Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 44 min czytania

ZIELONA PŁETWA, czyli Szczęki Borucińskie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

CENA UMOWNA

Zielona Płetwa

czyli

SZCZĘKI BORUCIŃSKIE

Albo o tym, jak w Łączynie Piotruś bączył Przez co prąd mu się wyłączył, I co zatkał sobie korkiem Kiedy łowił workiem Orkę.

WYDAWNICTWO »WIELKI BENGAL« Rozdział 1 O tym jak Picek spotkał Orkę

Poranne słonko wstało zmęczone Mokre jak zwykle, bo wstało z wody; Na pysku strasznie było czerwone Jak wujek, który wszak nie jest młody...

Puk, puk w okienko. Piotruś śpi jeszcze, Oczęta mruży, chrapie jak durny. W jeziorze wielkie pluszczą się leszcze, Ogonem merda szczupak dyżurny.

"Wstawaj, Piotrusiu!!!" - ryczy słoneczko Jak niedojona ciężarna krowa - "Ja dawno wstałem, o tam, za rzeczką Choć się dziś czuję jak zdechła sowa!

Już dawno wziąłem się do roboty, Bo z rana wstawać jest w dobrym guście!!!" Tak bździ słoneczko straszne głupoty Jak chłop po grochu ili kapuście.

Piotruś szeroko otwarł paszczękę, Oczami łypnie, językiem mlaśnie, Ugryzł się w ucho, ugryzł się w rękę, Nadął się, napiął i... jak nie trzaśnie

Jak nie zabączy, jak ci nie gruchnie, Jak nie wystrzeli niczym z armaty!!! I wkrótce wszystko dokoła cuchnie: I trawka śmierdzi, i capią kwiaty.

Słoneczko, słysząc owo bączenie, Które podniosło połowę dachu W taką panikę wpadło szalenie, Że aż złapało czkawkę ze strachu.

Piotruś powoli z łóżka powstaje Niczym malutka pasiasta zebra, Poczym w słoiczek swym moczem daje (Inaczej mówiąc: leje jak z cebra).

Leje i leje, leje godzinę Drugą i trzecią, skończyć nie może, I jeszcze trochę... I jeszcze krzynę... Aż się wzbierają wody w jeziorze:

Burzy się fala, mąci się woda, Coś się pojawia jak szydło z worka... Łysy łeb... ślepia... zielona broda... Oślizgłe cielsko... Po prostu ORKA!!!

Wysuwa orka swe cielsko z worka, Chlapie po mapie jak młode capię, Uszy ma z korka, nochal z otworka, Odbytem sapie, a paszczą kłapie!

Płetwami macha, ryczy: " HA, HA, HA!!! " Zębami zgrzyta jak zdarta płyta, Uszami macha, napędza stracha. Toć nie kobita! Zwisa mu pyta!!!

(Jeśli zaś nie wiesz, co "pyta" znaczy To Imć PAN ORKA nią właśnie siusia. - Zresztą nie będę ci to tłumaczył: Lepiej zapytaj swego tatusia!).

Słonko za chmurką swą mordę skryło I cień się zrobił wokół na dworze, Bo wie słoneczko, że w jego ryło Nikt się normalnie patrzyć nie może!

Orka spojrzała w koło ze wzgardą: "Coś zszamać trzeba z samego rana. Może hot-doga z bułką, musztardą? Może kotleta? Może banana?"

Patrzy dokoła, co tu do żarcia Znaleźć w tych wodach tak pełnych moczu. Z głodu dostaje prawie zaparcia, Wraz z objawami wytrzeszczu oczu.

Patrzy i ryczy... Ryczy żałośnie; Zjadłaby chociaż kawałek placka, Kieruje wzrok swój ku krzywej sośnie I tam Piotrusia widzi z nienacka.

(Tu wyjaśnienie: wyraz ostatni Znaczy: 'węgorza z tysiącem macek, Którego można użyć jak szatni' I to jest, kotku, właśnie NIENACEK.)

I patrząc jak Piotr szczy do jeziorka Otwiera paszczę potwór przeklęty, Połyka dziecko, ta wstrętna orka, Poczym powoli tonie w odmęty...

