę, które potrafi się przestraszyć dźwięku, który sam wymyślił. Słyszy, czuje, reaguje, jakby właśnie odkrył, że jest własnym poltergeistem. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że wiesz, że to irracjonalne...
i nic z tym nie robisz.
Bo gdzieś głęboko w tobie ten strach jest ci wygodny. Jak dowód, że wciąż coś czujesz, choć nie wiesz, czy powinieneś.
Więc siedzę. I słucham.
Ekspres skończył swoją pracę. Nalewa mi cudowny napój. I wypiję go sam. Bez mleka, bez cukru, bez gości.
Pukanie nie ustawało..
Wstałem. Powoli, z tym samym oporem, z jakim człowiek podnosi się, żeby odebrać telefon, choć w ogóle nie ma ochoty z nikim rozmawiać. Kawa została na stole, parująca, osamotniona — jakby też chciała wiedzieć, kto tam jest, więc postanowiła nie stygnąć. Z ciekawości.
Zrobiłem dwa kroki.
Potem kolejne dwa.
Każdy z nich wydawał się głośniejszy niż poprzedni. Przypomniało mi się, że kiedyś słuchałem podcastu o rezonansie. Nie wiem, czemu akurat teraz, ale mózg ma to do siebie, że lubi podrzucać nieistotne ciekawostki w najmniej odpowiednich momentach. Prowadzący mówił, że każda rzecz na świecie ma swoją częstotliwość drgań — od szklanki po most. Jeśli trafisz w odpowiedni dźwięk, wszystko może pęknąć. To tylko kwestia tonu. Pomyślałem wtedy, że to absurdalne, a zarazem genialne. Świat nie rozpada się od siły, tylko od braku zgodności. Że coś może się roztrzaskać nie dlatego, że dostało cios, tylko dlatego, że ktoś przypadkiem trafił we właściwy akord.
I teraz, gdy stąpałem po podłodze, miałem wrażenie, że coś takiego właśnie się dzieje. Że te kroki, to pukanie, to wszystko razem zaczyna się zgrywać w jeden rytm. I że jeśli to potrwa chwilę dłużej — coś w tym mieszkaniu pęknie. A przecież jest sobota.
Postanowiłem, że otworzę te drzwi i, jak dorosły mężczyzna, spojrzę bez zawahania, bez grama strachu, prosto w oczy temu, który stoi po ich drugiej stronie.
Tak przynajmniej brzmiała teoria. W praktyce ręka nie chciała współpracować. Palce zawisły nad klamką jak żołnierze czekający na rozkaz. Wziąłem głęboki oddech. Metal pod dłonią był zimny, chłód przeszedł aż po łokieć, jakby drzwi miały w sobie coś więcej niż drewno i zawiasy. Przez sekundę miałem irracjonalne wrażenie, że ktoś dotyka tej samej klamki po drugiej stronie — że nasze dłonie dzieli tylko milimetr. Dwie rzeczywistości połączone jednym gestem, który jeszcze nie nastąpił.
W końcu pociągnąłem. Drzwi ustąpiły z lekkim jękiem, jakby się przed tym broniły.
Pusty korytarz, tylko światło z okna na końcu rozlane jak rozcieńczone mleko. Żadnych kroków, żadnego cienia, żadnego „przepraszam, pomyłka".
„Śmieszne", pomyślałem.
Część 66 / 6
Chciałem już zamknąć drzwi, lecz w tej chwili coś złapało mnie za nogawkę spodni.
Myślałem, że dusza opuści moje ciało. Gdybym był postacią z kreskówki, to cały mój koloryt właśnie by ściekł, tworząc współczesny obraz wart miliard dolarów — taki, który krytycy nazwaliby „manifestem o kruchości ludzkiego istnienia", a ja nazwałbym „paniką w czystej postaci". Nie ruszyłem się. Chciałem, ale nie mogłem. Strach to dziwna emocja — nie zabrania ci patrzeć, tylko podpowiada, że lepiej tego nie robić. Noga zesztywniała, serce biło jakby niepewnie — czy warto w ogóle kontynuować?
W końcu powoli, jakbym przeciągał moment egzekucji, skierowałem wzrok w dół.
I zobaczyłem...
Jasna cholera. Dziecko.
Małe, może siedmioletnie, z rozczochraną czupryną i miną człowieka, który właśnie popełnił zbrodnię na własnej odwadze.
– Przepraszam, proszę pana – pisnęło. – Moja piłka wpadła na pana balkon.
Na chwilę zamarłem, analizując zdanie, jakby miało ukryty sens.
– Na balkon? – powtórzyłem.
Kiwnął głową.
– Tak. Tam, u pana.
Odwróciłem się w stronę mieszkania. Na podłodze, tuż przy suszarce, rzeczywiście leżała piłka. Nie wiem, jakim cudem ją przegapiłem. Może dlatego, że kiedy się boisz, widzisz tylko to, czego się spodziewasz.
– Poczekaj chwilę – powiedziałem, starając się brzmieć normalnie, choć głos miałem suchy jak kurz w szafce z dokumentami.
Chłopiec tylko skinął głową. Zauważyłem, w kąciku jego oczu, wzbierające się łzy. „Kurwa, na mój widok dzieci płaczą. Pięknie", pomyślałem.
I to mnie tak cholernie zabolało.
Dzieci są nieskazitelne. Nie grają, nie filtrują emocji, nie sprawdzają w lustrze, czy ich smutek dobrze wygląda. One po prostu czują — czysto, prosto, bez kalkulacji. Nie boją się płakać, nie boją się wstydzić, nie boją się być prawdziwe. I może właśnie dlatego tak trudno na nie patrzeć, kiedy dorosły już dawno przestał umieć robić to samo.
Przez chwilę chciałem coś powiedzieć — jakieś głupie „hej, nic się nie stało" albo „zaraz ci ją oddam". Ale głos ugrzązł w gardle. Jakby wstydził się własnego brzmienia.
Odwróciłem się i ruszyłem przez mieszkanie. Każdy krok dudnił jak w pustym korytarzu dworca — cicho, ale z echem, które nie powinno się pojawić w bloku.
Drzwi balkonowe nadal były uchylone. Jednak ich nie zamknąłem. Zapomniałem. W końcu jest sobota.
Zimne powietrze wlewało się do