Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 23 min czytania

Zlepek

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Potok Czasami odbicie jest o owiele bardziej rzeczywiste niż rzecz, która została odbita.

Chodzi o to, żeby stworzyć bajkę i dużo marzeń, żeby ludzie mieli przyszłość, której nie ma. To wytworzy im projekcję, film mentalny, będą mieli nadzieję i to ich będzie ciągnąć. Będą cierpieć, bo żyją w przód, zawsze żyją jutro. Dlatego potrzebna im jest nadzieja i inne rzeczy z nią związane. Zawsze mówią wczoraj albo jutro, czasem dziś, nigdy teraz. A ja... Ja próbuję żyć tu i teraz ale nie wychodzi mi tak jakbym się tego spodziewał. Od razu popełniam błąd spodziewając się czegoś ale przez swoje krótkie życie zostałem umoczony w tej a nie innej kulturze, zostały mi wszczepione takie a nie inne poglądy i właśnie dlatego teraz kiedy wylazłem ze studni kulturowej dalej śmierdzę tą samą wodą i nią ociekam. Dalej trzyma mnie za gardło żelazny łańcuch nie pozwalajacy się zerwać. Oni mnie nie puszczą, ja się im nie przeciwstawię. Oni chcą mnie zniszczyć, ja im na to pozowlę. Oni są mną, a ja nimi. Jesteśmy jednym. Jesteśmy.

Znów ci się coś włączyło, spytał Torba. Nie odpowiedziałem mu, byłem wpatrzony w okno, w światło, które przez nie płynęło, przesączało się przez żaluzje i padało na jakiś spory kwiat w dużej doniczce. Nawet nie poczułem kiedy mnie podniósł i posadził na fotelu. Wylewałem mu się przez ręce. Kurwa, ogarnij się człowieku, dziś jest ten dzień, rozumiesz, pyta się dalej. Coś zaczyna zaskakiwać w mojej głowie, trzeszczeć i chrobotać, w końcu uświadamiam sobie, że naprawdę dziś jest ten dzień, ten wielki dzień. Patrzę na niego i przybieram taki wyraz twarzy, żeby zrozumiał. No, to przygotuj się, bo rozsypujesz się kurwa! Mam cię czymś naszprycować, żebyś ożył czy dasz radę? Dam radę, mówię, po czym wstaję ale natychmiast siadam i wymiotuję do uprzednio przez Torbę podstawionej plastikowej miski. Nawet nie zauważyłem, żeby tam była. Widzę, mówi i zaczyna się ubierać, szykować do wyjścia. Gdzie idziesz, pytam, tam gdzie idę, mówi i wychodzi. Rozglądam się po pokoju i stwierdzam, że mam tu niezły burdel. Fotele powywracane, na stoliku jakieś resztki, sam nawet nie wiem czego, mieni się to to i iskrzy w słońcu. Boli mnie łeb i strasznie sucho mi w ustach. Udaje mi się zwlec z fotela i na czworakach doleźć do łazienki. Wymiotuję do kibla i podnoszę się choć majta mną jak zawianym księżulem. Chwytam się za zlew i patrzę w lustro. To co widzę jest przerażające, choć wcale takie nie jest, tak mi się tylko wydaje. Szukam tabletek na ból głowy, nie potrafię przecztać ulotek, łykam co popadnie. Szumi mi w głowie. Byle tylko dojść do telewizorni, potem jakoś dam radę. Idę korytarzem, kurz tańczy razem ze mną, obijam się o ściany, strącam obrazy, zahaczam o dywan i ląduję na podłodze. Słyszę tępy huk i wydychane powietrze. Nie podniosę się, nie, nie mogę, kurwa nie dam rady, Torba, gdzie jesteś, kurwa gdzie mleko, gdzie te jebane mleko, gdzie jest ser, gdzie nóż, woda, Boże, wody, wody, czemy się nie napiłem, woda jest dobra i kran sprawny, przecież tam nic nie ma, żadnych bakterii, wąglik, tasiemiec, ptasia grypa, wszystko kurwa zmyślone, czysta woda, źródlana mineralna, znasz minerał, o który się ta woda przez wieki ocierała? nie?, a znasz li ten kray gdzie rosną cytryny, też nie. Torba! krzyczę, nic. Wstaję, nie, leżę dalej ale wstać próbuję, kanapa, jest już blisko, tak, uda się, padam na nią, wlewam się w nią. Czuję się jakbym został na podłodze, na tym dywanie, ale przecież jestem na kanapie, pilot, gdzie jest. Woda, nie mogę, nie dam rady. Włączam telewizor i moim oczom ukazuje się drzewo. Jest wielkie, wysokie, potężne, to dąb, szypułkowy mówi ktoś w pudle. Ścinają go, pada z hukiem, gdzie reszta?! reszta jest milczeniem! O wody, o wody. Dzwoni telefon, a to jest przecież w obecnej sytuacji nie do pomyślenia, nie do zniesienia, to się nie dzieje, ile wysiłku na dotarcie do kanapy zmarnowane przez jakiś pieprzony telefon, za co, na co, po co? I czemu wstaję, czy to ja wstaję czy ktoś inny, przecież chcę leżeć, może idzie do kuchni po wodę? nie to też nie możliwe, odbieram telefon. Halo? mówię, Adrian? Nie. A kto? Ja. Słuchaj, jak spotkasz Adriana to powiedz mu, że mam dla niego coś co jest mu potrzebne, powiedz, że Jaro dzwonił. Dobra, odkładam słuchawkę i zawracam do telewizorni, ale nie! to nie może być tak, ja mogę się napić, ja chcę się napić, wracam i idę do kuchni. Widzę plastikowe butelki pełne wody, o kurwa, raj. Chwytam pierwszą lepszą i łykam ten płyn całymi hałstami, opróżniam jedną butelkę za drugą, po czym wymiotuję do zlewu, po czym piję i znowu, i znowu. Radio gra. Jak ja je dostrzegłem? Marnuję wodę. Piję teraz powoli i równie powoli ożywam. Jeszcze żarcie, ale to przyjdzie później. Nie mogę teraz, wywalę z siebie szybciej niż zjem. Wracam prawie równym krokiem do pokoju i siadam przy stoliku. Uwalony proszkiem, konkretnie dziwnym. Ślinię palec i nurzam go w tym czymś, po czym wącham, próbuję na język ale nic nie czuję, zaczynam wcierać w dziąsło a potem wciągam to do nosa. Szarpie gardło ale działa, żyję. Kontaktuję, widzę, żyję. Oddycham głeboko i miarowo. Ja żyję! Patrzę na telewizor. Film przewija się jak krajobraz za oknem pędzącego pociągu. Kiedy? Nie twoja rzecz, nie moja, nie nasza. Nasza rzecz, nasze robić. Dobrze powiedziane. Dobrze... jest dobrze.