Rozdział 2 Picek w brzuchu Orki i za ile

"Ciemno i głucho, mokro i parno... Gdziesik w oddali coś strasznie chlupie Lecz przyszłość widzę nie aż tak czarno: Wszak ma mnie w gębie przecie, nie w dupie."

Pomyślał Piotruś i ruszył w drogę By trzewia zwiedzić tego bydlaka Prędko stawiając za nogą nogę, Aż wreszcie trafił na koniec flaka.

A że biegł szybko, jak poparzony To dotarł wkrótce tam gdzie u orek Dociera pokarm ciut przetrawiony By znaleźć ujście poprzez otworek.

By wyjść na zewnątrz - to oczywiste - Nasz Piotruś musiał brnąć poprzez szambo: Miejsce smrodliwe i niezbyt czyste Jak u murzynka imieniem Bambo.

("Murzynek Bambo w Afryce mieszka I czarna wielce u niego cera. Czarną ma skórę ten nasz koleżka. Czarno, gdzie słońce mu nie dociera.")

Wyprysnął Piotruś krzycząc "POMOCY!!!" Dopiąwszy wątłych sił własnych szczytu Jak to gówienko strzelone z procy Prosto z odbytu do dobrobytu.

Płynie i płynie aż na powierzchnię (Dla dziecka wielki jest to wysiłek) Przy czym wygląda wielce uciesznie Jak każdy, który opuści tyłek.

Płynie do brzegu, na pomost wchodzi Z dziwnie radosną, promienną miną, Oczami w koło radośnie wodzi: "Już wiem gdzie jestem! Toż to Łączyno!

Jezioro znane, i znana chata Znajome drzewa, znajome spanie, Znajoma mama, znajomy tata Którzy mi mówią "Moje kochanie!",

Znajomy ręcznik, i ten słoiczek W który się w nocy z lubością sika, Znajoma krówka, znajomy byczek, Znajomy Łukasz - też kawał byka!

Mamo! Wróciłem!!!" - Piotruś wykrzyknie, "A wypłynąłem przez ten otworek Którędy często, jak też i piknie Pokarm strawiony uchodzi z orek."

Tuli do piersi synka mamusia, Z którego spływa w kałużę woda, A Łukasz patrząc w oczy Piotrusia Mruczy: "Nie lubię małego smroda..."

A na to tato mówi do niego: "Bo zaraz złapię za jakiś kołek! Gdy ktoś wylizie z miejsca takiego Trudno, by pachniał jak ten fijołek!!!

A to wszak brat twój, Łukaszu drogi Więc nie patrz bracie na brata krzywo Bo powyrywam ci z dupy nogi!!!!" I ręką sięgnął po ósme piwo.

Oczęta spuścił Łukasz, niebożę Rysując palcem na stole wzorki: "Takiego brata to ja chędożę; Wolę miast niego mieć w wannie orki."

Piotruś popatrzył na brata srogo Kiedy z pomostu leźli do chaty: "Jak się nie zamkniesz, kopnę cię nogą Że cię nie pozna rekin zębaty."

A potem mama za rączkę wzięła - Głaszcząc po główce - swoje kochanie I w Unimoru mury pomknęła Gdzie już czekało na nich śniadanie.

A teraz problem, który w tytule Rozdziału widać, czyli "Za ile?" Odpowiedź prosta, ty durny mule: TYLE ZA ILE, ILE ZA TYLE!!!

A ile tyle? W przodzie? Czy w tyle? Czy odpowiedzieć umiecie, dzieci? O tym co Piotruś dał rybie-pile Mówi nam rozdział następny. Trzeci!

Rozdział 3 Ryba-piła i z kim

Dawno, dawno temu żyła Ryba, którą zwano Piła Bo mieszkała śród odmętów W towarzystwie strasznych mętów:

Był tam węgorz - kawał drania, Był i wampir - pan Pirania, Był tam leszcz co żarł dzień cały, Był też krąpik (ale mały),

Była świnka oraz brzana, Była certa (dość cacana), Był pan szczupak - mistrz przekąsek Jak i sum z sumiastym wąsem

I lin był - jak lina długi, Były dorsze i płastugi Jak i rekin wielce śliski... I moczyli wszyscy pyski.

