Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 16 min czytania

Zlecenie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ze szczytu góry widać wszystko jak na dłoni... Przed moimi oczami rozpościera się olbrzymie, pomarańczowe, przechodzące w róż i czerwień niebo rozświetlone przez płonące już ostatkiem sił przed zachodem słońce. Gdzieniegdzie można dostrzec chmurkę, która w swojej puszystości przypomina mi wełnę, jaką w Red Petram widziałem lata wstecz; barwiona na ciepłe odcienie żółci i czerwieni, prawdziwy rarytas... Natura jest bardzo przychylna tego wieczora, że przypomniała mi ten cudowny materiał. Turrem to piękne miasto. Uwielbiam je za chłodne, gładkie i miłe w dotyku mury i ściany, których konstrukcja sięga kilkuset lat wstecz. Pode mną rozciągają się kolejne warstwy osiedla zbudowanego z kolorowych odcieni polerowanego piaskowca, gdzieniegdzie przerwanych przez czarny bazalt czy śnieżnobiałe figury z marmuru. Światło opiera się na dachach ciasno ułożonych budynków, rozświetlając ludzi siedzących na tarasach i biesiadujących w najlepsze. Za ostatnią warstwą kamieniczek można dostrzec mur obronny, odrobinę łąki, a zaraz za nią nagłą przepaść i wielką równinę z której wyrastają gigantyczne słupy skalne podobne do tego, na jakim to miasto powstało. W świetle zachodzącego słońca całość rzuca niezwykłe cienie na doliny poprzecinane szarymi drogami, zielonymi pastwiskami czy łanami zbóż. Mógłbym tak stać z rozwianymi włosami cały dzień i oglądać to zjawisko raz po razie, gdybym tylko mógł... Słyszę ciche kroki po kamiennych schodach. Odwracam się, by zobaczyć zleceniodawczynię sunącą w moją stronę dostojnie i miękko. - Kwadratus, o ile oczy mnie nie mylą? - zapytała się kobieta o śnieżnobiałej skórze ubrana w białą togę i błękitny płaszcz – Pewnie już domyśliłeś się, dlaczego zostałeś przeze mnie wezwany. - Wojna się zbliża – odpowiedziałem nieco ponurym głosem – A chciałbym, żeby jej nie było. Gdy widzę zachód słońca ze szczytu zamku w Turrem, zaraz mam ochotę wynająć gdzieś tu mieszkanie i już na zawsze zostać. Znów muszę odłożyć ten plan na później... - Wojnę mamy cały czas – odparła z powagą, opierając jedną ze swoich dłoni o biodro – Nieprzerwanie od stu dwudziestu sześciu lat jesteśmy nękani przez Upadłych. Tym razem może dojść jednak do punktu kulminacyjnego. Zerknąłem na mój karabin energetyczny oparty o murek. Zrobiłem to odruchowo; wiedziałem, że znów będę musiał go użyć, choć obiecywałem sobie, że już kończę z wojaczką. Zamknąłem oczy, chcąc uciszyć moje myśli, które wręcz bombardowały mnie obrazami umierających żołnierzy, często rozerwanych na pół przez bordowe bydło skąpane w ludzkiej krwi, z jakim dane mi było się mierzyć przez dwadzieścia lat. - Nasz wróg od jakiegoś czasu nie atakuje. Co gorsza, otrzymałam meldunki mówiące o gwałtownym rozwoju siatki szpiegowskiej Demonów i praktycznie całodobowym ulatnianiu się oparów i dymu z wnętrza ich cytadeli. - Szykują się do natarcia... - spuentowałem, łapiąc za lufę karabinu – Nie mamy jednak dość sił, aby przeprowadzić atak jako pierwsi. Otworzyłem oczy. W świetle zachodzącego słońca piękno Vinei było podkreślone przez skrzenie się skóry na odcienie żółci przechodzącej w jasny pomarańcz. Włosy dziewczyny odbijające światło tylko wzmagały całą gamę ciepłych barw dodających jej uroku. Spojrzałem na posadzkę. Spod białego materiału można było dostrzec drobne stopy obute w delikatne sandałki ze skóry młodych Ildaho. - Masz za zadanie wyruszyć na zachód, w stronę ruin Hud. Ze zdumienia aż podskoczyłem. - Chyba nie chcesz reaktywować portalu między uniwersami? - zapytałem, będąc nieco zakłopotany – Przepaść między ich światem a naszym jest kolosalna, doprowadzisz tylko do jeszcze większego chaosu! - Przybędzie tylko jeden człowiek. Nie wiem jeszcze kiedy, ale może on być kluczowy. Artur przekazał mi, że odnalazł