Obudziłem się na kanapie, wciąż był dzień, nie wiedziałem ile spałem ale niezbyt długo, może nawet tylko chwilę. Tam gdzie pada słońca promień widzę kurz, który tańczy i drażni moje nozdrza. Podnoszę się z barłogu i kieruję się do kuchni, piję wodę, po czym wychodzę z mieszkania zamykając je, klucz biorąc ze sobą. Obskurna klatka, nie, całkiem ładna, zalana światłem, dobra. Po drodze spostrzegam jakiegoś typka w garniaku, który ma aktówkę i maskę diabła. Kłania mi się na schodach. Od razu czuję do niego jakiś niepokój, jakąś nieufność. Strach. Dzień dobry, mówi, pan zaczeka. Przystaję i opieram się o ścianę. Pan może zechciałby coś podpisać, mówi diabeł i wyjmuje z aktówki jakiś arkusz z uwydatnionym miejscem na podpis. Co to? pytam się i nerwowo zerkam na kartki, to jest, mój drogi panie, akt ubezwłasnowolnienia, oddania wszystkiego co pan ma w moje, a raczej firmy, dla której pracuję, ręce. Patrzę na niego z byka i nie wierze własnym oczom i uszom. Kurwa, co to jest? To akt... Gówno mnie obchodzi co to jest, chodzi mi o to co tu się do kurwy nędzy dzieje, niech pan nie przeklina, jeszcze sąsiedzi usłyszą i nie podpiszą, to do sąsiadów też pan łazi? cały się trzęsę z gniewu i gdybym się tak dobrze nie kontrolował wypierdoliłbym mu te wszystkie białe ząbki na podłogę i kazał mu je zeżreć. Mój najłaskawszy panie, wszystko odbywa się zgodnie z prawem państwowym, nie rozumiem o co ta wrzawa? to na pewno nie jest zgodne z prawem, zabieracie ludziom wszystko, nawet ich samych, to jest chore, nie wnikam, mówi i odchodzi. Jak cię tu jeszcze raz zobaczę to zapierdolę, słyszysz! zapierdolę! Jezu, co tu się dzieje, wybiegam szybko z bloku. To co widzę przekracza moje najśmielsze oczekiwania, diabeł nie był sam, jest ich wielu, gnieżdża się pod blokami, na trzepakach, ławkach, wszędzie. Kurwa! Co się dzieje, krzyczę, wrzawa jest nie z tej ziemi, frakcja pierwsza diabły, druga ludzie bloków, jeszcze przyjdą inni, tak czuję.