Nic dziwnego: pośród toni Widać wszystko jak na dłoni. Kto z kim, kiedy i za ile, Kto ma w nosie, a kto w tyle.

Widać było, która flądra Głupia jest, a która mądra. Widać było kto kochany Jest. Kto w gaciach ma banany.

I tak dalej... Tak więc wszyscy - I dalecy, i ci bliscy - Karpie, rapy oraz śledzie Chlali wódę ile wlezie.

Nawet sama wielka orka Lała wódę do otworka Zwyczajnego, normalnego; Ot - po prostu - gębowego.

Wśród owego towarzystwa Apetyczna niczym glista Wyróżniała się rybeńka O imieniu wdzięcznym: Steńka,

Która w nocy oraz we dnie Wciąż sączyła piwsko przednie Jak i bełty, i winiaki, Bimber, żyto i koniaki,

Więc pływała wciąż zygzakiem - Co opilstwa jawnym znakiem Było. Tak jak żyła, Tak ją zwano: Ryba-Piła.

Lecz do rzeczy: na śniadanko Picek mleczko zjadł z owsianką I od stołu w Unimorze Wstał, by spacer mieć na dworze.

Słonko grzało bardzo cudnie Gdyż zbliżało się południe, A jeziora srebrne wody Zachęcały do przygody.

Siadł na brzegu Piotruś sobie I tak myśli: "Co ja robię? Miast opalać w słonku ryja Chyba wezmę kawał kija,

Wezmę sznurek, haczyk stary I zapuszczę się w szuwary Tam gdzie woda o brzeg chlapie. Dziś na pewno rybkę złapię."

Jak powiedział - tak uczynił; Błotem krzynę się uświnił (Co dodało mu urody) I zapuścił wędkę w wody.

Czeka - studnia. Spławik stoi Niczym palant śród pokoi I drgnąć nie chce. A to plama! Zawiedziona będzie mama

Gdy się rybki nie przyniesie. I wieść takoż się rozniesie, Że nasz Picek - stary piernik I jest dupa, nie taternik,

Znaczy się: wędkarz do kitu... "Tak... tu trzeba nieco sprytu... Cóż, robaki niezbyt świeże..." Więc do buzi glizdę bierze,

A ta, ożywiona śliną I języka trampoliną W gębie wije się jak fryga, Pada w dół, i w górę dźwiga

W podniebienie, jak ten taran: Nie rosówa to, lecz baran! Mruczy Piotruś: "Toś ty taka?" I zakłada ją na haka.

Branie! Ciągnie! Pośród chaszczy Widać zarys wielkiej paszczy. Nos czerwony, głośno sapie I pół litra trzyma w łapie.

Piotruś wkurzył się okropnie I jak rybę w tyłek kopnie! Jak jej z boku nie dosoli! Ryba w krzyk: "Ratunku! Boli!!!"

Na co Piotruś: "Zapamiętaj: W dzień powszedni i od święta Gdy zalewasz mordę w trupa Musi potem boleć dupa

Bo nie lubię gdy ktoś chleje Czy pogoda, czy deszcz leje." Poczym kopnął rybę w zadek I popędził na obiadek.

Rozdział 4 Szczęki borucińskie

Wśród półmisków i talerzy Piotruś wsuwał jak należy Zupkę, ciastko, i ziemniaczki, Suróweczkę, udko z kaczki,

Dwie marchewki, rybkę z puszki, Dżemik, kremik, cztery gruszki, A na końcu całą krówkę I na deser zjadł rosówkę.

Sapnął. Beknął w stronę słonka I głośnego puścił bąka, Który wzbił się z gromkim zgrzytem By zawisnąć pod sufitem,

Skąd zagazowane trupy Much spadały prosto w zupy Gości. Goście jakoś gładko Pochłaniali zupy z wkładką,

Aż tu nagle w środku sali Szum się zrobił. Wszyscy wstali By zobaczyć cud prawdziwy; Chłopcy wstali, wstały dziwy,

Wstały panny i dziewoje, Wstały girls'y, wstali boy'e, Wstali duzi, wstali mali I w gar zupy wzrok wbijali.

W garze z zupą coś pływało, Bulgotało i stękało, A gdzie zwykle tkwi chochelka W krąg pływała płetwa wielka.

