Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 33 min czytania

Zielony Rycerz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zielony Rycerz

Jest na świecie miasto wewnątrz miasta. Część nie mieszcząca się w całości. Miejsce przystające do miejsca, a oddzielone otchłanią. Opowiem wam o nim. Rubież rz. ż , LM –e 1. Część kraju znajdująca się na granicy jego terytorium, teren przygraniczny. 2. Wytwór Rozłamu 2017r. Dzielnice orbitujące Megamiast, utrzymywane z funduszy socjalnych państw, patrz Socjolokal. - Słownik Języka Polskiego 2022

Hybrydowa taksówka minęła punkt kontrolny przy bramie południowej. Taksówkarz otworzył okno i przystawił laminowaną kartę legitymacji do zroszonego ostrym deszczem czytnika. Funkcjonariusze policji, pełniący tej nocy służbę na murach, obserwowali jak pojazd wślizguje się do rubieży na drugim biegu. Kierowca zasunął szybę i wyłączył radio. Mimo iż ulice Rubieży 17, podobnie jak w większości Socjolokali, były niemal nie oświetlone. Taksówkarz zdecydował się wyłączyć światła długie, zdając się jedynie na iluminację podwozia. Pojazd sunął powoli, mijając stare pojazdy zaparkowane przy brudnych chodnikach jakieś piętnaście lat temu. Taksówka skradała się na miękkich oponach pomiędzy rozsypującymi się blokami z wielkiej płyty. Przemykała od latarni do latarni, zatrzymując się przy skrzyżowaniach, jakby kierowca nie był pewien dokąd chce jechać. Napęd hybrydowy był cichy, wielkomiejskie taksówki były dodatkowo wyciszane na potrzeby przepisów o audio porządku miejskim. Mimo wszystko pojazd rozbrzmiewał pomrukiem silnika na niskich obrotach. W niektórych oknach zapaliło się światło, ciemne sylwetki wyrosły nad parapetami by przyjrzeć się gościom. - Panie! Dowieziesz nas tam dzisiaj? – młodzik w garniturze za cztery wypłaty taksówkarza trzymał palec na klawiszu komunikatora, który łączył kabinę pasażerów z szoferką. Taksówkarz słyszał chichot dwóch dziewczyn i niewybredne żarty drugiego japiszona na temat miejscowej architektury. – Zgubiłeś się czy co? A licznik pewnie idzie!? Taksówkarz wytarł pot z czoła. Dzieciak miał rację, nie miał pojęcia dokąd jechać. Komputer nawigacyjny nie miał w pamięci układu ulic rubieży. Żaden klient korporacji nigdy nie chciał odwiedzać tej części miasta. Gdyby włączył lampy mógłby kierować się resztkami ocalałej przed wandalizmem informacji miejskiej. Mimo wszystko wolał nie zwracać na siebie więcej uwagi. Tyle się słyszy o… - Człowieku do cholery w prawo czy w lewo?! – garnitur nie dawał za wygraną. – Jeśli spóźnimy się na ten koncert, mój ojciec porozmawia sobie z twoim przełożonym i zamiast ludzi będziesz woził kijki do nordic walkingu za moim starym! Trzask rozbijanego szkła eksplodował gdzieś w nocy. Blisko. Mimo deszczu i pracujących wycieraczek, kierowca słyszał go dość wyraźnie, by stwierdzić, że dobiegł gdzieś z prawej strony pojazdu. Przycisnął klawisz komunikatora. - Wysiadać. Koniec trasy. – zakomunikował nerwowym głosem. - Chyba cie pojebało! – garnitur aż zaskrzeczał w głośniczku. – Na deszcz?! Nie jesteśmy na miejscu! Wieź nas do klubu bucu! - Wysiadać albo zgodnie z paragrafem bezpieczeństwa numer osiemdziesiąt pięć, dotyczącym nadrzędnego bezpieczeństwa pojazdu służbowego, zmuszony będę natychmiast zawrócić z kursu, z pasażerami lub bez nich… - recytowałby dalej gdyby drugi z garniturów nie przerwał połączenia wciskając przycisk po stronie pasażerów. Sprzężenie sprawiło, że oba głośniczki zaczęły wydawać z siebie drażniący pisk. Taksówkarz słyszał urwane piski i śmiech pijanych dziewczyn. - Dobra pieprz się bucu! Otwieraj drzwi! – młodzik wyszarpnął kom-kartę z gniazda. Urządzenie podziękowało mu za uiszczenie opłaty przewozowej. Cała czwórka opuściła taksówkę, drugi chłopak rozłożył czarny parasol, pod którym schroniły się dziewczyny w spódniczkach tak krótkich, jak długie były obcasy ich drogich szpilek. Taksówka ruszyła z miejsca. Kierowca nawrócił na skrzyżowaniu i ruszył w stronę południowej bramy. Jeden z chłopaków naciągnął kaptur swojej marynarki i pozdrowił odjeżdżającego taksówkarza środkowym palcem. Sięgnął do kieszeni po tablet. Światło ekraniku oblało jego twarz białą poświatą gdy wybierał menu ROJU. - Krzysiek. Popatrz na okna. Jebana barbarzyńcy gapią się jakbyśmy im mieli paczki z Reichu przynieść. Nie no nie mogę! – chłopak oddał parasol jednej z dziewczyn i sam zaczął szukać swojego tabletu. - Cholera! – ten w kapturze stukał w ekran urządzenia. – Nie mogę się połączyć z ROJEM. Edek wiedział gdzie jest ten klub. Mógłby śledzić nas na ROJU podczepiając się do mojego profilu i doprowadzić nas na miejsce. Serwis kurwa niedostępny! - Może zbanowali cię za filmik z mamą? – rudowłosa zapaliła papierosa i uśmiechnęła się bielą równych ząbków w ramie z czerwonych ust modelki. - Twój działa? – Krzysiek zapytał drugiego chłopaka, który teraz marszczył brew nad swoim urządzeniem. Najwyraźniej miał ten sam problem. Spróbował kilkakrotnie połączyć się z ROJEM. Na próżno. - Co jest kurwa?! Czemu to gówno nie działa?! – Krzysiek powstrzymał się przed roztrzaskaniem urządzenia o mokry, popękany asfalt. - Czwarty akt o bezpieczeństwie socjolokali. – głos dobiegł z zaułka po prawej stronie drogi. Wysoki i nieprzyjemnie szorstki, ale jednak męski. Cała czwórka odwrócił głowy w stronę siedzącego na ławce człowieka w plastikowej pelerynie przeciwdeszczowej. Jakim cudem wcześniej go nie spostrzegli? - Nie złapiecie niczego poza policją i pogotowiem. Rubieże są odcięte od sieci poza naziemnymi liniami. Na murze zainstalowali baterie rozpraszające sygnał sieci. Nie ma ROJU, nie ma pornoli i nie