Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 38 min czytania

Zimowa jazda

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Dzieci, pakujcie się już. Za godzinę jedziemy! Tak obwieściłam im dla mnie wesołą a dla nich nieciekawą wiadomość. To pierwsze Święta od czasów, gdy on zdecydował, że woli żyć bez nas, na które wyjeżdżamy nie tylko na Wigilię, ale na cały tydzień. Zrywamy z miastem. - Mamo, ale czy musimy jechać, na jakąś zapadłą wieś, gdzie nie ma pewnie Internetu? - Nie marudź – zgasiłam ostatnią nadzieję syna na przerwę między świąteczną w mieście. – Nie wiemy tego czy mają czy nie mają Internet. Wiemy za to, że chcą z nami spędzić te kilka dni, że taki wyjazd jest nam potrzebny. Nie musimy co roku siedzieć w mieście. Spodoba się wam. - Mamo, ale… - Misia już ci pomogę. – Wcale nie słuchałam mojego pierworodnego. Czy dwanaście lat dajemu prawo decydować co będzie robić w czasie gdy, ja mam całe osiem dni wolnego.OSIEM DNI! O- S- I- E-M!!! – Ale na co Ci tyle spodni? - No bo przecież, te pasują do tej bluzki, a te do o...tego… - Nie potrzeba aż tyle ubrań, tam nie będzie rewii mody. Trzy pary spodni i spódnica, dwa swetry, bluzka na każdy dzień jedna i bielizna podobnie. Musisz nauczyć się szybko pakować. Kiedyś to ci się w życiu przyda. - Mamo, ale ja będę tęsknić za Marysią. – Zaczęła znowu córa. - Chodźcie do mnie dzieci – Jacek usiadł na kanapie po lewej, Misia po prawej. Objęłam ich i powiedziałam.- Nikt nie jest dla mnie tak ważny jak wy, ale jestem zmęczona. Potrzebuję pobyć z kimś, kto nie będzie ciągle mówił mi co mam robić, że powinnam znaleźć wam nowego tatę. Nie chcę słuchać o tym, że potrzebny mi facet. Dajemy radę! Justyna jest jedyną znajomą z czasów szkoły średniej, z którą mam kontakt i mieszka w dodatku w malowniczej okolicy. Będzie fajnie, zima na wsi jest zupełnie inna niż w mieście. Zaufajcie mi, nie będziecie żałować. - No dobra-odpuścił syn. I co mnie ucieszyło, nie było, żadnego, ale. Mój syn dorośleje. Tylko dlaczego on jesttak podobny do niego… dlaczego ciągle przypomina mi o tym bólu, którego niechciałam i którego nie rozumiałam.