Kucharz zbladł i wziął widelca By nim dziabnąć w grzbiet diabelca Co mu w zupie pływał zwinnie Jako deszczyk pływa w rynnie.

Zwierzę z zupy miało jeszcze Mniejszą płetwę (tak jak leszcze), Nos szpiczasty chociaż płaski, Na czole zaś szare paski,

A wśród rozdziawionej gęby Lśniły groźne, ostre zęby (Których zwykle paszcza mieści Sztuków jeden i czterdzieści)

(Tu komentarz się wymyka: Choć do dupy gramatyka Lecz z poezji wszak wynika Ta licentia poetica.)

Potwór rozwarł swoją paszczę (Pośród paszczy język mlaszcze Jak ten kotek nad serwatką) I kucharza połknął gładko,

A następnie kaszalota, Morską świnkę oraz kota, Trzy precelki, starszą damę, Szczurosmyka, jego mamę,

Kapcia, buta, dwie sznurówki, Półlitrówkę i parówki, Lampę, korek i rozporek, A na deser zaś szczypiorek,

Oraz trzy drewniane schodki, By zakończyć łyżką 'sodki'. Gdy mu głośno się odbiło, Ciut zrobiło się niemiło

A następnie - cóż za gratka - Zaczął zwolna wtrząchać dziadka Co odwiedzić przybył syna Do wsi pięknej - Borucina.

Dziadek wkurzył się okropnie: "Niech tę rybę kaczka kopnie! Nie dam zjeść się, jakem dziadek Rekinowi na obiadek!"

Poczym wsadził w gębę rękę I wyciągnął sztuczną szczękę Czym podziwu wzbudził jęki: W zupie były CZTERY SZCZĘKI!!!

Rekin widząc szczęki w zupie Zawył z bólu: "Mam je w DUUUUPIE!!!" (Bo tam właśnie, Picku miły, Szczęki dziadka mu się wpiły).

No i rekin trzasnął, kwiknął, Ryknął, psiknął no i zniknął. Wtedy się podniosły głosy Sławiąc dziadka pod niebiosy

Wielkie mu składając dzięki Za tę zupę z sztucznej szczęki. A nas Piotruś? Poprzez spodnie Nadal bączył se swobodnie.

Rozdział 5 Ośmiorniczka (czyli odcinek dla świnek)

Kiedy jeziora wody burzą się od burzy, A fala goniąc falę o brzeg głośno chlupie Stał wśród drzew oraz krzewów ośrodek nieduży. W nim mieszkał Picek mały, i miał wszystko w dupie.

Spoglądał na świat cały ze zdumieniem wielkim, Jakąż dziwną istotą jest Matka Natura Bo przecie jest różnica między gadem wszelkim: Inaczej śledź wygląda, a inaczej kura,

Inaczej kamień lata, inaczej babądek, Inaczej pływa żaba, a inaczej glizda, Inaczej widać chaos, inaczej porządek, Inaczej leje deszczyk, a inaczej pani.

A wśród dziwów przyrody, tych żeńskich i męskich, Śród niebiańskich przestworzy i śród bagien błotnych Niewiele jest żywiątek prawdziwie zwycięskich I niewiele żywiątek myślą własną lotnych.

Aczkolwiek pośród wszystkich gadzin i potworków Było jedno stworzenie wyjątkowo śliczne: Pełne przyssawek, macek i różnych otworków Z balonikowym łebkiem. Bardzo, bardzo apetyczne.

Znano je w świecie całym: i w Polszcze i w Rusi Imię jej było ryte na z gliny tabliczkach; Anglicy zwali to-to zwykle 'Octopussy' (Co po polsku brzmi równie ślicznie 'ośmio-piczka').

Lecz dla naszej wygody i aby dziewicom Uszu słowem wulgarnym a grubym nie chłostać, Nazwijmy stwora owego krótko 'ośmiornicą' Co w jakiś sposób odda charakter i postać.

Siedziała se na brzegu wśród krzaków i trawek Wygrzewając na słonku swą okrutną gębę, Mackami wymachując pełnymi przyssawek I błyskając wokoło jednym złotym zębem.

