Biznes · 10 min czytania
Zimowa pogoda vs. ja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Nie zapukał. Nie powiedział: cześć, to ja; właściwie to nic nie powiedział, tylko wrąbał się w butach do mojej kuchni, w międzyczasie rzucił niechlujnie kurtkę w korytarzu, zajrzał do lodówki i zaczął głośno stękać.
-To wszystko co masz? – krzyknął do mnie, kiedy ja w pokoju próbowałem wstać i rozruszać ścierpniętą rękę.
-Pytam się, czy to wszystko, co masz, bo z tego nie można zrobić śniadania.
-To wszystko co mam.
-No żesz kurwa, jak ty żyjesz.
Piotr wygrzebał jednak coś i to coś zaczął smażyć.
Dotarłem w końcu do kuchni, pokręciłem żaluzją i przypaliłem ostatniego papierosa.
Część 22 / 4
- Mamy – powiedział, nie patrząc się na mnie.
- Co macie, towarzyszu, przyjaciółkę kiłę?
- Dziewczynę dla ciebie, kutasie. Nawet niczego sobie.
- Chyba sobie przysłowiowe jaja robicie.
- Nie pierdol. Dzisiaj na szóstą się umówiłeś. Do boju. ********* Tego dnia, kiedy dwaj zbóje zrobili sobie widowisko z mojej intymności, to znaczy wtedy, gdy zostałem umówiony na spotkanie z Bogu ducha winną dziewczyną, padał śnieg. Nie było w tym nic dziwnego, przecież koniec marca, to co prawda w teorii już nie zima, ale praktycznie i nie wiosna. Padał śnieg, a właściwie to nie padał, tylko go zawiewało ze wszystkich znanych mi kierunków świata, z czterech znaczy się, autobusy stanęły, właściwie to wszystko stanęło, nawet latarnie uliczne co chwilę gasły, by zaraz tryumfalnie się zapalić, a ja parłem przez tą Syberię i nie mogłem pozbyć się myśli, że spotkanie już na starcie jest odwołane. Byłem pewien, że dziewczyna przeznaczona mi na ten wieczór, musiałaby być jakąś masochistką, albo osobą naprawdę zdesperowaną, żeby przez tą burzę przedzierać się na widzenie z nieznajomym facetem. Kiedy dotarłem już na miejsce, pierwsza do mnie podeszła. Widocznie dewocyjny marketing Piotrka dotyczący mojej osoby okazał się nadzwyczaj skuteczny. I nie potrzebne okazały się różne hasła rozpoznawcze. Zbytecznym okazał się też tulipan, który dzierżyłem pod kurtką i który, z okazji zimna i niewygody, stracił większość płatków. Po prostu podeszła, wymieniła moje imię, zapytała się jeszcze czy ja to na pewno ja, przyjrzała mi się dokładnie i bezwiednie pokręciła głową.
- Niestety to ja- powiedziałem, wręczając jej resztki tulipana- chyba umarł
Spojrzała jeszcze raz dokładnie na mnie, jakby doszukując się podobieństwa do wyimaginowanej osoby, którą stworzył w jej umyśle, nie kto inny, jak tylko Piotr.
Część 33 / 4
- Dziękuję- powiedziała w końcu- bardzo ładny.
Ciężko to zdzierżyłem, ten dowcip wisielczy z jej strony, bo nazywanie tą zamrożoną łodygę ładnym kwiatem, było równie rozsądne, jak nazywanie mnie przystojnym facetem. W odpowiedzi tylko się głupio się uśmiechnąłem i za wszystkie przykrości zacząłem ją sobie oglądać. Powolutku. I ze zdziwieniem stwierdziłem, że nawet ładna z niej istota.
*************************** Nic nigdy nie mogło się odbyć bez Piotrowego błogosławieństwa, a zwłaszcza taka historia. Ja, w końcu na randce. Ta chuda, mizerna istota, czyli ja, mogła przecież zostać narażona na wiele nieprzyjemności. I on dobrze o tym wiedział. Wkurwiało mnie to nieraz, że zachowywał się jak matka Polka, albo raczej matka Mongołka, ale on chyba o mnie dbał w ten sposób, natarczywy i upierdliwy. Dlatego tym razem zanim wybrałem się w tą podróż, odwiedził mnie z kwiatami.
- To nie dla ciebie, durniu- powiedział, widząc mój głupkowaty uśmiech w drzwiach- to dla tej umówionej dziewczyny.
Jego optymizm zawsze mnie porażał, a nawet nieraz pieścił jak prąd.
- No przestań tak stać, tylko przynieś coś na te badyle- rzucił jeszcze i rozsiadł się u mnie w kuchni.
Część 44 / 4
- Że tak się wybierasz?- przyjrzał mi się- o stary, długa droga przed nami.
No i stało się, za niecałe pięć minut, pojawił się Mariuszek z żelazkiem.
-Kupiłbyś sobie w końcu. Daj, wyprasuję ci koszulę.
Tak więc Mariuszek począł prasować, a Piotrek wybrał mi, w co mam się ubrać. I oczywiście uraczył mnie kilkoma radami. Sposobami, którymi miałem się kierować. Ale jedna rada miała być najważniejsza, tą miałem się koniecznie kierować. Być bezczelnym. I być chamem.
******************
Kiedy już usiadłem z tą kobitą dwudziestotrzyletnią, która raczyła mnie nieustającym uśmiechem, pokazując zęby, które rzeczywiście były ładne, może troszkę przyduże, włączyłem swój uśmiech, z lewym końcem ust podniesionym na wysokość nosa. Zostałem oczywiście przyuczony, jakim uśmiechem powinienem się posługiwać, i ten został dobrany jako najbardziej mi pasujący, oraz najmniej męczący. Kiedy już wybrałem wino, udając, że ta długa hiszpańska nazwa jest dla mnie zrozumiała, spojrzałem…