Spakowani opuściliśmy nasze mieszkanie na siódmym piętrze w bloku, by wyruszyć na spotkanie z przygodą. My: moja dziewięcioletnia córa, syn dwunastolatek i ja, kobieta ciągle jeszcze przed czterdziestką. - Według tego co podaje mi GPS będziemy tam za dwie godziny i piętnaście minut. To nie daleko jak widzicie. – i odpaliłam nasz pojazd. Zawieź nas proszę na miejsce bez numerów i nie rozkracz się gdzieś,gdzie psy dupami szczekają, myślałam w duchu. - Mamo, a czy babcia wie, że nie przyjedziemy w tym roku? – spytała córa. - Tak Misiu, nie była zadowolona, ale przecież dobrze wiecie, że jej ciężko dogodzić. – Po tych słowach w całym samochodzie zrobiło się wesoło. Trzeba wiedzieć, że babcia, chciała zawsze uszczęśliwiać wszystkich na siłę, mimo, że jej wcale to radości nie sprawiało. To chyba takie pokolenie– dać z siebie wiele, a siebie zostawić… no właśnie, na kiedy? - A ciocia Kasia miała mi kupić prezent niespodziankę, no a jak jedziemy to mi nie da… -Zawył syn. - Da ci, ale po Nowym Roku. Pomyśl, wszystkim znudzą się już ich gwiazdkowe prezenty, a ty dopiero je dostaniesz. – Pocieszyłam moje dziecko. Jechaliśmy, a krajobraz zmieniał się jakby ktoś przełączał slajdy. Miasto, pola, las. Coraz więcej śniegu skłoniło mnie do zjechania na pobocze i założenia łańcuchów na koła. - Jak to sięrobi? – Stałam przy drodze z kawałkami metalu i przez myśl mi przeszło „gdyby jechał z nami mężczyzna”. Przestań, to nie jest trudne, zrugałam siebie.Instrukcja mi z pewnością pomoże. Zza zakrętu wyjechał terenowy pojazd i zaparkował za nami. Wyszedł z niego uroczy pan w średnim wieku. No w każdym razie starszy ode mnie był. - Trzeba pomóc? – Zagaił. - OOO tak, przydałaby się nam para męskich dłoni, która miała przyjemność z takimi oto łańcuszkami. – ucieszyłam się. - Tego powinni uczyć na lekcjach jazdy. Niestety nie każdy kursant jest w stanie poczuć śnieg i lód pod kołami w eLce. Ile już razy widziałem zakopane do połowy auta, a ile razy wyciągałem z rowu kogoś kto nie domyślił się, że śnieg kryje pod sobą tajemnice… Chwali się, że zaopatrzyła się pani w odpowiedni sprzęt. –Założył łańcuchy, jakby to robił co dzień, udzielił też kilku rad, jak jechać igdzie uważać. Ten człowiek znał tę okolicę jak własną kieszeń. Uścisnęłam mu dłoń, dzieci także podziękowały i byliśmy gotowi, by ruszyć dalej. - Jak daleko jeszcze mamo? - Zapytał Jacek. - Pół godzinki kochanie. - Ładnie tu, na prawdę mamo. - Misia ma duszę artysty, jakiż to balsam na moją duszę. Jej nie wzrusza byle co, znam ją, to moje dziecko. - Tak Misiu,las zimowy jest przepiękny. Te drzewa, które otula biały puch są magiczne. W mieście to piękno natury nie jest tak zauważalne, bo zaraz obok są blokowiska,a życie tak tam pędzi. Wieś sprawia, że zatrzymujemy się i dostrzegamy to, jak pięknie matka natura upiększa świat. - No, może być. – Zupełnie po męsku skwitował syn.