ma Doktora Homera. - Człowieku pytał cie ktoś? – garnitur Krzysiek rozsądnie schował drogi tablet do kieszeni marynarki. Dziewczyny stanęły za drugim, tęższym od Krzyska chłopakiem. Taksowały wzrokiem kolesia na ławce. Spostrzegły wystające spod płaszcza podarte spodnie i buty, które wyglądały jak wyciągnięte z kontenera EuroRatunku. - Pomyślałem, że jak wyjaśnię to i owo to poczęstujecie papierosem. – wzruszył ramionami. Zielony, plastikowy kaptur zasłaniał znaczną część twarzy poza źle utrzymaną i niemodną bródką. – Idziecie do klubu tak? - Weź gościu odbij! Nic ci do tego gdzie idziemy. Domino spróbuj skołować taryfę na tablecie. Odechciało mi się klubów i koncertów. Co za dziura, ja pierdole! Człowiek na ławce uniósł głowę by podrapać się po szyi. W świetle niedalekiej latarni zobaczyli, że pomimo zarostu, jest dosyć młody. Na pewno nie miał dwudziestu lat. - Mówię wam, że nie ma tutaj sieci. Możecie zadzwonić po gliniarzy albo pogotowie. Ci pierwsi przyjadą pod warunkiem, że zapali się kwartał. Ci drudzy jeśli udowodnisz im, że w rubieży wybuchła epidemia. Jeśli chcecie taksówkę, będziecie musieli skorzystać z linii naziemnej. Najprościej będzie jeśli zawrócicie i dojdziecie na posterunek przy bramie. Tam wasze tablety powinny działać bez zarzutu. – uśmiechnął się paskudnie do dziewczyn. – To co dostane tą fajkę? - Zostaw nas w spokoju! – czarnowłosa nie wytrzymała. – Zadzwonimy na policję! Chłopak w pelerynie zaśmiał się i splunął do kałuży, tworząc z gęstej śliny długi, obrzydliwy sopel. - Za fajkę powiem wam gdzie jest klub do którego chcecie wejść. – wstał z ławki i zaczął iść w ich stronę. Dziewczyny znowu zbliżyły się do mięśniaka Domino. Krzysiek wyjął ręce z kieszeni. Pożałował, że wpadł na pomysł wybrania się na koncert do rubieży. Powiedziano mu, że czytniki przy posterunku wykrywają wszystkie rodzaje sprzętu do samoobrony więc zostawił pieprzniczkę w internacie. Domino zachowywał spokój. Górował nad tym żulikiem o całą głowę i był znacznie szerszy. Dobrze skrojona marynarka dodawała mu kilka centymetrów w barach i klatce. - Skąd wiesz do, którego klubu chcemy iść? – zapytał z marsową miną. Liczył, że jego sztucznie przyciemnione okulary dopełnią wizerunku twardziela. - Mamy tylko jeden klub w rubieży. – znowu wzruszył ramionami schodząc z chodnika na jezdnię. – Jest jeszcze świetlica resocjalizacyjna ale tam jest tylko ping pong i stare filmy z Bruce Lee. W sumie to tam też jest naziemna linia sieci. Moglibyście się tam połączyć z tym waszym ROJEM. Biedne mróweczki stęsknione za swoim mrowiskiem i królowa mamunią. – zatrzymał się. - Domino przypieprz mu! – rudowłosa wyrzuciła niedopałek papierosa do kałuży. – Niech się odpieprzy i wracajmy do domu. Krzysiek nie daruję ci tego. Obiecałeś nam wrażenia, którymi moglibyśmy dzielić się na ROJU! Stoję tu na deszczu jak dziwka na ulicy! Jakiś palant puszcza mi oczka! Wracamy do domu! Kaśka chodź! – chwyciła czarnowłosą za rękę i obie ruszyły z powrotem ulicą. Już po dwóch krokach Kaśka złamała obcas w jednej z dziur. Zanim zdążyła zakląć usłyszeli głośny gwizd, a tuż po nim eksplozję. Młodzi w garniturach napięli się, Krzysiek do ucieczki, Domino do bitki. Chłopak w pelerynie tylko zagwizdał. - Fiu, fiu, fiu. A jednak będzie dym tej nocy. Rozpadało się dzisiaj to myślałem odpuszczą. - O czym ty gadasz menelu? – Domino, tracąc powoli pewność siebie zaczął wraz z Krzyśkiem przesuwać się w stronę dziewczyn. - Jeden z Chromzłomu, chłopców z Sektora 3, podpadł wczoraj na nocnej zmianie jednemu z Karmazynów z Sektora 1. Naczelnik spalarni zabronił bijatyk w zakładzie to chłopaki załatwiają sprawy na ulicy. Do klubu już nie zdążycie. Gliniarze pewnie też słyszeli petardę więc przez bramę też nie wyjdziecie dopóki wszystko się nie uspokoi. Świetlica jest zamknięta o tej porze, możecie spróbować w kościele… - Krzysiek chodźmy stąd! Tam na ulicy są jacyś goście! Idą tu! – rudowłosa trzymając Kaśkę pod rękę, przebierała nogami w miejscu wskazując ręką w kierunku następnego skrzyżowania. Jakieś trzysta metrów dalej, w świetle kolejnej działającej latarni, faktycznie zbierał się spory tłum mężczyzn. Szli ławą, całą szerokością jezdni i obu chodników. Niektórzy przeskakiwali po samochodach. Krzyczeli i wymachiwali pałkami, łańcuchami. Domino zdjął okulary by upewnić się, że to co widzi w rękach jednego z nich to naprawdę czarna chorągiew z wielką rozlana plamą czerwieni. - Oto właśnie Karmazyni. Sroka zebrał prawie cały Sektor 1 i 2. Jak ten, no. Agamemnon pod Troją. Ciekawe czy teraz też poszło o babę? Chromzłom ma wjebane. - Dlaczego stoicie?! Domino proszę cię uciekajmy! Krzysiek zabierzcie nas stąd! Biegnijmy do bramy! Dzwoń po policję! – dziewczyny piszczały wyraźnie wystraszone. Domino cofał się obserwując zbliżający się tłum. Krzysiek już mijał dziewczyny, przeskakując co większe kałuże. Chłopak w pelerynie chwycił barczystego garnitura za przegub. Domino jakby otrząsną się z szoku. - Nie dojdziecie do bramy. Wpakujecie się tylko na inną ekipę, a gliniarze was nie wypuszczą dopóki nie będzie spokój. Świetlica jest niedaleko. Wiem jak wejść do środka. Przesiedzicie do rana i po strachu. - Nie słuchaj go! – ruda krzyczała szarpana przez Kaśkę. – On chce cie okraść! Zaprowadzi nas do swoich koleżków i po nas! - Kurwa kobieto chce wam pomóc! Nawet nie wiecie którędy do bramy a tutaj zaraz będzie rozpierdol! Ciebie i koleżankę wydymają a tych dwóch tak dostanie po mordach, że się tatuś nie wypłaci u chirurga! - Zaczekajcie! – Domino zatrzymał się na środku jezdni. Deszcz dokumentnie zniszczył mu modną fryzurę, a teraz ściekał