Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Środowisko · 17 min czytania

Zimmermann

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ZIMMERMANN

I

Czasami chodzę tą drogą; szeroka, ubita leśna droga. Ciągnie się w nieskończoność, chyba. Wije się i wije. Lubię ją. Lubię czuć, że zawsze mogę pójść jeszcze kawałek dalej, w nieznane. Moje prywatne nieznane. Nie wiem dokąd prowadzi. Otoczona jest pięknymi lasami; prawie same stare drzewa. Rośnie w nich pełno jagód, malin, grzybów. Wiem, bo często widzę ludzi jak z nich wracają, albo dopiero tam idą; pełne kosze i wiadra. Wstają przed świtem, a gdy tylko coś widać, zaczynają zbierać. Ale oni z tego żyją, więc muszą. W porannej mgle wyglądają jak duchy. I zbierają tak bez przerwy do południa, później jest już za gorąco. A potem to co nazbierają zanoszą do skupu owoców w miasteczku. Droga prowadzi między góry. Raz pokonuje zbocza, innym razem schodzi w dół, w niewielkie dolinki zapomnianych strumyków. Wszystko tutaj jest zapomniane. W takich miejscach ciągną się wzdłuż niej krzaki malin - owy czerwono-zielony przedmiot pożądania miejscowych ( Tak zapewne nazwałby je komentator sportowy. Pamiętam, jak jeden z nich piłkę nazwał "skórzanym przedmiotem pożądania 22 mężczyzn"). Lubię sprawdzać, czy są na nich jakieś owoce, chociaż jeszcze nigdy nie udało mi się ich tam znaleźć. Kilkakrotnie mogłem za to podziwiać białe kikuty jakie pozostają na gałązkach po zerwaniu malin. Ci, co je zebrali i zanieśli do skupu ( a może zjedli na miejscu?) na pewno nawet nie zwracają uwagi na te ślady swojej obecności. Na moje szczęście są jeszcze poziomki, ratujące honor tego miejsca. Tych jest zawsze pod dostatkiem. Jest ich za mało, żeby zbierać i sprzedawać, a "zdobywanie" ich dla przyjemności, z góry skazane jest na obojętność miejscowych. I dobrze. Zresztą przyzwyczaiłem się już do tego. Gdy co roku wracam w to miejsce to wiem, że przynajmniej tutaj nic się nie zmienia. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić odwrotnej sytuacji - czerwonych plam widocznych z daleka i łysych krzaczków poziomek. Nawet nie wiem, czy tak by to wyglądało.

* * *

Kiedyś spotkałem tam starszą kobietę, otuloną zniszczoną chustą, z wiadrem malin. Ukłoniłem się, ale ona nie odpowiedziała. Tak, jakby nie chciała, czy nie mogła rozmawiać z nieznajomym. Minęła mnie i wyraźnie przyspieszyła kroku. Raz po raz obracała się za siebie. Może mnie nie zrozumiała. Tutaj to się często zdarza. Czasami czuję się jak intruz, chociaż znam to miejsce. Właściwie w pewnym sensie jest ono tylko moje. Niektórych ludzi rozpoznaję, tak jak i oni mnie. Nie rozmawiamy ze sobą. Nie wiem dlaczego. Czasami mam ochotę zaczepić kogoś i zmusić do wymiany zdań, myśli. Zapytać się o samopoczucie czy dokąd prowadzi ta droga. Bardzo bym tego chciał. To było jakiś czas temu. Szedłem tą drogą zamyślony . I wtedy on stanął przede mną. Niski, zarośnięty starzec ciągnący wózek z drewnem (zapewne zbieranym na zimę). Stał i patrzył, nic więcej. Był przy tym jednak jakiś taki nieobecny. Jego oczy, skierowane na mnie, nie patrzyły normalnie; przenikały na wskroś. Poczułem się nieswojo. Ubrany w stare łachmany wzbudzał odrazę, ale i swego rodzaju litość. Palce powykręcane przez reumatyzm nie mogły utrzymać metalowej rączki wózka. Był do niego zaprzęgnięty. Cienki sznurek wyciskał wąskie bruzdy w jego pomarszczonym ciele. Tkwił w bezruchu dłuższą chwilę. A potem już tylko się uśmiechnął i wydał z siebie dźwięk brzmiący jak "dzień dobry". Właściwie jak jego dalekie echo. Mężczyzna seplenił okrutnie. Pozbawiony zębów, powłóczący nogami, poszedł dalej. Okropny to był widok. Pamiętam, że jeszcze kilka razy obrócił się, jakby chciał się upewnić co do jakiejś sprawy. Zniknął za zakrętem. Pamiętam też, jak głupio się wtedy czułem, po tym jak odszedł. Nie odpowiedziałem na powitanie, nie zapytałem czy nie potrzebuje pomocy. W ogóle nic nie powiedziałem. To było zbyt zaskakujące.