Dalsza droga minęła nam w ciszy, jakbyśmy się sami zastanawiali co nas spotka w tym domku na wsi? Czy dobrze zrobiliśmy, że opuściliśmy bezpieczne cztery miejskie ściany? A może zaraz na drogę wyjdzie niedźwiedź? – czaiła się myśl w głowie Misi. Czy nie lepiej było jakieś gry na komputer wziąć? – medytował Jacek. Zabrałam ze sobą trzy tomy najnowszej sagi kryminalnej, będę w końcu mieć chwilę na sam na sam z lekturą – marzyłam z kolei ja. - Dzieci, za tym zakrętem jest dom Justyny.- Oznajmiłam wesoło koniec podróży. Wysiedliśmy ze samochodu, który zaparkowałam jak zwykle idealnie, z lekarską precyzją od linijki, przysamochodzie gospodarzy. Z domu wyszła drobna kobieta z psem, dzieckiem siedmioletnim i mężem wyższym od kobiety niemalże o połowę. - Dorota! –Rzuciła się na mnie Justyna. – Nic się nie zmieniłaś, a to już tyle lat po maturze. - A ty Justyś, tak. Wyglądasz o niebo lepiej!- Odpowiedziałam na jej komplement. - Poznaj, to Robert i nasza córka Basia. – Uścisnęliśmy dłonie, przedstawiłam dzieci. -To może ja i ten młodzieniec zajmiemy się bagażem? – Robert jakby czytał w moich myślach. Miałam ochotę już tylko usiąść i napić się kawy. - Bosko! – Przytaknęłam. - Dziewczyny, zapraszamy. – Justyna już otwierała ganek. - No no, mówiłaś, że macie mały domek, a to przecież wielka chałupa, Justyś. - A wiesz, nam już tu ciasno. Nie wiem czy z wiosną nie będziemy myśleć o przybudówce. Na dole Robert ma pracownię, moje biurko w sypialni średnio nadaje się na gabinet. Kończy się, że razem z laptosiem lądujemy w kuchni co wieczór, kiedy to mam największą ochotę na pracę. Czasem zdarza mi się zasnąć na stole… - Bycie wziętą pisarką wymaga ofiar! Gorącą kawę ja, dzieci czekoladę i domowe bułeczki maślane wchłonęliśmy błyskawicznie. - No dobrze, jak możemy ci pomóc w przygotowaniach do Wigilii? – Zapytałam chociaż nie spodziewałam się, żeby gospodyni czekała na to pytanie, ze schowanymi za wyspą kuchenną fartuchami. - Dorcia, większość zrobione, ale możesz pomóc nakryć stół. Rozłożyłyśmy piękne stare zastawy. Justyś to ma gust. Jak mnie się taka zastawa marzyła, ale zawsze było coś innego ważniejszego na głowie. Tu zebranie w szkole, do dentysty z Misią, potem szybki rajd po sklepach. Oj, życie samotnej matki to ciągła gonitwa. - Kto będziena Wigilii oprócz nas? – Zapytałam. - Miał być mój kuzyn, ale pojechał wczoraj do swoich rodziców. Zapowiedział się na drugidzień Świąt. Tak więc będziemy tylko my. - Okay, rozumiem. Mam nadzieję, że nie wygłupiałaś się z prezentami dla moich dzieci? - Takie drobiazgi raczej, nie złość się. – Dostałam buziaka. - No i co ja mam z tobą zrobić? - Masz spędzić miło te kilka dni, a dzieci będą się razem bawić. Zobaczysz, będzie fajnie. -Widzisz to?Jacek jęczał przez pół drogi „a co ja tam będę robić, a Internet mają?” Misia już tęskni do przyjaciółki Marysi.

Dzieci w tymczasie poszły do pracowni Roberta. Pokazał im pomieszczenie, w którym pracował. Zajmował się projektowaniem modeli technicznych dla różnych, większych lub mniejszych, firm, które potem produkowały je w ogromnej liczbie egzemplarzy i sprzedawały jako pomoce naukowe i zestawy małych konstruktorów. Silniczki,oporniki, mierniki, tranzystory, diody, układy scalone i cała gama urządzeń mogła zawrócić w głowach, ale komu? Chłopakom naturalnie. Misia zaraz wyszła ze znudzoną miną. Basia pokazała jej ogromny domek dla lalek, w którym było zamontowane światło i to w każdym pokoju! Takie cuda mają tylko córki konstruktorów. - Justyna, a jak twoje książki? Piszesz kolejną część? - Właśnie muszę zaraz po Nowym Roku jechać na spotkanie z wydawcą. Jak dobrze pójdzie, to kolejny tom na święto szaleńców wyjdzie:) - Bomba! Mam ze sobą trzy ostanie, zmierzam nadrobić.. - To jak będziecie wracać, dam ci kopię ostatniej. - No uwielbiam cię! Wieczór Wigilijny przyszedł szybko. Kolacja z tradycjami, karpiem, barszczem i uszkami. Gospodyni tworzyła te cuda, między napisaniem kolejnych zdań swojej sagi. To wymaga ogromu pracy. - Pośpiewajmy kolędy, a potem będą prezenty. – To mówiąc Robert rozdał wszystkim śpiewniki. - Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem wesoła nowina Że Panna czysta, że Panna czysta Porodziła syna…