po przestraszonej twarzy. Dziewczyny rozglądały się dookoła kurczowo ściskając parasol i siebie nawzajem. Krzysiek klął skulony za starym mercedesem. - Zabierz nas do tej świetlicy. - Domino nawet nie wiemy co to za jeden! – ruda popadała już w histerię. Trzęsła się z zimna. Najwyraźniej jej podgrzewany kostium, czerpiący z wielkomiejskich przekaźników energii, nie funkcjonował na terenie rubieży. Tłum był już znacznie bliżej. Zmniejszyli dystans o połowę. Cała piątka wyraźnie widziała już sylwetki zbliżających się mężczyzn. Ubrani w umazane czerwoną farbą kurtki i płaszcze. Gwizdali i krzyczeli nawołując siebie nawzajem jak tabun dzikich. Od czasu do czasu, któryś z nich odpalał rakietę, która z gwizdem sunęła w górę by rozpaść się ferią czerwonych kul ognia, na ciemnym od deszczowych chmur niebie. W oknach gasły światła a obecne w nich dotychczas sylwetki obserwatorów umykały, by zamknąć drzwi do mieszkań. - Dobra. Wy róbcie co chcecie. Ja spierdalam! – Chłopak w pelerynie w dwóch skokach przesadził jezdnie i wbiegł do zaułka. Domino zawahał się. Dopiero gdy dostrzegł kolejną grupę chuliganów zbliżających się od drugiej strony skrzyżowania, rzucił się biegiem za tamtym. Krzysiek podbiegł do dziewczyn i chwycił Kaśkę za mokrą dłoń. Pociągnął je obie za sobą. Gdy wbiegli na trawnik przy chodniku chcąc skrócić drogę do znikającego już za rokiem Domina, dziewczyny pogubiły buty. Rozłożony parasol był zbyt szeroki, by zmieścić się w zaułku więc i on został porzucony podczas ucieczki. Biegli gęsiego w ciasnym zaułku, uważając by nie powpadać na siebie. Woda z nieszczelnych rynien i deszcz, sprawiały, że czuli się jakby biegli wzdłuż zbocza wśród kaskad wodospadu. Gdy wreszcie wydostali się na drugą stronę zaułka, znaleźli się na kolejnej słabo oświetlonej ulicy. Ich przewodnik nie dawał im chwili wytchnienia. Biegł szybko chodnikiem wzdłuż ulicy by potem skręcić i zniknąć za postawionym na cegłach dużym pojazdem dostawczym. Biegli za nim, mokrzy i wystraszeni. Za ich plecami wybuchały kolejne rakiety i petardy. Do czerwonych dołączyły białe, żółte i zielone. Biegli tak po zamoczonych chodnikach, brudnych podwórkach i zardzewiałych placach zabaw. Mijali stare post-komunistyczne wieżowce i nowsze bloki budownictwa socjalnego. Wymalowane sprayem w barwach gangów. Cały czas czuli jak pętla zaciska się wokół nich. Kilkakrotnie omal nie wpadli na którąś z grup osaczających siebie nawzajem. Słyszeli jak między walczącymi stronami raz po raz wybuchały starcia tuż za właśnie mijanym zakrętem jezdni. Wreszcie, gdy przebiegli przez środek przelotowego korytarza jednego z budynków, pachnącego uryną i mokrą sierścią, dostrzegli, że ich zasapany przewodnik stoi na środku jezdni odwrócony do nich plecami. Przed nimi, na rogu dwóch przecinających się nierówno ulic, po drugiej stronie niewielkiego parkingu, znajdował się mały kwadratowy budynek przywodzący na myśl klinikę weterynaryjną. Niebieski neon nad wejściem, oblewał ich mokre twarze jaskrawą poświatą jak w księżycową noc. Państwowa świetlica Resocjalizacyjna – Socjolokal 17, głosił błękitny napis. Światła w zbrojonych oknach były zgaszone na parterze, lecz na piętrze, jedno z okien odznaczało się nikłym blaskiem oddalonej żarówki. - Dobra. Teraz za mną. I postarajcie się być cicho. Gliniarze nie są głupi, nie będą się mieszać do zadymy ale jeżeli uruchomimy alarm, mogą podesłać tutaj radiowóz. Za włam do państwowej placówki mnie pewnie zastrzelą a wam nie wiem. Kieszonkowe zabiorą czy coś. Mordy w kubeł. Ruszyli za nim. Chłopcy ofiarowali zmarzniętym dziewczynom swoje marynarki, równie przemoczone i niefunkcjonujące co damskie kostiumy imprezowe. Przewodnik zaprowadził ich na tyły budynku. Zatrzymali się przy metalowych drzwiach przy zamkniętym kontenerze na odpady. Chłopak wdrapał się na pojemnik i zaczął majstrować przy oknie znajdującym się nad drzwiami. Najwyraźniej wiedział co robi, gdyż w kilka chwil udało mu się wysunąć całe okno wraz z framugą. Ostrożnie oparł szybę o mur budynku i wślizgnął się do środka, pozostawiając garniturów i dziewczyny na deszczu. Usłyszeli jak upadł po drugiej stronie drzwi, potem długa cisza, przerywana jedynie wrzaskami, raz oddalających się, a raz bardzo niedalekich potyczek uliczników. - Słyszeliście co powiedział? – zaczął szeptem Krzysiek. – Jeżeli uruchomimy alarm, zjawią się gliny. Domino pociągnie z kopa w drzwi i za góra piętnaście minut będziemy pili ciepłą herbatę na posterunku i czekali na rodziców. Na co czekamy?! Wezwijmy gliny! - Nie robiłabym tego na waszym miejscu. – znowu to samo. Kolejny, obcy głos dobiegł zza ich pleców. Tym razem przyjemny, lekko zachrypnięty głos kobiety. Czwórka przemoczonych nastolatków odwróciła się od drzwi niemal jednocześnie. Zaledwie kilka metrów od tylnej ściany budynku świetlicy, znajdowało się ogrodzenie z siatki, biegnące dookoła boiska do koszykówki. Jedna z czterech lamp mających oświetlać pole gry wciąż rzucała nikłe światło, co pozwoliło czwórce dobrze przyjrzeć się dziewczynie. Podobnie jak oni, i podobnie jak ich przewodnik w plastikowej pelerynie, nie miała jeszcze dwudziestu lat. Nosiła wytartą bundeswerkę, upstrzoną kolorowymi naszywkami. Spod archaicznie wyglądającej czapki z daszkiem spadały równe, choć mokre od deszczu, pasma prostych blond włosów. Nosiła przylegające spodnie i wysokie buty na gumowych koturnach z mnóstwem metalowych klamer i zatrzasków. Jedną dłoń trzymała w kieszeni kurtki, drugą obracała patyczkiem lizaka, trzymanego w wąskich ustach. Była ładna, w dziewczęcy, naturalny sposób. - A ty kim do cholery jesteś? – obydwaj chłopcy