Bezrobotny dresiarz i zażywacz narkotyków, odbywa podróż przez swoje miasteczko bez żadnego celu, powodu, w narkotycznym amoku. W bloku, w którym mieszka spotyka diabelskiego adwokata, który namawia ludzi do odsprzedawania się w ręce firmy, której służy, przez co większość ludzi z dzielnicy należy już do firmy, w radio słyszy się o anarchii w państwie i podziale na wiele frakcji, Polskę najeżdżają, głównie od północy Koreańcy, zwani Kitajcami i Arabowie, zwani Arabami. Ogólna sytuacja jest anarchiczna, w dzielnicy Dreha 70% ludzi przynależy do Firmy, 20% do Koreańców 5% trzyma piątkę z Arabami, a reszta to rasowi anarchiści, spidowcy, szukający mocnych wrażeń fanatycy psychiczni. W telewizji i radio słyszy się o wojnie zwanej potocznie Kotłem lub Potokiem, gdyż zalewa nas fala obcych najeźdźców, fala przemocy, narkotyków i ogólnie udzielającej się psychodeli. Każdy ćpa co popadnie, bitwy o bloki toczą się zaciekle, większość terytoriów przypada jednak Kitajcom, a ludzie, nawet ci z Firmy, dziwacznie egzystują razem z Kitajcami, można powiedzieć koegzystują, sprawnie razem dążą do wyzwolenia Polski od firmowców i Arabów. Policja zatrzymuje rzesze ludzi i osadza ich w przepełnionych więzieniach, szprycując coca colą i białoruską wódką co udziela się więzniom na rozdarcie pomiędzy Zachodem i Wschodem, co tworzy w nich poczucie odrębności i grupują się w nową frakcję, Wyznawców. Nie wiadmo co dokładnie wyznają, ale jest to fanatyczne, co do tego nie ma wątpliwości. Dresiarz szuka swego przyjaciela ale go nie znajduje, szuka go w lasach przymiastowych, odnajduje stary zakład przemysłowy, wytwarzający gazy psychodeliczne, tam znajduje frakcję koreańską, która wraz z Arabami dogaduje się co do tego kto ma przejąć fabrykę. Drehu wpada tam i jest bardzo nie mile widziany, chcą go zapakować do chińskiego pudełka i wysłać do Mogadiszu ale ten się niedaje i próbuje walczyć i ucieka.Wpada w kłopoty, dostaje trefny towar od lewego kitajskiego dilera,, który go ostro nawala w taki sposób, że Drehu myśli, że to on jest Allahem, zaczyna publicznie wypowiadać się w tej sprawie, mówi, że jest fizyczną manifestacją Boga. Popada w konflikt z frakcją policyjną, arabską i kitajską przez swoje wystąpienia, które czynią szum na antenie i w kraju. Są to kłopoty takie typu, z których może go wyciągnąć jedynie zawarcie umowy z diabelską firmą i wysłannikami w czerwonych maskach. Drehu podpisując umowę musi wypełniać dziwaczne obowiązki, co do poprawności których Drehu nie ma pewności, próbuje się wykręcić od napadu na bank, ale zostaje usidlony, po czym łapie go frakcja policyjna. W firmie jednak ma wsparcie w postaci skorumpowanych klawiszy, którzy pomagają mu uciec,to jedyny moment na zerwanie konszachtów z firmą, Drehu wpada do siedziby firmy i zabija głównego szefa, anarchia, która powstaje w związku z tym jest nie do opisania, wojna w państwie. Na koniec Drehu idzie ulicą, wszędzie trupy i wybuchy, świat w narkotycznym transie wiruje, duchy przodków otaczając Dreha, duchy umarłych szepczą do uszu, wszędzie strzelaniny, gonitwy, bitwy, anarchia, na koniec zaćmienie słońca, długa i zimna cisza, Drehu aplikuje sobie DMT i odlatuje w wszechświat.

Drehu: Nazywa się Tobiasz Nahajewski. Pochodzi z małego miasta, gdzieś przy morzu, był i jest bezrobotny, młody. Zależy mu na dużej ilości wszelakiej maści narkotyków i to motywuje go do działania. Dąży do zebrania dostatecznej ilości pieniędzy na prochy, a w zamyśle ma plan na stworzenie swego mikropaństwa w okolicach wschodniej Polski. Przeszkadza mu w tym firma, policja, tubylcy czyli inne frakcje walczące w państwie po wprowadzeniu się samoistnie anarchii. Bohater zmienia się z wyskokowicza w chronicznie nabuzowanego dragami psychodelika, jeden wielki DMT. Ma swoje pokrętne zasady, których bezwzględnie przestrzega, ubiera się w dresy, ufa tylko Torbie, swemu kumplowi, prowadzi pasożytniczy tryb życia i żywi pogardę do firmy i adwokatów i szefa, ma intuicję i doskonale rozwinięte instynkty samozachowawcze. Torba:Tobiasz Kośnicki. Pochodzi z tego samego miasta co Drehu, młody, był dilerem. Tak jak Drehowi, zależu mu na prochach ale ogranicza i buduje swoje…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%