Było wesoło, dzieci z chęcią śpiewały. Bardzo się cieszyłam, bo starałam się wychować je w duchu tradycji świątecznych. Kto, jak nasze pokolenie odejdzie, przekaże kolejnym pokoleniom, że święta to nie tylko czas prezentów, piosenek świątecznych w listopadzie, ale i głębokiego przeżywania tego, co tak naprawdę świętujemy. - Mamo, zobacz – Podskoczyła radośnie Misia na widok prezentu. Córka dostała pięknie oprawiony pamiętnik na swoje wspomnienia. Szczerze jej zazdrościłam, ja swoje wspomnienia zapisywałam w byle brulionie. Jacek dostał książkę o tematyce konstruktorskiej. Basia, od rodziców, nowe mebelki do domku dla lalek, a ode mnie kilka kobiecych drobiazgów. Moje dzieci ode mnie dostały książki. Gospodarzom kupiłam nowy ekspres do kawy, bo ostatnio jak rozmawiałam z Justyś w tle usłyszałam jak Robert powiedział, że nie da się naprawić obecnego (użył przy tym niecenzuralnych słów). A ja…dostałam koncertową płytę Harrego Connick'a, Jr.!

Każdy był zadowolony. Moje dzieci z mieszczuchów, które bez komputera nie wytrzymywały kilku godzin, tego dnia, magicznego sprzętu nawet nie szukały. Jestem z nich taka dumna! Potem Robert zaprosił nas na otwarcie iluminacji świetlnej – cały dom wyglądał baśniowo, ustrojony lampkami. Po takim dniu, zasnęliśmy w mgnieniu oka. Śniło mi się, że siedzę w kinie i czekam na film, ale zamiast filmu podchodzi do mnie Harry Connick, Jr. i mówi „ to nie na film czekasz, ale na ciąg dalszy swojego życia”. A może to nie był wcale sen?

W Boże Narodzenie pojechaliśmy do kościoła. Potem dzień upłynął przyjemnie. Robert zabrał nas na wycieczkę przed podwieczorkiem. Justyś bolała głowa i została w domu. Leśniczy, znajomy gospodarzy, pokazał jak dokarmia leśne zwierzęta. Misia była zauroczona sarnami, Jacek dzielnie pomagał. To doskonała lekcja dla dzieci. Jak wracaliśmy powiedziałam Robertowi, żeby wysadził mnie dobry kilometr przed zakrętem, miałam ochotę zrobić sobie spacerek. Mroźne powietrze, piękna okolica. Szłam i myślałam, że może powinnam pomyśleć o zmianach. Nigdy nie jest na nie za późno. Dzieci pewnie nie tak łatwo byłoby przekonać do wsi. Moją zadumę przerwał podjeżdżający samochód. - Pochwalony! - Pochwalony! - Podwieźć gdzieś panią? Mróz dziś, minus dwanaście. - Jestem gorącokrwista, gospodarzu. – Czy tak się mówi? W samochodzie siedział facet, no taki w moim wieku, no może ciut starszy. Może nie jakiś piękny, ale taki… sympatyczny. - Drugiej propozycji nie będzie. - Mrugnął okiem, zasunął szybę i pojechał. Może straciłam szansę na przygodę? Zaczęłam w głos się śmiać, sama z siebie.

Gdy za chwil parę cała wymarznięta weszłam na podjazd Roberta i Justyny, oczom moim ukazał się ten sam samochód. Kierowca stał przed domem i czekał, na mnie chyba. Gdy już dostrzegł mnie uśmiechnął się i zawołał: - Może jednak będzie jakaś druga propozycja? - Kto wie? - Adam. Kuzyn Justyny. – Wyciągał rękę. - Zmarznięta do kości Dorota. - Na następny spacer załóż kożuch, płaszcz od Prady uchroni cię jedynie przed byciem ofiarą mody, a nie odmrożeń. Cóż za znawca mody! No, no. Płaszcz co prawda nie było od Prady, ale no no… - Dorota, Adam właśnie przyjechał i opowiadał, że widział jakąś kobietę ubraną zbyt lekko na naszą pogodę. Od razu przypomniałam sobie o twoim płaszczu. Powariowałaś z tym spacerem, masz tu ciepły barszcz. Jak oni się wszyscy o mnie troszczą. To miłe, ale czy potrzebne? Wychowałam dwoje dzieci, można powiedzieć, że sama. Adam siedział na kanapie i udawał, że patrzy w telewizor. Kątem oka zerkał na mnie. A może to ja zerkałam na niego? Miał coś w sobie, czego nie potrafiłam zidentyfikować. Gdyby ktoś kazał mi go opisać, nie potrafiłabym. Fajny, po prostu. - Dzieci. Deser – zawołała Justyna. Przywitali się z Adamem i zasiedliśmy do pysznego deseru. Ciasta, owoce i budyń czekoladowy. Potem dzieci wróciły do swoich fascynujących zajęć, Basia z Misią, Jacek zabrał książkę a ja zostałam w salonie z gospodarzami i nowym gościem. - Adam mówił, że wrócił wcześniej, bo sąsiad jutro robi kulig. Taki prawdziwy i pomyślał, że może byśmy chcieli pojechać. - Ale ja nie mam sanek – rzekłam niemalże poważnie. - Czyli jutro po śniadaniu? – Przytaknęłam na propozycję. Moje dzieci nie wiedzą co to prawdziwy kulig, z koniem, saniami, potem kiełbasą pieczoną w ognisku i gorącą herbatą w mroźny dzień. Drugi dzień Świąt zapowiadał się fantastycznie! - Tylko, mam jedno ale.- Adam spoważniał -Dajcie jej jakąś baranicę jutro. Może i nie będziesz tak dobrze w niej wyglądać, ale … Uśmiechnęłam się.