podeszli do ogrodzenia. Domino zatrzymał się kilka kroków przed siatką i ostrożnie obserwował okolicę. Krzysiek podszedł do samego ogrodzenia i oparł się na nim, wplatając palce w oczka metalowej siatki. Przybrał wystudiowaną pozę pewnego siebie szpanera. – Dlaczego nie zrobiłabyś tego na naszym miejscu dziewczynko? I jak długo tam stoisz? Blondynka wyjęła lizaka z ust z głośnym cmoknięciem. - Kulawy chce was wciągnąć w pułapkę. Jeśli tam wejdziecie już po was. Jeśli narobicie hałasu, zrobią co zamierzają tylko już bez zabawy w podchody. – wyjęła z kieszeni folijkę po lizaku i owinęła ją dookoła cukierka by potem schować go do kieszeni. - Następna pojebana! – ruda, nie dbając już o strój siedziała teraz na mokrym krawężniku i masowała obolałe stopy w podartych rajstopach. – Idź się jebać kurewko i daj nam spokój! Pewnie zaraz poprosi o fajkę! - Nie palę, a już na pewno nie te gówniane syntetyki, które pewnie macie w kieszeniach. - Z kim rozmawiacie? – dobiegł głos przewodnika Kulawego zza drzwi. – Znalazłem klucze, zaraz otwieram tylko znajdę właściwy. Z kim rozmawiacie? - Nie odpowiadajcie mu! – dziewczyna zareagowała głośniejszym szeptem. – Dziś rano jakieś garnitury przyjechały do świetlicy. Widziałam ich. Samochody odjechały po godzinie, ale część z tych facetów została w środku i wiem, ze nadal tam siedzą. Czekają na was. Nie wiem czy to policja czy rząd czy paru bogatych świrów mających chrapkę na wasze wydepilowane dupcie, ale jeżeli on otworzy drzwi a wy wejdziecie, to już po was. - Po co nam to mówisz dziewczynko? Czekałaś tu na deszczu całą noc żeby nam o tym powiedzieć? – Krzysiek naparł na ogrodzenie. Siatka napięła się trzeszcząc. Domino spoglądał to na drzwi to na dziewczynę z daszkiem. Słyszał jak Kulawy wypróbowuje kolejne klucze w zamku drzwi. - Nie jesteście jedynymi z miasta, którzy wpadają na rubież szukać mocnych wrażeń. Często zdarzało mi się oprowadzać takich jak wy bogatych chłoptasiów po okolicy. Miałam na was oko odkąd taryfa minęła południowy posterunek. Musiałam obejść gromadzących się członków jednej z ekip więc Kulawy wpadł na was pierwszy. - Mocnych wrażeń mówisz. – Krzysiek wyszczerzył się do blondynki. – I co, będą te wrażenia jak pójdę z tobą? - Krzychu kurwa ogarnij się! Zapomniałeś co się dzieje?! – Domino podszedł do kolegi i pchnął go na siatkę. – Nie mamy sieci i jesteśmy uwięzieni w jakimś kurwa getcie pełnym degeneratów z poprzedniego ustroju a ty bajerujesz laskę? - Z takim bajerowaniem to on może startować to tych waszych laleczek. – zaśmiała się blondynka. – Księżniczki buciki pogubiły. Słodkie kuźwa jak w bajce. - Pieprz się suko! – Kaśka, której ciemny makijaż spływał po policzkach, dygotała z zimna. - Z kim rozmawiacie i dlaczego drzecie mordy skoro prosiłem was o ciszę?! Chcecie mieć tutaj gliny?! Chyba mam właściwy, zaczekajcie. – Kulawy ciągle majstrował przy zamku. - Podsłuchałam waszą rozmowę na ulicy. Wiecie dlaczego nie chce tutaj glin? Żeby ci w środku mogli was capnąć bez wpadki. Mówił wam, że wie jak dostać się do środka tak? To czemu nie potrafi otworzyć drzwi? Dlaczego nie wie który to klucz? - Krzysiek co robimy? – Domino nie spuszczał oczu z dziewczyny. – Decyduj człowieku! Ty nas tutaj sprowadziłeś. - Czas ucieka. Jeśli tam wejdziecie, jeśli on otworzy drzwi już po was. Tutaj nieostrożne dzieciaki z miasta źle kończą. Dziewczyny podniosły się z krawężnika. - Błagam, wracajmy do domu! Zabierzcie nas do domu! Krzysiek kurwa ja chcę do domu! – rudowłosa rozpłakała się. Krzysiek objął ją ramieniem. Podjął decyzję. - Dobra. Wiejemy stąd. Idziemy na ten posterunek. Biegiem! Ruszyli dalej wzdłuż ogrodzenia boiska, zostawiając za sobą budynek świetlicy. Dziewczyna biegła równolegle z nimi po drugiej stronie siatki. - Nie dotrzecie do posterunku! Tam teraz będzie najgorszy młyn. Kolesie od Sroki mają jakiś nowy drag. Naćpani znowu spróbują dostać się do bramy. - To dokąd mamy iść do cholery?! – Krzysiek biegł ciągnąć rudą za rękę. - Do klubu o którym mówiliście. Teraz łatwiej będzie się tam dostać. W środku nikt was nie ruszy. Zaprowadzę was tam. - Akurat. Skąd mamy wiedzieć, że ty też nie robisz nas w wała? – Domino ciągle przyglądał się blondynce. Spoglądał też ukradkiem na najbliższe ciemne zaułki i miejsca w których mogłoby czaić się paru jej kolegów. Nagle usłyszeli za sobą uderzenie, a po nim metaliczny trzask wyłamywanego zamka. Domino spojrzał przez ramię i zobaczył Kulawego i dwóch rosłych facetów w czarnych płaszczach i kapeluszach. Mięli coś w rękach. Zobaczyli ich. - Spierdalamy! – Krzysiek puścił rudą i rzucił się do ucieczki w stronę najbliższego zaułka. Reszta ruszyła za nim. Blond włosa dziewczyna szybko obiegła resztę ogrodzenia do furtki i również wskoczyła w zaułek. Gdy mijała narożną rynnę, usłyszała cichy gwizd i ceglany narożnik budynku eksplodował jej w twarz odłamkami cegły. Strzelano do nich. Uliczka w którą wbiegli nie była długa. Gdy wydostali się z pomiędzy dwóch, blisko leżących bloków socjalnych, blond włosa przejęła dowodzenie i zaczęła dyktować kierunek ucieczki. Całe życie nie opuszczała rubieży, nie było w niej dla niej miejsc nie znanych. Ci w płaszczach mogli być płatnymi zabójcami, policją albo po prostu chorymi świrami, ale co jak co, na rubieży to wciąż tylko przyjezdni. Turyści. Mają za dużą stratę żeby ich dostać. Przeprowadziła całą czwórkę przez kilka podwórek i klatek schodowych. Pięć minut później, okolica zmieniła się na tyle, że żadne z czwórki miastowych nastolatków nie potrafiłoby odnaleźć budynku świetlicy, nie mówiąc już o bramie posterunku prowadzącej do Megamiasta.