Picek właśnie odbywał spacer poobiedni Idąc brzegiem jeziora, rzucając kamyczki, Które w odmęt wpadając - chlup czyniły przedni, Gdy przypadkiem nadepnął ramię ośmiorniczki.

Ta wrzasnęła. Ryk bólu w koło się potoczył Niczym grom, co z jasnego nieba się odzywa, Niczym blask błyskawicy co oślepia oczy, Niczym pierd, gdy po grochu napijesz się piwa

Picek zamarł ze strachu. Ośmiornicy takiej Nigdy przedtem nie widział nawet na obrazku, Ani nawet na widłach produkcji OTAKE, A na pewno nie słyszał tak strasznego wrzasku…

Więc wziął szmatę do garści i wskoczył na łódkę By mieć lepszego cela… Miotnął szmatą w paszczę Gadziny, poczym zamknął mordę jej na kłódkę I rzekł: "Poczekaj, honey, teraz cię pogłaszczę

Nożykiem i widelcem!" (Wszyscy przecież wiecie Że ośmiornica w kuchni wielkim jest przysmakiem I takąż konsumują w całym wielkim świecie Zagryzając bułeczką posypaną makiem).

Ośmiornica pobladła. Nigdy wcześniej sama Nie doznała tak wielkiej, straszliwej obrazy! Miauknęła więc przez szmatę przeraźliwie: "MAMAAAAAA!!!!!" I dodała dwa jeszcze wulgarne wyrazy.

Picek spojrzał z pogardą: "Ty wstrętna tchórzyco! Taka duża, a boi się dziecka małego! Chyba kopnę cię w zadek, a może i w lico, Że będziesz łkała z bólu do rana białego!"

Jak powiedział, tak zrobił. A kop niszczycielsko Dotarł do części ciała gdzie się zwykle siedzi, Aż spazm bólu przepłynął ośmiornicy cielsko Jak ławica węgorzy czy też innych śledzi.

Picek kopnął ponownie, mierząc prosto w gębę, By nauczyć potwora respektu do siły I rozkwasił ohydzie mordę z złotym zębem (Widok, zapewniam wszystkich, niezbyt był to miły).

Następnie wziął gadzinę za dwie długie macki I zrobił jej rzecz taką, że aż wstyd powiedzieć. (O świństwach takich często pisuje Nienacki I z lektur jego książek możesz się dowiedzieć).

Tak spełniwszy sumiennie rzecz do końca całą, Ośmiorniczkę rączkami drobnymi zadusił, Poczym opromieniony potęgą i chwałą Poszedł to opowiedzieć kochanej mamusi.

Rozdział 6 O kaszalocie co się taplał w błocie

W wodach naszego jeziorka Gdzie mieszka szczupak i orka Tam gdzie są szuwary Mieszkał kaszalot stary Co się urodził we Tworkach.

Miał metrów chyba trzydzieści, Pysk wyjątkowo niewieści, A jak na takiego co żre glisty Był wyjątkowo zwalisty - Rzecz, co się w pale nie mieści!

Zbierał rosówki po rosie, Jadł w ogórkowym je sosie, Który popijał herbatką, Przegryzał pietruszki natką I wszystko poza tym miał w nosie.

Wieczorem siadywał w oknie, Patrząc jak wszystko w krąg moknie, Bo przecież mieszkał w jeziorze A nie jak inni na dworze, Więc bekał przy tym okropnie.

Na świat cały patrzył był krzywo Jakby uliczną był dziwą I z tego właśnie powodu Unikał słodkiego miodu (Tym bardziej że zwykle chlał piwo).

Miał ciocię aż w Ameryce Która też żarła dżdżownice. Miała na zębie koronę, Pijała sodę z burbonem, I miała biust jak donice.

Kupował wszystko w sklepiku Gdzie ludzi było bez liku: Gdy wchodził do środka z wielbłądem, Przerażał wszystkich wyglądem Swej gęby. No i po krzyku!

Pływał jak zwykła niezdara Że aż rozśmieszał komara, A że to wszystkich rozbawia Znienacka puszczał też pawia: Taka to była poczwara.

Lubił, nie wiedzieć dlaczego, Piotrusia - Pickiem zwanego - I chociaż raz w mglisty ranek Przynosił piw parę szklanek I mówił do niego "Kolego".

