Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Środowisko · 15 min czytania

Zielona Szkoła 2000

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}Od razu i z ręką na sercu informuję, że jakakolwiek drobna nieścisłość nie jest zamierzona i wynika z zawodnej pamięci człowieka. {/i}

{b}Dzień pierwszy - 4 maja 2000 {/b} O 8.00 mamy odjeżdżać, nie ma ani PO ani autokaru. 8.10 - materializuje się PO , 8.12 - podjeżdża autokar. Manewruje miedzy uczniami, rodzicami, opiekunami, bagażem, samochodami, śmietnikiem a szkołą. Nareszcie stanął. Do bagażnika cisną się tłumy. Pozbyć się toreb i plecaków. Mój na końcu. Nie ma dla niego miejsca. Kierowca otwiera zamknięty już schowek. Mieści się. Wchodzę do środka, wszystkie miejsca zajęte. O, tu wolne. Obok Wery , to dobrze, ona jest stosunkowo sympatyczna. Nie chce umieścić swoich toreb na półce, czekam. Interweniuje PO. Mamy odjeżdżać. Zbiorowe machanie. Włączają telewizor. Jedynka, Dwójka, WOT, chyba Polsat. 8.25 - ruszamy. Włączają "góroli". Śpiewy, tańce, godzina męki. Wera, Magda i Marta R. (te dwie ostatnie siedzą za nami) gadają, ja patrzę przez okno. Przystanek. WC, cola, śniadanie, spacer - co kto woli. Wychodzimy. Trzeba. Do toalety wolę nie chodzić. Słusznie. Żarcie w sklepie za drogie, zresztą mam swoje. Spacer po piachu mi nie odpowiada. Do autokaru. Uff, wreszcie odjeżdżamy. Około 12.45 jesteśmy na miejscu. Czekamy 45 minut w autokarze. Nie wolno wychodzić dopóki nie rozpoznamy terenu. Gorąco, duszno. Tak zwana pogadanka o BHP. Mamy się przystosować do grupy. Wreszcie R. przychodzi. Można wyjść. Bierzemy torby i idziemy. Piękne domki. Trzy czy cztery są dla nas. W każdym mieści się 10 osób, więc chyba cztery. Problemy przy rozmieszczeniu. Ja mam być w pokoju z Moniką siostrą Michała . Bardzo podobni, niestety. Rozpakowujemy się. Monika po chwili wychodzi. Dobrze. Za 15 pierwsza - zbiórka na obiad. Siedzę przy stoliku z Magdą, Martą R. i Werą. Obiad trujący. Wolne. Szukam telefonu. Rozmagnetyzowała mi się setka. Nieużywana. Karty nikt mi nie pożyczy, nawet nie muszę pytać. Kiedy pakowałam coś do szafy na ubrania, ciężkie, suwane drzwi po prostu wyszły z zawiasów. Odstawiłam je na bok. Kolacja. Placki ziemniaczane. Tłuste, ohydne. Zaraz po kolacji - zwiedzanie terenu. Idziemy nad jezioro. Wszędzie ogrodzone. W końcu wolno gdzieś wejść. Gośka płacze. Wychowawczynie ciągle mówią, że jak komuś się nie podoba - to do domu. Wróciłabym - choćby tylko z tego powodu. Siadamy na trawie, deskach, drzewie. Rozmawiam z Mirkiem. Jak zwykle "masz chłopaka?", "podoba ci się ktoś z naszej klasy?". Zawsze "z naszej klasy?". Nigdy "w ogóle". Wracamy. Teren prywatny. Wcześnie idę się kąpać. Błąd. Leżę w łóżku (nie można zamknąć drzwi, bo przecież "jesteśmy rodziną") wpadają chłopcy, śmieją się. Zakładam sweter i spodnie, wychodzę na dwór. Po chwili podbiegają do mnie ci z szóstej. Jeden z nich mi się oświadcza. Tłumaczę mu, że nie jest w moim typie. Podrywacz i czterech innych rzucają się na mnie, udają że chcą mnie zgwałcić. Ja udaję, że się bronię: jednego z nich kopię, drugiego drapię. Puszczają. Idę do domku. Monika pożyczyła "KALIBER 44[/i]Gorsze niż Disco Polo. Trochę czytam. Jedyną książką, jaką wzięłam, jest "Tęsknota". Smutna. Stwierdzam, że, tak jak Dolg, jestem samotna wśród ludzi. Idę spać.