***

- Dobra, wycieczka stop. – urwała chcąc złapać oddech. – Stąd już prosto. Sektory rubieży krzyżują się kawałek dalej. Pójdziemy wzdłuż tamtej linii komunikacyjnej i dojdziemy do nieczynnej zajezdni. Klub którego szukacie jest w sektorze czwartym. Za dziesięć minut postawicie mi piwo. – Uśmiechnęła się do Krzyśka. Wyciągnęła z kieszeni lizaka i ponownie włożyła go do ust, wyrzucając papierek. - Czy tutaj jest tak zawsze? – zapytał Domino. – Jacyś goście piorą się na ulicach? Policja ma to w dupie? Kurwa ci faceci mieli broń! Strzelali do nas! - Często. – Blond włosa otarła twarz z kropel deszczu. – Trafiliście akurat na kiepską noc. Rano będzie tu sporo gliniarzy. Wyłamią masę drzwi i wywiozą sporo chłopaków. Na noszach znaczy się. Kaśka wspięła się na palce i przysłoniła oczy ręką bo dojrzeć coś w oddali. Znajdowali się na otwartej przestrzeni szerokiej, wielopasmowej jezdni, przedzielonej na pół przez nieczynną trakcję komunikacji miejskiej z poprzedniego ustroju. Widać było wyraźnie, że cztery sektory o których mówiła blondynka, rzeczywiście rozchodzą się dookoła punktu centralnego jakim faktycznie była nieczynna zajezdnia. - Co to takiego? – zapytała dostrzegłszy łunę czerwieni, daleko nad dachami starych bloków sektorów trzeciego i czwartego. - To Olimp. Spalarnia odpadów z waszego Megamiasta. Pracuję tam. To czerwone to żar z głównego pieca. Jest wielki jak jezioro i rozgrzany jak wulkan. - Olimp nie był wulkanem. – zauważył Domino. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami. - Olimp to Olimp. Praca to praca. Chodźcie już. - Nie! Nie idę z nią! Nie ruszę się dopóki nie wyjaśni mi kim byli ci faceci! Strzelali do nas! Domino sam widziałeś! Blondynka znowu wzruszyła ramionami i poprawiła grzywkę pod daszkiem czapki. - Może chcą was porwać. Czytałam w świetlicy książki z poprzedniego ustroju, w których pełno pro-korporacyjnych intryg, porwań i okupów. Stawiam jednak, że to bogate świry z Megamiasta. Nie zdziwiłabym się gdyby po prostu kręciło ich zabijanie. Na rubieży najlepiej, bo łatwiej wszystko zatuszować. – mówiąc to, jej wyraz twarzy był zupełnie obojętny. Tylko duże ciemne oczy uśmiechały się szyderczo. Żaden z chłopaków się nie zorientował. Dziewczyny wychwyciły ten ironiczny ton bez problemu. - Ciebie to bawi co?! Mówię wam, ona kłamie! To faktycznie może być jakaś chora gra, ale jeśli tak, to ona na pewno gra tutaj jakąś rolę. Krzysiek powiedz coś! - Wiem o co tutaj chodzi. – Krzysiek odpalił papierosa i wypuścił dużą chmurę bezzapachowego dymu z syntetyczną nikotyną. – To jest jakiś rodzaj Reality TV. Edek, albo ktoś inny z internatu nakręcił to wszystko. Namówili mnie żebym was tutaj zabrał, że niby do klubu, a to wszystko jest jakaś szopka. - Człowieku strzelali do nas! - Tak, tak. Ale czy trafili?! To wszystko jest zabawa człowieku! Edek siedzi teraz na ROJU razem z resztą znajomych i świetnie się bawią oglądając transmisję! Nie rozumiecie?! To jest jak ten jebany skansen w Biskupinie! Ojciec kilka razy był na wyjazdach integracyjnych korporacji, czasami organizowano imprezy z panienkami a czasami różne wiejskie zabawy z przed trzydziestu lat. To jest normalne show! Kaśka przyglądała mu się z nadzieją w oczach obramowanych rozmazanym tuszem. Rudowłosa milczała, starała się poukładać sobie to wszystko w głowie. Blondynka tylko kręciła głową z niedowierzaniem. Domino skrzyżował ramiona na piersi. - Co w takim razie mamy robić? - Powiem wam. Dobrze się bawić! Po to tu przyjechaliśmy nie? Chcieliście wrażeń i zwiększenia notowań an ROJU. Macie okazję. Brnijmy w to. Nikt nas nie porwie. Już w 2027 udowodniono, że porwania dla okupu mają najmniejszy stopień powodzenia w negocjacjach z korporacjami. Po co ktoś miałby nas porywać? – spojrzał na blondynkę. - Ty! Jak ty się w ogóle nazywasz dziewczynko? - Kamila. Fajnie, że wreszcie któreś z was zapytało. - No więc Kamila, rozumiem, że pewnie zapłacili ci za to, żebyś do końca grała swoją rolę w przedstawieniu. Bądź jednak tak dobra i potwierdź chociażby skinieniem głowy czy jestem na dobrym tropie w tym wszystkim. – posłał jej kolejny uśmiech ze swojego wystudiowanego repertuaru. Odwzajemniła się jej własnym wyrobionym uśmiechem, mniej wyrafinowanym, dużo bardziej dzikim i niepokojąco naturalnym, od którego młodocianemu playboyowi aż ciarki przeszły po plecach. Pokręciła energicznie głową rozchlapując krople wody dookoła i chichocząc dziecinnie. - Dobra. Graj sobie dalej w tę swoją grę. Prowadź do tego klubu. Domino tylko westchnął kiedy ruszali w dalszą drogę. - Przynajmniej przestaje padać. Szli powoli, nikt ich nie gonił. Odgłosy starć uliczników umilkły. Nikt nie wystrzeliwał petard. Krzysiek uruchomił tablet by sprawdzić czas. Była już prawie trzecia nad ranem. Czuł, że cała ta gonitwa i stres, wyprały jego organizm ze wszystkiego co zaaplikował sobie we wszystkich klubach które odwiedzili tego wieczora zanim wsiedli w taksówkę do rubieży. Zastanawiał się co czeka ich w tym klubie, o którym opowiadał Edek. Czy naprawdę jest tam prawdziwy alkohol? Papierosy sprowadzane ze wschodu z prawdziwym tytoniem? Czy można tam spotkać panny wyuczone najstarszego zawodu świata, z babki prababki, a nie zmanierowane kurewki po kursach prostytucji akademickiej? Od czasu do czasu napotykali jakichś ludzi, większość była bardzo stara. Mieli zmarszczki i niezdrową cerę. Nie mówiąc już o ziejących ubytkami uśmiechach. Kamila wymieniała z nimi zdania lub tylko pozdrawiała skinieniem głowy. Krzysiek i reszta słyszeli jak pokrótce omawiają wydarzenia na ulicach. Usłyszeli, że Chromzłom wycofał się do swojej meliny, a Karmazyni i inni którzy poszli na zadymę razem z nimi, szykują się do ostatecznego rozrachunku. - Ej, zaczekaj. – Krzysiek dogonił idącą z przodu Kamilę. Minęli starą zajezdnię i skręcili w prawo, przechodząc przez środek skrzyżowania w stronę blokowiska, które musiało być sektorem czwartym. - O co chodzi z tymi Karmazynami? – zapytał poprawiając fryzurę. – To jacyś przestępcy? - Tutaj to po prostu chłopaki z okolicy. Z tego co przeczytałam w świetlicy i Megamiastach, u was pewnie byliby