Gdy pływał między rybami (Wszak widzieliście to sami!!!) Płetwami wielce falował Jak nieco sflaczała sowa I puszczał fontanny uszami.

A gdy wiódł z kimś pogawędkę, Odkręcał z flaszki zakrętkę, Wypijał pół basa I ryczał "HOPSASA!!!" I łowił rosówki na wędkę.

Czasami zaś dla kawału Na brzuchu pływał pomału, Lub brał łuk w fiszbiny I rżnąc głupie miny Składał się z łuku do strzału…

Wszystkie płastugi i flądry Myślały, że strasznie jest mądry A on był, mój ty drogi, Tak jak but z lewej nogi I durny, i wielce przesądny.

Gdy chodził na spacer gdzieś po dnie To by mu było wygodnie Zakładał haleczki, Biustonosz, majteczki, A na to wszystko też spodnie.

Gdy dzionek zaś bywał pochmurny Zakładał jeszcze koturny… Tu kończę historię By wesprzeć teorię Że wiersz ten czasami jest durny…

Rozdział 7 Jak samogłów z barakudą obrobili kiosk z wódą

Gdzieś, w samej dolnej głębi jeziora, Kędy muł tylko i dno nad dnami Żyła raz kiedyś straszna potwora, Ż wyłupiastymi wielce oczami.

Łbisko olbrzymie jak bania wielka Oczka wielgachne oraz przepite, Malutkie płetwy, malutkie skrzelka, Pysk zły i tępy, zwłaszcza przed świtem.

Ponieważ stwór ten miał jeszcze ryło I więcej nic już (oprócz ogona) Nic w tym dziwnego zatem nie było Że nie kochała go żadna żona;

Znaczy się żadna - gdyby miał żonę, Lecz która-ż ryba by go zechciała: Łbisko miał przecież tak powiększone, Że nie zostało miejsca dla ciała!!!

Spytajcie zresztą każdej kobity, I każda na to chętnie odpowie Czy mieć by chciała męża bez pyty, I wszystkie członki miał jeno w głowie,

A na dodatek w tej wielkiej glacy Móżdżek miał mały… ot, taki tyci… Malutki niczym ciastko na tacy, Malutki jak zza krzaka pół rzyci…

Oto, Panowie, problem nie nowy: Kiedy sam ważysz prawie dwie tony, A mózg posiadasz czterogramowy, To gdzie masz szukać, u diabła, żony?

Pewnej deszczowej w lipcu niedzieli (był to bodajże dwudziesty pierwszy) Samogłów zwolna zwlókł się z pościeli, Twarz oblekając w uśmiech najszczerszy.

Wiedział że deszcz ten oraz wietrzysko Zapowiadają niechybnie nudę… Ziewnął i kłapnął i na to wszystko Spojrzeniem rzucił na… barakudę.

Cóż to, ach, cóż to ta barakuda? Ryba, acz potwór powszechnie znany, Długa i zwinna, silna paskuda Przed którą mdleją płotki i brzany.

Istny morderca, kształtu szczupaka, Przy którym każda ryba się chowa Dając na widok z miejsca drapaka… Każda, z wyjątkiem imć samogłowa!

Byli to kumple, wręcz przyjaciele Jak Szarik z czołgiem imieniem 'Rudy", Którzy wypili razem piw wiele (nie wspominając o morzu wódy).

Często wracając z knajpy nad ranem, Gdy zobaczyli w łodziach dzierlatki, Samogłów w burty walił taranem, A barakuda gryzł je w pośladki

('Je' tu oznacza owe panienki, Co wypływały na wody łódką, A straszne żywcem zjadanych jęki Potężnie brzmiały, aczkolwiek krótko).

Lecz jak wiadomo, we wszystkie święta w obu Raduńskich pięknych jeziorach Każda gospoda bywa zamknięta W porannych, dziennych, wieczornych porach.

Tak i w dzień owy, w ten dzień lipcowy - Posłuchaj dobrze słuchaczu mały - Ni barakudy, ni samogłowy Nie mogły dostać nigdzie gorzały.

