Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

dla-dzieci · 15 min czytania

Zimowa Droga Lusi Część III - To, co trzeba zr

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Trzymając się za ręce, weszły do domu. Gdy tylko przekroczyły próg, podeszła do nich jedna z pań. Popatrzyła na małą i poprosiła, żeby poszła bawić się do pokoju. Sama ujęła Lusię za rękę i zaprowadziła do salonu.

Usiadły na miękkich, zielonych fotelach, które Lusia tak lubiła. To te, które „ciągle się brudziły" — raz serkiem, raz napojem, raz okruszkami. Mama była zmęczona ich czyszczeniem, ale i tak je uwielbiała. Zawsze przypominała dziewczynkom, żeby jadły przy stole, a wieczorami, gdy już spały, sama siadała w nich z książką. Często to właśnie tam znajdowały ją rano, śpiącą.

Kobieta patrzyła na Lusię z życzliwą troską. – Co się dzieje? Tęsknisz za mamą? Rozumiem, ja też... ale to twoje dzisiejsze zachowanie... Coś się stało? – dopytywała łagodnie.

– Tęsknię – odpowiedziała krótko Lusia. Spuściła oczy i zaczęła bawić się palcami, byle tylko znów się nie rozpłakać. Nie przy tej obcej pani.

– Zdziwiłaś Ilonkę – odezwała się ponownie kobieta.

Lusia podniosła głowę i spojrzała jej w oczy. – Ilonkę? Moja mama ma na imię Ilonka – powiedziała. – Ale wszyscy mówią do niej Malinka.

Kobieta popatrzyła na nią bardzo zdumiona i lekko się wyprostowała. – O czym ty mówisz?

Ośmiolatka zmarszczyła brwi. – Ja... nie rozumiem.

– Lusia, posłuchaj – kobieta westchnęła ciężko, przecierając czoło. – Rozumiem, wszystkie tęsknimy za mamą, ale niedługo przyjedzie, a te twoje żarty robią się odrobinę męczące. Najpierw udajesz, że nie poznajesz własnej córki, a teraz jeszcze mówisz, że Malinka to twoja mama?

Twarz Lusi mieniła się wszystkimi kolorami, a otwarte usta nadawały jej niemądry wyraz. Tosia jednak kontynuowała. Była najwyraźniej po prostu zmęczona.

– Naprawdę, to już nie jest śmieszne – powiedziała. Wstała, pokręciła głową i wyszła z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.

Zanim Lusia zdążyła zebrać myśli, Malinka wbiegła z powrotem do salonu. – Mamo, jestem głodna! – wysapała.

– Nie jestem twoją mamą! – odburknęła Lusia, wciąż zszokowana słowami Tosi.

Dziecko zatrzymało się i popatrzyło na nią swoimi wielkimi, ciemnymi oczami. Usta wygięły się w podkówkę. Widziała, że mała zaraz się rozpłacze. I nagle Lusi zrobiło się potwornie żal Ilonki.

Zdawała się być taką miłą dziewczynką i nie miała serca doprowadzać jej do płaczu. Skoro chciała się bawić w mamę i córkę, to dobrze – ona też się pobawi. Może wtedy zrobi jej się trochę lżej i te dziwne panie przestaną patrzeć na nią tak, jakby musiała wszystko wiedzieć i umieć. Była duża, owszem, chociaż wcale się tak nie czuła. W środku wciąż była po prostu ośmioletnią Lusią.

– No dobrze. Ty będziesz córką, a ja będę mamą. Pobawmy się – powiedziała szybko i pojednawczo.

Malinka natychmiast się uśmiechnęła i podeszła, żeby ufnie przytulić się do „matki". – Jestem głodna – powtórzyła.

– Hmmm, to zrobię ci kanapkę. Idziemy do kuchni – zarządziła Lusia. – Tak, tak, zróbmy kanapkę! – podskoczyła mała. – I soczek, zrobisz mi soczek? – poprosiła. – Zrobię ci soczek, a ty usiądź na krześle i na razie grzecznie poczekaj, dobrze? Mała natychmiast usiadła, zakładając nogę na nogę. – Dobrze, mamo.

Lusia roześmiała się. Zaczynała jej się podobać ta zabawa. Ledwie zdążyła skończyć gigantyczną kanapkę, gdy do kuchni weszła druga z pań.

– Ciociu, patrz, mam kanapkę. Taką dziwną – oznajmiła Malinka z pełnymi ustami. – Bawimy się z mamą, wiesz?

Zosia spojrzała najpierw na kromkę chleba, na której znalazło się chyba wszystko, co było w lodówce, a dopiero potem na Lusię. – Obiadu dzisiaj nie ma? – zapytała ze szczerym zdziwieniem.