przestępcami. No, ale w Megamiastach nie ma przestępczości co nie? – puścił do niego oko i szturchnęła mocno łokciem w żebro. Krzyśkowi coraz bardziej podobała się ta laska. Miała więcej ognia i werwy niż wszystkie jego byłe, które teraz skamlą za nim na ROJU i wysyłają zaproszenia i prezenty. - Mówiłaś, że pracujesz gdzie? W spalarni? - Aha. Wszyscy tutaj pracują w spalarni. - Czy twoi rodzice nie pracują? Dlaczego musisz pracować? - Ojca nigdy nie ma w domu. Mama też pracuje w spalarni. To jedyne miejsce w jakim rubież może się zatrudnić. Rząd wydziela część nadprodukcji energetycznej Megamiasta by zasilić rubież, ale nie ma nic za darmo. Wasza metropolia produkuje tony odpadów każdego dnia i coś trzeba z nimi robić. Nie ma już miejsca, żeby to składować więc się to spala. Potem jakieś tam kolektory orbitalne ponoć pochłaniają dymy z kominów i wydmuchują je w kosmos, czy coś. Sroka mówi, że już niedługo zamkną Olimp bo jest nie rentowny, czy coś. Więcej kosztuje utrzymanie placówki i pensje dla nas, niż zarabiają na mocy czerpanej z ciepłowni, którą jest spalarnia. - Nie możesz wyjechać do Megamiasta? - Nie mam przepustki i nigdy na nią nie zarobię. Poza tym, mam kartotekę na posterunku, za pobicia i wandalizm, więc nawet jak zdobędę kasę, i tak nie przydzielą mi przepustki na dłużej niż czterdzieści osiem godzin. Naczelnik spalarni może wydawać dobowe przepustki dla pracowników w formie premii, ale ja jej nie dostane, bo nie zwykłam obciągać starym skurwielom. Krzysiek zaśmiał się głupawo. Jedno spojrzenie dziewczyny sprawiło, że pożałował. Spojrzała na niego tak, jak nie ośmieliła się spojrzeć żadna inna panna jaką znał. To nie był foch ani mina urażonej księżniczki. Przez chwilę spodziewał się, że dostanie w zęby, ale Kamila po prostu szła dalej, zostawiając go za sobą. Kilka minut później znaleźli się głęboko w sektorze czwartym. Kamila wydobyła z kieszeni niewielką maskę higieniczną i zasłoniła nią usta i nos. Pozostała czwórka szybko zaczęła się krztusić. Zasłaniali twarze rękawami, lecz niewiele to pomogło. - Co to jest…khe, khe.. cholera?! - Jesteśmy blisko Olimpu. W tym sektorze jest spory opad syfu z kominów. Już niedaleko. O tam widać już budynek. Słyszycie? Do ich uszu dochodziły rzeczywiście dźwięki muzyki. Ostrej, dzikiej muzyki. Przeciągłe wibracje elektrycznych gitar i szarpiący za nogi rytm energicznej perkusji. Z każdym krokiem słyszeli ją coraz wyraźniej. Żadne z czwórki, nigdy nie słyszało podobnej muzyki. W niczym nie przypominała współczesnych im utworów. Wyraźnie już widoczne, solidne podwójne drzwi, tłumiły wysiłki wokalisty wykrzykującego coś do mikrofonu. Nad wejściem widniał neon, tym razem czerwony, przedstawiający czerwoną zorzę nad dachami jakiejś przemysłowej instalacji. Skrzący napis formował się w słowo CINDER. Gdy zbliżyli się do drzwi, Kamila kopnęła w nie kilka razy, zanim ktoś z wewnątrz nie otworzył jednego z ciężkich skrzydeł. Ich oczom ukazał się mężczyzna dużo starszy od nich, ubrany jedynie w czarny podkoszulek i grube spodnie od kombinezonu hutniczego. Całą długość jego chudych ramion pokrywały tatuaże, a na czubku ogolonej głowy, miał wbite kilka ćwieków piercingowych z kolorowymi diodami. Skinął głową do Kamili po czym rzucił okiem na czwórkę zmokniętych dzieciaków z Megamiasta. - Macie flote? – zapytał głośno by przekrzyczeć dobiegająca zza jego pleców ostrą muzykę. - Co mamy? – Domino nie zrozumiał o co chodzi bramkarzowi. - Kabone! Kurwa pieniądze masz grubasku? Krzysiek już sięgał po swoją kom-kartę i elektryczny portfel, kiedy Kamila uwiesiła się na szyi bramkarza. Szepnęła mu coś do ucha. Wytatuowany trawił przez chwilę jej słowa po czym jeszcze raz rzucił złym okiem na pozostałych. - Dobra wbijacie. Grzecznie tam w środku i bez kozaczenia. Żaden wynajęty zabijaka nie przyjdzie wam w środku na ratunek jak narozrabiacie. Miłej kurwa zabawy. Zrobił im przejście i weszli do środka, by niemal natychmiast zostać porwanymi przez tłum. Ścisk ciał był prawdziwym koszmarem behapowca. Ludzie ocierali się o siebie w dzikim tańcu, prowadzeni przez muzyków i ich szaleńczą muzykę. Spoceni i brudni od sadzy ludzie wili się pijani i naćpani, tańcząc i śmiejąc się wszędzie gdzie okiem spojrzeć. Lampy zmieniające kolor oświetlały parkiet, który najwyraźniej pokrywał każdy kawałek klubu, poza barem. Krzysiek starał się iść za Kamilą, która prowadziła ich w stronę baru, nad którym znajdowała się żelazna konstrukcja antresoli, na której znajdowała się scena. Domino uśmiechał się jak tępak do każdej z panienek, która otarła się o jego ciało. Nie przypuszczał, że są gdzieś na świecie takie miejsca. Tylko dziewczyny nie bawiły się dobrze. Odpychały do siebie ludzi z wyraźnym obrzydzeniem. Deptane i potrącane, starały się przekrzyczeć hałas panujący w klubie. Wreszcie udało im się dotrzeć do baru. Dwóch barmanów wyglądających na bliźniaków, obsługiwało kolejkę ludzi. Krzysiek zaobserwował, że obok bogatego asortymentu alkoholi, bez ceregieli podawano także tabletki, i to takie jakich nigdy wcześniej nie widział. Ludzie płacili tutaj banknotami i bilonem. Nigdzie nie widział czytników dla elektronicznego portfela. Sam nigdy nie używał gotówki, był też pewien, że nikt z jego znajomych na ROJU tego nie robił. - Domino! Dziewczyny! Macie jakieś drobne?! – krzyczał do reszty. - Co to jest kurwa za muzyka!? To jakieś jebane zoo! Krzysiek wyjdźmy stąd! Każ zamówić taksówkę! Kamila nachyliła się przez ladę by szepnąć cos do jednego z barmanów. Krzysiek przyjrzał się po raz pierwszy jej tyłkowi w ciasnych spodniach. Do tej pory bundeska zasłaniała jej kuper, który okazał się być całkiem do rzeczy. Kiedy podniósł wzrok, napotkał spojrzenie Kamili oraz jej intrygujący uśmiech. W pierwszej chwili, znowu wychwycił groźbę czającą się w tych hipnotyzujących oczach. Chwilę później wszelki ślad po niej zaginął, zastąpiony przez figlarne ogniki odbijających się kolorowych lamp. Blondynka zeskoczyła z lady i podeszła do nich odrzucając długie włosy dłonią za plecy. - Pewnie jak większość miastowych nie macie gotówki. Na dole nie ma czytnika