* * *

W pewnym momencie droga się rozgałęzia. Można iść w lewo. Nie wiem co jest dalej. Kiedyś się tam wybiorę. Gdy pójdzie się w prawo, droga staje się coraz węższa . Jest już właściwie tylko ścieżką, nitką. Prowadzi stromo w dół. Drzew jest coraz mniej. Od połowy towarzyszy jej strumyk. Jest na nim taka mała kładka, stareńka jak wszystko dookoła. Niedaleko niej stoi dom z dziurawym dachem. Płot jest miejscami połamany, furtka nie domknięta, drzwi są otwarte. W pokoju, gdzie kiedyś była kuchnia, dzisiaj rośnie trawa. Podłoga już dawno zgniła. Kiedy popołudniowe słońce prześwieca przez resztkę szyby i oświetla misterną konstrukcję pajęczyny, całe pomieszczenie wygląda jak widmo, dziwnie przyjazne widmo. Najtrudniej jest się przyzwyczaić się, że nie słychać tutaj żadnych ludzkich głosów. Kilkakrotnie ze zduszoną niecierpliwością nasłuchiwałem. Kiedy się spogląda na łuszczącą się i odpadającą ze ścian farbę, jedynie je widać, ale nic się nie słyszy; zupełnie nowe uczucie. Rzeczy najbardziej oczekiwane, które powinny się dziać, nie zdarzają się. Pozostaje jedynie ich cień. Ma się wrażenie, że wszystko jest na odwrót, poprzewracane przez czas. Tylko scieżka jest niezmienna. Mija dom i biegnie dalej. Zwalnia kroku dopiero w obawie przed ogromną skałą. Tutaj ostrożnie schodzi pod ziemię, do sztolni. Jedyne co o niej wiadomo, to że została wykuta na długo przed wojną. Był miejscem pracy mieszkańca owego domu. Nikt już nie pamięta jego imienia. Mieszkał tutaj do roku 19... Później został wysiedlony, jak cała reszta żyjąca na ziemiach odzyskanych. Gdy przyjechali nowi ludzie, zbieranina ze wszystkich stron, nie miał kto pamiętać o jego imieniu. Podobno wydobywał tutaj srebro, ale nie dużo. Tylko tyle, żeby spokojnie żyć (jak to określili archeolodzy niedawno badający kopalnię). Jedyne co po nim zostało to dom i ta sztolnia. Kiedy się do niej wejdzie i zapali latarkę, to widać trzy korytarze. Pierwszy i drugi są stosunkowo krótkie i zupełnie proste. Stanowią raczej wąskie przejścia. Trzeci korytarz, znajdujący się najbardziej na prawo (patrząc od strony wejścia), jest nieco dłuższy niż pozostałe i powykręcany. Dużo wyższy i szerszy sprawia wrażenie ważniejszego. Pamiętam, jak z nadzieją szedłem nim coraz dalej, i dalej. Nie wiem, czego oczekiwałem, ale wiem, że było to silniejsze niż strach. Korytarz kończy się nagle. Rozczarowuje. Na końcu znalazłem parę butelek po piwie.

II

-A kiedy był tam pan po raz ostatni? -Już ci mówiłem, że dokładnie nie pamiętam. Myślę, że było to jakieś pięć, może sześć lat temu. A czemu młody pyta? -Bo ja tam chodzę, dość często. -Chodzisz? To miejsce ma swoją historię, która... -Wiem. -A skąd możesz wiedzieć, no skąd?- zapytał zirytowany, jakby troszeczkę urażony moją odpowiedzią. -Ostatnio pisali o nim w gazecie, w związku z tymi archeologami, którzy badali jaskinię. A poza tym już mówiłem, że czasami tam zaglądam. -Fakt, zupełnie zapomniałem. Teraz wszyscy mogą wiedzieć o wszystkim; dziwne te czasy. -Wcześniej powiedział pan, że to niebezpieczne miejsce, dlaczego? - zapytałem. -Przeciż młody dobrze wie, nieprawda to? Sam przed chwilą powiedział. Nie muszę się zresztą przed nikim tłumaczyć, zwłaszcza, że nie mam z czego. To nie moja sprawa, tak samo jaki i nie młodego - powiedział zdenerwowany i dodał ciszej - przeklęty jezyk... -Pewnie nie. Tak tylko pytałem. -Nie ma o co. Zwykły stary dom i niewielka dziura w ziemi. Ot, i cała historia. Był szkop, nie ma szkopa. Koniec kropka - skończyl z ulgą. Nastała krótka chwila ciszy. -Dlatego, że mieszkał tam Niemiec, to jest tam niebezpiecznie? - zaputałem - Przecież to bez sensu. -To, że mieszkał, to nie ma znaczenia. To, że już nie mieszka, to jest niebezpieczne. Tam, nad tym całym miejscem panuje zła atmosfera. Ludzie bywają czasmi tak okrutni, że nawet myślenie o ich uczynkach jest niebezpieczne. Dlatego radzę młodemu, żeby nie myślał. Chodziłem tam, bo za dużo myślałem. I tyle. -A wie pan co ciekawego zauważyłem? - uniósł głowę i spojrzał na mnie z zaciekawieniem - że tam właśnie nikt nie zagląda. Dróżka już prawie całkiem zarosła trawą. Teraz nikt tam nie chodzi, wie pan? -Wiem. Po wojnie, nie licząc przeklętych turystów, tylko ja tam zaglądałem. -Tylko pan? - byłem zaskoczony - przecież drogą, która znajduje się raptem kilkaset metrów dalej, codziennie chodzą ludzie? Zupełnie nikt, przez tyle lat? -A po co mieliby tam chodzcić, zbaczać z drogi? Mówię młodemu, tam nie ma co szukać. To miejsce powinno znowu stać się częścią lasu, który je otacza. -Ale tam jest tak pięknie! Przcież ten dom i ta sztolnia to kawał historii. Nie byłoby panu szkoda? -Szkoda? To…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%