Lecz barakuda znał gdzieś melinę W pobliskiej wiosce, gdzie można było (Wioska się zwała… no… jak? Łączynem!!!) Za kilka groszy też zalać ryło.

Ale w melinie ciemno i głucho… Więc się włamali do niej od tyłu I mogli w miejscu gdzie było sucho Dać się zawilżyć suchemu ryłu.

Lecz mieli pecha. Oto na trawie Stał mały Picek niby na skale… A co się stało w tej właśnie sprawie Przeczytać, proszę, w ósmym Rozdziale:

Rozdział 8 Jak Picek robił kawały - wiersz biały

Być może w dniu takowym też coś się zdarzyło Lecz poprzez mgłę i deszczyk nic widać nie było

Rozdział 9 Jaki Piotruś z Łukaszem jedli razem kaszę

Pada z nieba deszczyk blady na pola i łąki, Zakwitają wszędzie kwiaty i bąkają bąki. Deszczyk z nieba pokapuje, lub leje jak licho, Wiatr zawiewa z lewa, prawa, a za chwilę cicho... Fala ściga druga falę, jezioro jak morze; Wszyscy siedzą w ciepłym domku jak w stawie węgorze. Picek siedzi w okieneczku, patrzy jak świat cały Przemoczony, przemęczony i od deszczu biały. Deszczyk z nieba siąpu-siąpi, moczy trawkę, drzewko... Moczą gęby w szklance wina Tadźka z żoną Ewką. Kapu-kapu z ciemnej chmurki moczy okna, sciany; Wuja Mnieciu nic nie pisze, bo też jest zalany... Siąpi-siąpi sobie deszczyk na owieczkę... krówkę... Cioci Krysia śpi, trzymając pustą półlitrówkę. Siku-siku deszczyk robi prosto do kałuży... A pod płotkiem leżą spici z Pafką - Piotruś duży. Z nieba, z chmurki deszczyk siurka, wszystko w deszczu moknie... Łukasz rąbnął szklankę wódki i czka przeokropnie. Moknie w deszczu ogóreczek, moknie w deszczu dynia... Ino Picek siedzi w oknie trzeźwy jak ta świnia!!! Lecą mokre liście z drzewa, wiatr gałęźmi buja... Ta pogoda, myśli Picek, leci z nami wszyscy wiedzą w co! Pic wygląda przez okienko, gdzie się podział Łukasz. Pyta Mama słabym głosem: "Czego Picku szukasz?" Tatuś leży owinięty w dwa wełniane koce: "Czego szukasz, Picku luby?" - pod kocem bełkoce. "Ja Łukasza szukam wszędy" - mówi Picek na to, "Czyż nie wiecie, gdzie się podział, Mamo ma i Tato? Wszak polować miał dziś ze mną wraz na wieloryby; Poszedł'ż przynieść na zanętę z robakami grzyby? Poszedł'ż po sól, by nasypać rybom na ogonki? Poszedł'ż by na haczyk nadziać chlebka i tuszonki? Poszedł'ż by sam ryby łowić? Taki'ż byłby chitry? Może polazł, by z Natalką obalić pół litry?" (Wiem... wiem... 'LITRA' być powinno czytelnicy mili, Lecz 'pół litry' konsumujesz w pięknej Galicyi!!!) Petrus dixit: "Ach, pamiętam!!!Wszak miałem z Łukaszem Dziś na obiadkonsumować, suponuję, kaszę! Superlapsarianistycznie - cóż za piękne słowo!!! - Kaszkę wsunąć w swoje trzewia ad libes, ab ovo!" Tato, słysząc takie dictum i verbum nobile Poczuł, że się czuje głupio i w przodzie i w tyle; Mama zaś pobladła nieco na to memorandum Czując, że tak być już może ad mortus usrandum; Bowiem póki nie wypełznie znowu słonko ślicznie Pickowi zostanie w mózgu fixum lingwistyczne, Które będzie kapać z uściech niby z sosny szyszki... Chyba lepiej mieć delirkę i wpierniczać myszki, Białe. A że myśl okropna, Ewcia trochę zbladła I pół litry bez zagrychy wypiła. I padła. Na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
ZIELONA PŁETWA, czyli Szczęki Borucińskie — czytnik · opowiadania