kredytowego, ale w biurze jest. Właściciel przyjmie was u siebie gdzie zdeponujecie trochę kasy na konto klubu i będziecie mogli korzystać z baru. I nie tylko. – Obracała lizakiem w ustach. Kaśka nachyliła się nad uchem blondynki. - Chcemy zadzwonić po taksówkę. Nie interesuje nas już wasza zabawa. Mają tutaj dostęp do sieci? Blondynka skinęła głową. - W biurze mają linię naziemną. Mam was tam zaprowadzić. Taksówka zjawi się tak czy inaczej za co najmniej pół godziny. Nie chcecie napić się browara albo tequili? Krzysiek przysunął się do Kamili, ocierając się o nią biodrem. Stali na skraju ściany tańczących ciał. - Niech dziewczyny idą na górę i załatwią taksówkę skoro chcą wracać. My możemy porozmawiać o tych wrażeniach, którymi podobno się zajmujesz. - Nic z tego. Idziemy wszyscy. Nie będę was potem szukać w tym tłumie. Załatwicie co macie załatwić, potem wpłacicie co macie wpłacić i możecie się bawić ile wlezie. Potem pogadamy o moim honorarium. - Jakim honorarium do cholery?! – Domino wykrzyknął jej w twarz. – O co chodzi tym razem?! - Wyciągnęłam was z zasadzki, już zapomnieliście? Gdyby nie ja, bramkarz nie wpuściłby was do środka. Załatwiłam wam spotkanie z właścicielem i skorzystanie z jego prywatnej linii naziemnej. Chyba nawet u was spłaca się długi wdzięczności nie? - Wiedziałam! – ruda podeszła do Kamili. Zaczęła szukać czegoś w swojej malutkiej torebce. – Czego chcesz? Papierosa? Może dobrą szminkę na te usteczka lachociągu?! Reakcja Kamili była błyskawiczna. Zaciśnięta pięść wystrzeliła do przodu i w górę trafiając zaskoczoną dziewczynę prosto w podbródek. Głowa rudej odskoczyła do tyłu, a ciało szybko dołączyło. Runęła na parkiet między tańczących ludzi, rozrzucając zawartość otwartej torebki. Chłopaki i Kaśka stali jak sparaliżowani. Dopiero gdy ruda zaczęła wyć tratowana przez tańczących, Domino rzucił się by jej pomóc. Kaśka chciała się cofnąć. Uciekać w stronę wyjścia, ale ktoś stanął za nią i unieruchomił mocnym uściskiem wytatuowanych ramion. Krzysiek przyglądał się Kamili, która rozmasowywała sobie knykcie. - Nadal masz ochotę na mocne wrażenia Krzysiu? – Kamila stała na szeroko rozstawionych, lekko ugiętych nogach. Kilku ludzi przy barze obserwowało całe zajście. Krzysiek słyszał jak żartują sobie z niego. - Zbieraj koleżankę z podłogi i idziemy do biura. Tam już sobie pogadamy o zapłacie. – odwrócił się na pięcie i ruszyła w stronę klatki schodowej prowadzącej na antresolę, na której zespół właśnie zapowiadał następny kawałek. Kaśka prowadziła rudą, podając jej chusteczkę i wycierając łzy. Domino prowadził obie dziewczyny, osłaniając je przez napierającym tłumem. Krzysiek szedł ostatni, oszołomiony i wystraszony. Krok za nim podążał wytatuowany bramkarz z diodami na łysym czerepie. U szczytu schodów, znaleźli się na tyłach sceny, gdzie grubas w koszulce jakiejś antycznej grupy rockowej siedział przy rozświetlonym pulpicie konsoli akustycznej i zajadał się toksycznie wielkim hamburgerem. Kamila gestem ręki przywołała ich do drewnianych, odrapanych z farby drzwi z rozsuwanym judaszem. Mocno zastukała i po chwili zasuwa odsunęła się ukazując parę oczu w fosforyzujących goglach zmieniających barwy jak plama oleju. Drzwi otworzyły się i cała piątka weszła do środka przestrzennego gabinetu. Bramkarz został na zewnątrz i zamknął za nimi drzwi. W biurze nie było biurka, ani eleganckiego stolika biznesowego w japońskim stylu. Rolę stołu pełnił zastawiony brudnymi szklankami i opróżnionymi butelkami wódki stół bilardowy. Bile mieszały się z kartonowymi kubeczkami po chińszczyźnie. Panował tam półmrok, jedyne światło jakie wpadało do środka, to czerwone i niebieskie pasma neonów, przebijające się przez blaszane żaluzje okna gabinetu, wychodzącego na parkiet klubu. Pomieszczenie było dosyć dobrze wytłumione, więc z przyjemnością odkryli, że ich uszy przestają pulsować. W gabinecie znajdowała się duża roślina doniczkowa, zbyt zdrowo wyglądająca, by była prawdziwa. W rogu dostrzegli także pracujący terminal sieci. Na świecącym ekranie widniało kilka otwartych witryn. Oprócz drzwi wejściowych, z biura było jeszcze jedno wyjście. Nie byli sami. Oprócz nich w biurze, na kanapie siedziało dwóch mężczyzn. Obaj wyglądali co najmniej niecywilizowanie. Ich twarze i dłonie były napuchnięte od alkoholu. Liczne blizny i wulgarne tatuaże dopełniały wizerunku. Ostrożny domino zauważył, że jeden z nich nosił nóż w wysokim bucie motocyklowym z plastikowym obiciem. Kamila śmiało podeszła do stołu i znalazła w miarę czystą szklankę. Sprawdzała kolejno butelkę po butelce w poszukiwaniu pozostałości wódki. Dwaj mężczyźni na kanapie nie spuszczali wzroku z czwórki wystraszonych nastolatków. Krzysiek odkaszlnął i spróbował wziąć się w garść. Poprawił ręką włosy i wyciągnął mokrą koszulę. - Przepraszamy. Chcieliśmy zdeponować trochę pieniędzy, żeby skorzystać z baru. Nie mamy gotówki ale Kamila powiedziała, że da się coś załatwić. Chcielibyśmy również, za opłatą oczywiście i jeśli to nie kłopot, skorzystać z waszej sieci. Nikt się nie odezwał. Jeden z facetów na kanapie zaczął bezczelnie gapić się na dziewczyny. Ruda i Kaśka rozsądnie schowały się za chłopakami. Domino czuł jak miękną mu kolana. Wreszcie, narastająca ciszę przerwał odgłos spłukiwanego sedesu. Drugie drzwi biura otworzyły się i do gabinetu wszedł dojrzały mężczyzna w eleganckim, choć nieco już niemodnym garniturze. Nosił szeroki, czerwony krawat z wielką, zdobioną, chromowaną spinką. Miał starannie ogoloną brodę i dobrze przystrzyżone zakola. Wycierał zadbane dłonie w papierowy ręcznik i szedł w stronę stołu bilardowego. Kamila właśnie nalewała sobie szklaneczkę znalezionej z zadowoleniem wódki. Mężczyzna odebrał jej szklankę i jednym ruchem osuszył ją. Dziewczyna fuknęła z udawanym niezadowoleniem i tupnęła nogą. Mężczyzna położył jej dłoń na ramieniu i pocałował ją w policzek, po czym nasunął jej daszek na oczy. Z jakiegoś powodu, Krzysiek poczuł się zazdrosny. Szybko odzyskał rezon i powtórzył prośbę, uprzednio przedstawiając się starszemu mężczyźnie. - Wiem kim pan jest panie Merker. – przerwał mu