Wieczór upłynął miło, Adam i Robert wymyślali gry i zabawy dla dzieci. Ja z Justyną trajkotałyśmy w kuchni, robiłyśmy kolację, a to układałyśmy naczynia w zmywarce, a to rozpakowywałyśmy ją po raz enty tego dnia. Takie kuro-domowe zajęcia w obecności drugiej kobiety znającej Józefa, były zadziwiająco przyjemne. Nastała późna godzina i Adam szykował się do domu. Pożegnaliśmy się. Dzieciom było szkoda, bo akurat Jackowi dobrze szło w monopol. Misia powiedziała: - Wiesz mamo, nie widziałam, że chłopaki mogą tak fajnie tańczyć. - A kto tak zrobił na tobie wrażenie? - Adam! On tańczy szałowo! Też byłam pod wrażeniem. Tylko, że sama tego nie wypowiadałam, głośno przynajmniej. W moim świecie, mężczyźni to byli koledzy z pracy, ojcowie małych pacjentów. Jako lekarz pediatra stykałam się głównie z matkami, nadopiekuńczymi babciami i naturalnie z dziećmi. On zostawił nas dla rudej piękności z pracy. Nie musiałam dzielić się z nim dziećmi, bo wyjechał wiele lat temu i tylko dzwonił, przysyłał prezenty dzieciom. - Dorota – Wyrwała mnie z zamyślenia Justyna – idę spać. Adam mówił, że przyjedzie po nas, nie musisz jechać swoim samochodem. Zabierzemy się naszym i jego. - O to dobrze, ale czy akumulator mi wytrzyma? - Damy radę. Najwyżej popołudniu spróbujesz odpalać. - Dobranoc. I znowu padłam…