już swojego następcę, który będzie dużo potężniejszy od plugawych Bestii. Kim jest ten cały "Artur"? Często pada to egzotyczne imię z ust Vinei, ale jeszcze nigdy nie udało mi się odkryć, o kogo tak naprawdę chodzi. Moja dezorientacja była coraz większa. - Mam sterczeć wśród ruin i czekać aż jakiś książę z bajki przybędzie i nas uratuje...? - Sam mówiłeś, że nie chcesz już nigdy więcej się garnąć do bezpośredniej wojny. Znalazłam więc dla ciebie idealne zajęcie, w którym przydasz się jak mało kto. Na dodatek, Hud jest odwiedzane ostatnio przez inteligencję demońską, więc można by przy okazji zapolować... W sumie, jakby się nieco dłużej zastanowić, to nawet fajne to zlecenie. Dostanę prawie sto miarek w złocie, więc wystarczy mi na kilka lat spokojnego aczkolwiek skromnego życia. Nie powinno to być trudne zadanie – mogę w końcu wybrać sobie jeszcze trzech ludzi do pomocy, a wtedy na pewno zgarniam Marka, Sabinę i może jeszcze tego pajaca spod szóstego garnizonu; fajnie gra na cytrze i flecie, choć do walki to on nie jest stworzony... - Wyruszasz natychmiast, i nie chcę słyszeć słowa sprzeciwu – dodała wyjmując nagle zza płaszcza tekturowe bilety na lot pierwszą klasą sterowcem – Podaj nazwiska i garnizony, w których znajdują się wybrani przez ciebie towarzysze. Wyślemy ich następnym kursem zaraz za tobą do Aurum Agri. - Pozwolisz tylko, bym wyjął jakąś kartkę i rysik? - zapytałem niepewnie widząc stanowczą minę Luxianki – Muszę gdzieś zapisać te imiona, żebyś nie szukała wiatru w polu... - Uwiń się. Sięgnąłem do skórzanego przybornika przypiętego przy pasie. Znalazłem tam kilka ostałych srebrników, jakieś drobne części zapasowe do mojego karabinu, tekturowe pudełko z naładowanymi kondensatorkami kryształowymi do broni i nóż. Papieru brak, nie wspominając o jakichkolwiek kawałkach grafitu... - Napiszesz to na pokładzie sterowca. - wtrąciła, przerywając moje bezowocne poszukiwania; wskazała na słońce – Za pół godziny odlot. Zaniechałem przetrząsania mojego ekwipunku. Podniosłem z ziemi broń i zapiąłem ją na plecach. Sprawdziłem jeszcze, czy przybornik jest należycie przytroczony, by w końcu stwierdzić, że jestem gotowy do drogi. Vinea zrzuciła z siebie płaszcz, po czym rozpięła togę. Jej zachowanie przyprawiło mnie o lekkie zdziwienie. Ubrania bezwładnie zsunęły się z niej na ziemię ukazując lekki strój wykonany z barwionej na szaro skóry; składał się na kamizelkę bez ramiączek i spodnie ściśle przylegające do jej ciała aż po łydki, gdzie zaczynały się wiązania jej sandałków. Ku mojemu zaskoczeniu wyjęła zza pleców mały poskładany płócienny worek do którego wpakowała swoją szatę wyjściową, bilety i przewiesiła całość przez ramię. - Dlaczego...? - zapytałem, ale dziewczyna ubiegła mnie. - Ostatni test. Twoim zadaniem jest dobiegnięcie na poziom lotniska przede mną. Wszystkie chwyty dozwolone, bylebyś był szybszy. Stanąłem jak wryty. Wielu ludzi z zawodu i bliższego otoczenia uznało ją za szaloną, ale teraz przeszła samą siebie... Ani się nie obejrzałem, a ona rzuciła się w tył, nabrała rozbiegu, po czym skoczyła na ścianę naprzeciw schodów. Wykonała miękkie odbicie od niej i spadła w dół omijając wszystkie stopnie. - Co ty robisz, do cholery?! - powiedziałem do siebie z irytacją widząc że zagapiłem się. Zacząłem biec w stronę murku nieopodal tych samych schodów, by przesadzić je i przelecieć kilka metrów w dół. Złapałem zatknięty kij ze sztandaru Turrem. - Nie obijaj się! - usłyszałem z oddali. Vinea była już na murze okalającym zamek, co jeszcze bardziej mnie zadziwiło. Czas się sprężyć. Puściłem mocowanie herbu, by złapać się zwisającego swobodnie w dół materiału. Zsunąłem się z niego najszybciej jak się dało, spadłem na bruk dziedzińca przed frontem wysmukłej budowli. Wzrok innych skupił się na mnie, gdy rozpędziłem się przez cały…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%