mężczyzna. - Wszystko będzie załatwione. Dbam o swoich klientów i zawsze staram się służyć pomocą. Oferuje pan uczciwą zapłatę za skorzystanie z sieci. Tym bardziej muszę traktować pana poważnie. Nazywam się Bartłomiej Trocki. – Podszedł do Krzyśka i wyciągnął dłoń na powitanie. Krzysiek chwycił ją i wyczuł mocny, pewny uścisk. Uścisk dłoni dawno temu opuścił tradycję biznesową Megamiast. Jest niehigieniczny. Mimo wszystko Krzysiek wolał nie obrazić gospodarza. Zresztą facet przed chwilą mył ręce. - Więc czy moglibyśmy skorzystać z sieci i zamówić taksówkę? – kontynuował chłopak. - To już załatwione. Wezwaliśmy pojazd jak tylko Kamila poinformowała nas o waszej potrzebie. Musicie jednak zrozumieć, że firmy przewozowe maja opory przed wysyłaniem pojazdów do socjolokali. Trochę potrwa zanim tutaj dotrą. Tymczasem proponuje zdeponować odrobinę pieniędzy i dobrze się bawić. Proszę, oto czytnik. – wskazał dłonią na gniazdo znajdujące się przy terminalu sieci. Sam terminal był ewidentnie modelem zeszłej dekady. Wciąż przypominał maszyny pierwszego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku. Na stoliku, podłączony do plątaniny powiązanych izolacją kabli, znajdował się czytnik kart. Bynajmniej nie wyglądał na sklepowy model. Ktoś musiał skonstruować ten czytnik własnoręcznie. Krzysiek wyciągnął kartę z kieszeni, zawahał się jednak przed włożeniem jej do otworu. Co jeśli to jakiś piracki terminal? Może jak tylko włoży kartę do środka, jakiś robak dostanie się do jego konta i zacznie mieszać w jego profilu. Wyczyści konto, albo co gorsza zacznie siać spustoszenie na ROJU! Mężczyzna położył mu dłoń na ramieniu. Było w tym coś ojcowskiego, lecz ciężar i nacisk reki dawały jasno do zrozumienia, że chłopak nie ma wyjścia. Przez chwilę chłopak chciał wyrwać się. I co wtedy? Uciekać? Przecież wiedział, że to wszystko zabawa. Taksówka w drodze? Zaklął w myślach. Wsunął kartę do czytnika. Toporny mechanizm omal nie wyrwał mu jej z dłoni. Terminal rozbłysnął i na ekranie pojawiło się niewielkie okienko przypominające menu standardowych terminali bankowych. Mężczyzna uśmiechnął się i odwrócił głowę. - Proszę wystukać kod. Numer w niższej rubryczce to konto mojego klubu. Otworzyłem dla państwa kredyt na cztery stówy. To powinno wystarczyć na interesujący wieczór dla czworga. Oczywiście może pan przelać więcej. Zapewniam was, że jest na co wydawać. Podobno w tych klubach w Megamiastach są same syntetyki. Chemia sprzedawana w niektórych lokalach to, nie obrażając niczyjego gustu, cukierki w porównaniu z tym do czego mamy dostęp w rubieży. Krzysiek wystukał na klawiaturze sumę pięciuset złotych i potwierdził transakcje. Terminal nie podziękował, jedynie wypluł kartę na stolik. - Chętnie się troszeczkę odprężymy. To była ciekawa noc. – schował kartę do kieszeni. - Rzeczywiście. Karmazyni i Chromzłom jak słyszałem. To może dodatkowo opóźnić przybycie taksówki. Proszę się jednak nie martwić. Wszyscy ulicznicy musza gdzieś wydawać ciężko zarobione w spalarni pieniądze, więc ten klub to zdemilitaryzowana strefa, że się tak wyrażę. Domino wyszedł naprzód zostawiając dziewczyny. - Czy moglibyśmy skorzystać z pana terminalu i połączyć się z ROJEM? Chcielibyśmy dać znać znajomym, że wszystko z nami w porządku. Trocki spojrzał na Kamilę i dwóch mięśniaków na kanapie. Po chwili milczenia, wszyscy wybuchli śmiechem. Ci dwaj na kanapie rechotali z przepitych gardeł. Kamila zachichotała zasłaniając usta dłonią. Trocki śmiał się oszczędnie, najserdeczniej z nich wszystkich. - Jeśli tego pan chce, proszę bardzo. Przyznam, że jeszcze żaden z moich klientów nie dzwonił do mamy w środku imprezy. Jeśli chce pan żeby RÓJ dowiedział się o tym, że jest pan cały i zdrowy to służę uprzejmie. Domino przygryzł wargę. Wyszedł na strasznego sztywniaka. Facet miał rację. Nawet na tym zadupiu musi więc istnieć jakiś rodzaj klasy. Pokręcił głową starając się zatuszować zażenowanie uśmiechem i cofnął się. Krzysiek, w swoim nonszalanckim nawyku, który zaczynał znowu górować nad uśpioną czujnością, oparł się biodrem o stół bilardowy. - Wspomniał pan coś o chemii. Widziałem przy barze ludzi kupujących tabletki od barmanów. Co to za towar? Ecstasy? Panchaos? Trocki uśmiechnął się i podszedł do okna. Uprzejmie skłonił się przed dziewczętami. - Chłopcy, ustąpcie paniom miejsca na kanapie. Skoczcie na dół i uzupełnijcie mi barek. Przynieście też lodówkę. Dwóch mięśniaków wstało powoli z kanapy i wyszło głównym wyjściem. Przez chwilę głośna muzyka znowu wtargnęła do gabinetu. Kamila usadowiła się na środku zwolnionej kanapy. Poklepała dłońmi miękkie poduszki po swojej prawej i lewej stronie, zapraszając pozostałe dziewczyny. Kaśka usiadła obok. Ruda najwyraźniej wciąż obrażona usiadła na oparciu, byle dalej od Kamili. - Specyfiki które pan wymienił panie Merker, są dostępne. Lecz to, pozwolę sobie rzec, dobre dla nocnej zmiany spaliniarzy. Panu i pana towarzyszom poleciłbym coś lepszego. Całkowita nowość. Niezapomniane doznania. Całkiem nowy poziom halucynogenu. W zasadzie jest to holocynogen. - Holocynogen? – zdziwił się Domino. – Co to takiego? - Nowość, jak już mówiłem. Przezornie poleciłem chłopakom przynieść trochę w lodówce. Najlepiej podawać schłodzony. - Skąd pan zna moje nazwisko? – Krzysiek bawił się czarną bilą. Przecież nie przedstawiał się ani jemu ani Kamili z nazwiska. Trocki odwrócił się od okna i spojrzał Krzyśkowi prosto w oczy. Przez chwilę nic nie mówił, tylko jego wargi drgały w tajemniczym uśmiechu. - Taksówka panie Merker. Przekroczyliście punkt kontrolny bramy południowej dokładnie godzinę temu. Mam tutaj nieco znajomości. Goście z Megamiasta odwiedzają nas tak rzadko, że lubię wiedzieć kogo będę gościł. Musicie bowiem wiedzieć, że każdy turysta w rubieży, zawsze trafia do mojego klubu. - Tak, ale skąd… - Czytnik przy bramie panie Merker. Taksówkarz musiał się wylegitymować. Przyłożył legitymację do czytnika, przekazując jednocześnie informacje o tym kogo wiezie i kto płaci za kurs. Pan płacił. Nieprawdaż?…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zielony Rycerz — czytnik · opowiadania