{b}Dzień drugi - 5 maja 2000 {/b} Rozwalił mi się "odkomarzacz" . Super!!! Naprawiam drzwi. Po śniadaniu jedziemy do Olsztynka, ściśle - do skansenu. Ciekawy, choć ciągle uderzam głową w futrynę. Wchodzimy do wiatraka, stuletnie drewniane schody chodzą pod nami. Później jedziemy do centrum. Rynek. Trafiam do księgarni. Kupuję Całe zdanie nieboszczyka. 300 stron. Do kiosku; może będzie jakieś pismo. Pisma nie ma, znajduję za to 3 tomy Opowieści Margit Sandemo zapakowane w kosmetyczkę. Wracam do autokaru. Jestem rarogiem. 20 stron w 15 minut - nikt tak nie umie. Nie, nie chodziłam na kursy. Na obiad kartofle, buraki i wołowina krojona wzdłuż włókien. Świństwo!!! Ten podrapany ciągle za mną łazi - ponoć uszkodziłam mu ucho. Wieczorem zapraszają mnie koleżanki - mam je narysować. Rysuję Werę - niemożliwe, Martę R. - od razu i Maćka z 8b - ze zdjęcia, wyszedł jak Mietek Szcześniak. Wyszłam od nich z pokoju po 23. Czekała mnie niespodzianka: Monika poinformowała mnie, że dziś śpi u Olgi i Karoliny. Super! Przeczytałam przedostatnią książkę i poszłam spać.

{b}Dzień trzeci - 6 maja 2000 {/b} Zaraz po niejadalnym śniadaniu wycieczka całodniowa do (przynajmniej tak jest w planie) Malborka i Fromborka - zwiedzanie zamków krzyżackich i planetarium. W autokarze kończę ostatnią książkę i patrzę przez okno. Jedziemy dłużej niż z Warszawy. Nareszcie dojechaliśmy. Jesteśmy w Malborku. Wszyscy chcą do toalety. Po złotówce. PO płaci za nas. Pani, która nas obsługiwała (swoją drogą biedna, tyle czasu w toalecie) mówi, że niczego nie brakuje. Rzeczywiście, jest i kibel, i papier, i mydło w pojemniku, i ręczniki papierowe, i wielka glista na podłodze. Pani nas pogania: "szybko się myć, wycierać i wychodzić, inni czekają." To chyba jedyne, co umie powiedzieć, poza "naprawdę czyste, niczego nie brakuje". Mnie też wypędza, mimo że jestem ostatnia. Przychodzi po nas przewodniczka, pani Halina Chuda (hmm...), naprawdę miła. Oprowadza nas szybko, mówi krótko, ale ciekawie. Robi nam przerwę na zdjęcia. PO pstryka kolejne fotki całej grupie coraz to nowym aparatem. Wreszcie wstajemy. Można zwiedzać dalej. Biżuteria z bursztynu, owady w bursztynie. Co chwila ktoś dotyka szyby, wtedy rozlega się przenikliwy pisk. Kolejna wystawa. Dla chłopaków. BROŃ!!! Juppi-ja! Szable, miecze, pałki, topory, kolczugi, kirysy, karabele, rapiery, broń obusieczna, oburęczna, zbroja husarska, strzelby, zamki skałkowe... Super! Razem z nami w salce jest jeszcze jedna wycieczka, tamten przewodnik gada i gada, brr! Zwiedzamy dalej. Kuchnia, lochy... Koniec. We Fromborku nie byliśmy. Nie było czasu. Wprawdzie jeszcze przed wejściem do zamku wychowawczynie próbowały nam wmawiać, że nie było go w planie, ale szczęśliwie jeden z szóstoklasistów miał ze sobą starannie napisaną kartkę z informacjami, co danego dnia będziemy robić. Natychmiastowa zmiana tłumaczeń. Pani R. pisała plan w szkole i koleżanka zaproponowała Frombork, bo blisko... R. nie miała pojęcia, że z Mazur nad morze jest tak daleko. Widać nie miała też mapy. "A w ogóle" - dowiadujemy się po chwili - "plan jest dla rodziców, żeby widzieli, że mamy zorganizowany dzień a my nie możemy się go ślepo trzymać." Nie będę głośno mówić, co o tym myślę... Jedziemy do ośrodka na kolację. Przyjechała Marta F. Cała ósma klasa przychodzi ją przywitać. Mnie nikt nie zaprasza, choć mieszkamy drzwi w drzwi. Wieczorem wołają mnie Monika, Olga i Karolina. Wszystkie już w łóżku - jednym, ciekawe jak im może być wygodnie? - proszą mnie o opowiedzenie treści książki "tej ze zboczonymi obrazkami". Pięknie, na okładce całuje się jakaś nie mająca żadnego związku z treścią para, w środku ilustracji nie ma. Opowiadam. Dziewczyny ciągle przeszkadzają, pytają "czy on ją...". Sama książka ich nie interesuje, kończę więc czym prędzej. Szkoda, że nie wzięłam Demona Nocy. Miałyby używanie!

{b}Dzień czwarty - 7 maja 2000 {/b} Zaraz po śniadaniu - na plażę. Żar, skwar, spiekota. Obok mnie, w prostej linii, siedzą ludzie z mojej klasy: Michał, Monika, Gośka i Mirek. Goszydło pyta mnie czy z kimś chodzę. Mam dosyć tych ciągłych pytań, więc mówię, że tak. Szok! Jak ma na imię? Marek (sorry, Marco !). Sypią się pytania o pocałunki, wiek, szkołę... W co ja się wplątałam - zadałam sobie to pytanie dziś po raz pierwszy, i - jak się później okazało - nie ostatni. Spiekłam się - nic dziwnego, bo

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zielona Szkoła 2000 — czytnik · opowiadania