Rano wszyscy wstali w świetnym humorze. - Gotowi? – Zapytał Adam. Wszedł do domu bez pukania, jak domownik. - Tak gotowi, nawet mama ma grubaśną kurtkę od pani Justyny.- Zaszczebiotała Misia. - No! Teraz to nie straszna mi Syberia- Powiedziałam na potwierdzenie gotowości udziału w tej imprezie. Dzieci pojechały z gospodarzami, ja wsiadłam do samochodu Adama. - Ten kulig to nasz tradycja międzyświąteczna. Cieszę się, że weźmiecie w nim udział – Powiedział. - I ja także. Nie pamiętam co to jest kulig, ostatni na jakim byłam był wieki temu… - Masz już parę do sani? - Jaaa? No może pojadę z Misią. - Nie, z tego co wiem ona jedzie z Justyną. - To może z Jackiem? - Widziałaś kiedykolwiek dwunastolatka na sankach z mamą? Obciach na pełnej linii! - No tak, to będę zmuszona jechać sama. - Wcale nie. Mam takie spore sanie, siądziesz ze mną? Zrobiło mi się gorąco, to pewnie ta grubaśna kurtka. - No, a nie będziesz usiłował mnie zwalać na każdym zakręcie? - Słowo harcerza! - Ha ha ha. No to dobrze. – Uśmiechnęłam się. Ja pani doktor, na sankach gdzieś w lesie z mało znanym facetem. Bardzo mi się to podoba. Przecież po to zostawiłam na te kilka dni miasto. Oczywiście przypięliśmy się na samym końcu. Razem z nami jechali organizatorzy kuligu, sąsiedzi Adama z jego wsi oraz ich znajomi, mieszkający w kolejnej wsi. Dzieci było w sumie sześcioro, w wieku od siedmiu do czternastu lat. Było wesoło. Adam nie dotrzymał słowa harcerza. Ale wcale nie miałam mu tego za złe, może jedynie moje poobijane ciało mogło mieć. Niesamowicie było wąchać zapach jego wody po goleniu, a ta bliskość iskrzyła. Ognisko było świetnie zorganizowane, kiełbasy było, aż nadto. Herbata, dla niektórych z prądem, lała się litrami. Jak dawno tak dobrze się nie bawiłam. Dzieci podobnie jak i ja były zadowolone. Jacek poznał kolegę o dwa lata starszego, zakumplowali się w ułamku sekundy. Mój syn jechał nawet chwilę w saniach zaprzęgowych, a woźnica uczył go powozić. On w tej roli? Kto by pomyślał, że moje dziecko polubi takie zajęcie. Misia miała twarz aż bordową od mrozu… zima może być wspaniała! Ten wyjazd pozwolił mi dostrzec, że możemy lepić czas jak tylko chcemy, że Internet i sprawdzanie poczty może poczekać. Nie było na to czasu, nie było na to ochoty. Po kuligu wróciliśmy tak, jak przyjechaliśmy. Ja z Adamem. Dzieci z Justyną i Robertem. - Opowiedz mi coś o sobie- Zagaił Adam. Zastanowiłam się i… - Gdy skończyłam szkołę średnią chciałam zdawać na kierunek techniczny. Gdy jechałam na egzamin, mój obcas wysokich butów ugrzęzł między betonowymi płytami na przystanku i wyciągając go przewróciłam się, a nogi poleciały wprost pod koła autobusu. Gdyby kierowca ruszył, bo to było już po sygnale odjazdu, byłabym kaleką do końca życia. Egzamin oblałam, bo miałam dosyć wrażeń na ten dzień. O tej historii nikomu nie mówiłam. - A dlaczego mówisz mnie? - Sama nie wiem, może budzisz zaufanie? A może czuję się bezpiecznie? - Jesteś prze fajną babeczką, Dorota- I zdjął rękę z kierownicy i pogłaskał moją. Tak czule, bez żadnego aspektu seksualnego. Ale mnie przeszedł dreszcz. Taki, jakiego już dawno nie czułam. Ten, który był uśpiony. - Może masz ochotę na spacer? Masz jeszcze siłę? - No myślę, że tak. Tylko zadzwonię do Justyś, że będziemy później. Zadzwoniłam, a w tym czasie Adam zjechał z drogi głównej na odśnieżoną boczną. Zaparkował. - No to chodźmy. Tutaj nie jest tak często odśnieżane, idź po moich śladach. - Co robisz na co dzień? – Zapytałam go po chwili. - Mam swój nieduży biznes. Taki lokalny, ale często wyjeżdżam. - Ja myślałam kiedyś o swoim gabinecie. Już teraz mam sporo na głowie. Swój biznes to duża niezależność… ale są też i minusy. - Jak i wszędzie. Pracowałem kiedyś w dużym mieście, na etacie. Siedzenie po godzinach, życie na pełnych obrotach, nawet w wolnym czasie. Tutaj jest sielsko. Ludzie są bardziej przyjaźni. - Widzę właśnie. Zastanawiałam się, czy ja dałabym radę. Od zawsze mieszkam w mieście. Tam dzieci mają swój świat, ja mam pracę w szpitalu i ćwierć etatu w

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%