Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 6 min czytania

Zielony bilet

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wreszcie go dostałam, zielony bilet, zaproszenie od byłego kochanka. Długo czekałam…

W świecie, w którym same pizdy i chuje, on jeden był prawdziwym mężczyzną. Potrafił uczynić mnie królową, przenosił na rękach przez błotniste kałuże, czyścił buty, obsypywał kwiatami. Szalał za mną dniem i nocą, wraz z brzaskiem jutrzenki witał radośnie. Pieprzył mnie tak jak chciałam. W pozycji najdoskonalszej, iż sprawiała jednocześnie ból i nieskończoną przyjemność. Rozkosz niesie w sobie ból, on jest jej nieodłącznym składnikiem.

Nasze noce były za krótkie, dni trwały zbyt długo. Aż kiedyś odszedł, znikł, przepadł bez wieści. Przestały przychodzić zielone bilety. Ten ostatni trzymałam w ręku trzy lata temu.

*****

Bez namysłu spakowałam mały plecak i wyruszyłam w podróż do mojego Zorro.

Droga, dawniej prosta i świetlista, od początku wydała mi się zupełnie inna. Ciemna i zagmatwana. Płot wzdłuż, którego niegdyś wędrowałam, zmurszał. Sztachety pozieleniały od wilgoci, niektóre od strony północnej pokryły się nawet mchem. Nie przenikała przez nie jasność dnia, ani błękit nieba. Tylko ciemna poświata dawała nikłe światło.

Ścieżynka dawniej szeroka i pozwalająca na swobodny marsz stała się dziwnie wąska. Spojrzałam w dół i nagle zobaczyłam głęboki wąwóz, którego tam wcześniej nie było. Spadłabym na pewno idąc dalej, sama więc zdecydowałam, że bezpieczniej będzie się zsunąć trzymając sztachetek w płocie. Palce ślizgały się po wilgotnych deskach, zsuwając z wyższego poziomu na niższy. Nie rozumiałam jakim cudem płot stał się wysoki jak wieżowiec, z przęsłami imitującymi piętra. Poranione palce krwawiły, zadry wbijały się głęboko pod skórę. Czułam ból, a jednocześnie narastający niepokój.

Na dole czekała mnie rwąca rzeka. Kolejny element krajobrazu, którego tutaj wcześniej nie było. Skąd się wzięła? Czy po gwałtownej burzy lub powodzi nieznana mi rzeka zmieniła koryto?

Przeszłam kawałek stromym brzegiem. Rzeka poszerzała się, poprzez wezbrany nurt nie widziałam dna. Musiało być głęboko. Wróciłam, by poszukać wąziny, miejsca przez które mogłabym przeskoczyć. Wkrótce znalazłam i przeskoczyłam, łapiąc się wysokich szuwarów po drugiej stronie. Brudna, ubłocona, podrapana szukałam miejsca, gdzie przez chwilę mogłabym odpocząć.

Zauważyłam wąski przesmyk, który spokojnym nurtem odchodził od rzeki i łączył się jeziorem. Pochyliłam się, by umyć dłonie. Nagle z wody zaatakowały mnie krwiożercze piranie. Ledwo zdążyłam uskoczyć i ratować się ucieczką.

Jezioro, ostatni etap przed przystanią. A tam miał już czekać Zorro, mój wytęskniony Zorro.

Zamiast promu, przycumowana do brzegu kołysała się tratwa. Stanęłam obok niepewnie. Po chwili pojawił się ktoś wysoki,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%