Lusia odruchowo rozejrzała się po kuchni, jakby obiad mógł stać gdzieś gotowy na blacie albo ukrywać się pod ścierką. – Nie... chyba nie ma – odpowiedziała cicho.

– To nie wiesz, czy zrobiłaś? – dopytała Zosia, mrużąc oczy. – Czy jak? – Przecież ja nie umiem robić obiadu – wyrwało się Lusi. – Mam dopiero osiem lat. Mama mówiła, że nie wolno...

Zosia westchnęła. Nie wyglądała na złą. Raczej rozkojarzoną, jak to artystka. – Obiad zrób. Po prostu zrób obiad – powiedziała łagodnie, jakby to była najprostsza rzecz na świecie, i wyszła z kuchni.

Zostały same. Ilonka, umazana masłem, gryzła kanapkę z zadowoleniem. Lusia stała przy blacie i przez chwilę nie potrafiła się ruszyć.

Zrób obiad. Jak to: zrób? Przecież samej nie wolno dotykać kuchenki! To było dla dorosłych. A ona przecież nie była dorosła.

Spojrzała na Malinkę i dopiero wtedy przyszła złość. Buntowniczy sprzeciw. Dziewczynka jadła spokojnie, jakby wszystko było dokładnie takie, jakie powinno być.

I nagle Lusia poczuła, że nie chce. Nie chce udawać dalej. Nie chce robić obiadu. Nie chce, żeby ktoś jej mówił, co po prostu ma zrobić, skoro ona nie ma o tym zielonego pojęcia!

– Chodź – powiedziała krótko. – Idziemy pobawić się na dworze. Ilonka podniosła głowę i natychmiast się uśmiechnęła. Nie trzeba było dwa razy powtarzać.

Zosia stała przy sztaludze z pędzlem uniesionym w powietrzu, mrużąc jedno oko i mierząc wzrokiem miejsce, w którym miała postawić następną kreskę. Trwała w bezruchu, gdy do pracowni weszła Tosia.

Popatrzyła na siostrę, na obraz, na pędzel zawieszony w powietrzu i westchnęła. – O co chodzi z Lusią? Rozmawiałaś z nią?

Zosia nawet nie drgnęła. Tosia zrobiła krok bliżej. – Zośka. Cisza. – Zośka! Podeszła jeszcze bliżej i powiedziała głośniej tuż przy jej uchu: – ZOSIA! Pędzel drgnął w dłoni artystki i zostawił na płótnie grubą, niekontrolowaną kreskę, dokładnie tam, gdzie nie powinna się znaleźć. – Co?! – Zosia odwróciła się gwałtownie. – Ile razy mam prosić, żeby mi nie przeszkadzać w połowie pociągnięcia?! Widzisz, co zrobiłaś?!

– To rozmawiałaś z nią czy nie? – zapytała Tosia spokojnie, ignorując artystyczny dramat. Zosia spojrzała na obraz i z żalem potarła skroń. – Z kim? – Z Lusią. Czemu ty zawsze jesteś taka nieobecna? – zirytowała się lekko. – Weź się w garść. To nie są wygłupy. Zosia wzruszyła ramionami. – Przesadzasz. – Nie przesadzam. Wyszła jak zwykle. Wróciła... – zawahała się. – Patrzyła na mnie, jakby miała kilka lat. Jakby cofnęła się w czasie. – Była tylko na łące – machnęła ręką Zosia. – Co miało się stać? – Nie wiem. I właśnie to mi się nie podoba – odparła Tosia. – Musimy z nią porozmawiać. Obie. Zosia przez chwilę milczała. Spojrzała jeszcze raz na zepsuty fragment obrazu, po czym ze zrezygnowaniem odstawiła pędzel. – Jak skończy obiad – powiedziała w końcu. – Wtedy.

Tosia skinęła głową i poszły do kuchni. Zastały bałagan na blacie, podłogę umazaną masłem, rozlany sok. Ani Lusi, ani obiadu.

Zanim zdążyły pomyśleć, gdzie też może być sprawczyni nieporządku, usłyszały odgłosy radosnej zabawy przed domem. Poszły za głosami i wkrótce ujrzały Malinkę i Lusię beztrosko grające w piłkę w ogrodzie. W samym środku kwiatowego ogrodu Zosi.

– Lusia! – zawołała Tosia z niedowierzaniem.

Zosia najpierw wybuchnęła śmiechem. Ale już w drugiej dostrzegła połamane kwiaty róż, o które tak bardzo dbała. – Lusia! – zawtórowała siostrze, a w jej głosie zabrzmiał prawdziwy żal. Zasłoniła ręką oczy, bo nie znosiła, gdy ktoś widział, że płacze – i szybko…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zimowa Droga Lusi Część III - To, co trzeba zr — czytnik · opowiadania