Fantastyka · 36 min czytania
ZŁODZIEJ
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pieniądze towarzyszą naszemu życiu od zarania dziejów. Na początku były to dobra materialne takie jak zwierzęce skóry, zboże, sól czy zwykłe pióra. Pełniły funkcje płatnicze lub barterowe. Z czasem człowiek zaczął cenić rzadkie metale takie jak złoto lub srebro. Zaczęto je formować w monety, które same w sobie stanowiły wartość, gdyż były wykonane z cennego kruszcu. Tą formę płatności wynaleziono prawdopodobnie około VII w. p.n.e. w Fenicji. Moneta może się pochwalić niezwykle długą karierą, bo ostatnie z nich zostały wycofane z obiegu w 2032 roku na terenie Północnego Związku Afrykańskiego. Pieniądz papierowy podzielił los monet ledwie kilka lat później, zamykając erę płatności gotówkowych. Karty kredytowe, płatnicze i debetowe przetrwały do tej pory, ale stanowią niewielki procent zawieranych transakcji, bo większość sklepów zwyczajnie zrezygnowała z takiej formy płatności. Od ponad 20 lat w większości sklepów zainstalowano system biometrycznego monitoringu. Wszechobecne kamery i sensory dokładnie wiedzą, kiedy i z kim mają do czynienia. Jeśli weźmiesz jakiś towar ze spożywczego i zaniesiesz go do domu, to zanim zdążysz przekroczyć próg sklepu, twój bank dostanie rachunek i konto zostanie obciążone. Jedynie w przypadku wysokich transakcji potrzebny jest elektroniczny podpis i głośne oświadczenie woli. Jedynie w najdroższych markowych sklepach pracują ludzie jako wykwintni subiekci, których jedynym zadaniem jest spakowanie ubrania lub biżuterii i sprawianie by klient był pewien, iż słusznie wydał tak wielką kwotę pieniędzy. Kradzież sklepowa jest praktycznie niemożliwa… a jednak… Frank był w drodze do galerii, której właściciel twierdził, iż jest okradany. Zlecenie pozostawione przez kolegę po fachu, któremu bliżej było do ochrony interesów UTF. Sięgnął do kieszeni i sprawdził zapas monet, następnie niemal odruchowo przeładował broń i sprawdził kilka gadżetów ukrytych w swojej skórzanej kurtce. Wszystko działało bez zarzutu, a zapas okrągłych kawałków metalu był całkowicie satysfakcjonujący. Monety stały się tanim i łatwym do pozyskania artefaktem. Miały w sobie całkiem sporo magicznej mocy. Przez lata przechodziły z ręki do reki. Były gubione i znajdowane. Służyły mordercom i zakonnicom. Noszono je w portfelach na sercach, bądź w kieszeniach przy genitaliach. Nabierały mocy z każdym dotknięciem i każdą przeprowadzoną transakcją. Praktycznie w każdym człowieku wzbudzały podświadome emocje i pożądanie. Magowie skupowali je, od kogo się dało. W każdym domu można było znaleźć szkatułkę lub starą skarbonkę, w której od lat leżało przynajmniej kilkanaście monet. Podobnie jak inne artefakty, były jednorazowego użytku. Jedna moneta – jedno zaklęcie. Nie więcej nie mniej. Niektórzy magowie chwalili się, że potrafili za pomocą jednej monety przeprowadzić dwa zaklęcia, ale było to jak dzielenie włosa na dwoje. Każde z zaklęć było wówczas o wiele słabsze i nie dawało pełnego efektu. Frank dojeżdżał do zleceniodawcy, którym był właściciel niewielkiej galerii w starym centrum miasta. Twierdził, iż od niedawna jest regularnie okradany przez jakiegoś maga. W rozmowie mówił, iż towar po prostu znikał z półek. Frank wiedział, że jest to możliwe, ale mało prawdopodobne. Kraść buty czy jedzenie przy pomocy magii było czymś podobnym do polowania na muchę przy pomocy bazooki. Zresztą jakakolwiek praca maga jest na tyle dobrze płatna, iż z pewnością nie opłaca się kraść tak drobnych rzeczy. Zaparkował samochód i poszedł na umówione miejsce. Galeria miała cztery poziomy, na których można było znaleźć kilka restauracji, halę spożywczą, salon samochodowy i kilkanaście sklepów odzieżowych i obuwniczych. - Szukam pana Stanisława Wolskiego – powiedział do barmana w jednej z restauracji. Była to przytulna knajpka z japońskim wystrojem. Różnokolorowe lampiony zwisały nad stolikami, z których sączyło się delikatne światło ledwo oświetlające dania i ludzi siedzących naprzeciw siebie. Przesłonki między stolikami stylizowane były na cienkie papierowe drzwi, jakie często widziało się w filmach o Japonii XIX wieku. - Pan mnie szuka? – głos należał do człowieka siedzącego przy najbliższym stoliku. Frank wyciągnął legitymacje, która w jego dłoni lekko zajaśniała. - Rozumiem, proszę za mną. Pan Wolski okazał się być niewiele starszym od Franka, łysym gościem, który z pewnością nie żałował sobie słodyczy. Twarz miał nalaną i okrągłą. Tatuaż na głowie i bródka sprawiały, że przypominał amatorów jazdy na starych spalinowych motocyklach. Ubrany w jakąś kamizelkę i czarne dżinsy nie przypominał biznesmena, będącego właścicielem galerii handlowej. - Wszystko zaczęło się tutaj – Wolski pokazał na hale spożywczą – Zaczęły ginąc najróżniejsze rzeczy. Było to jakby ktoś robił sobie zakupy na obiad, albo kolację. Wina, wędliny, pieczywo, sery raz nawet wykałaczki. Komputer po prostu wariował. Nagle zgłaszał brak towaru, pomimo iż nikt go nie nabył. Dla mnie jasnym się stało, że to ktoś znający magię. Frank jeszcze bardziej wątpił w słowa właściciela. Kradzież kawałka sera czy butelki wina przy pomocy magii nie miała najmniejszego sensu. Nawet najprostsze zaklęcia teleportujące były przynajmniej kilkanaście razy lepiej opłacane niż całodzienne spożywcze zakupy. Słowa właściciela nie trzymały się kupy. - Co pan o tym sądzi? – zapytał mając nadzieję na szybkie załatwienie sprawy. - Muszę to sprawdzić – odpowiedział Frank. - Proszę się nie spieszyć – odpowiedział Wolski, następnie odwrócił się na pięcie i momentalnie zniknął. Magowie potrafią wyczuwać obecność magii tak jak zwykli ludzie potrafią wyczuć zmianę temperatury, smaku czy zapachu. Różnica polegała na tym, że niektórzy mają wysoką a inni niską wrażliwość. Frank należał do najlepszych. Potrafił wyczuć magię na kilkanaście metrów a agresywne zaklęcia z jeszcze większego dystansu. Chodził wzdłuż półek starając się skupiać swoje zmysły na produktach, które według właściciela potrafiły samoczynnie znikać. Bez nadziei na cokolwiek niezwykłego wyjął z kieszeni kilkanaście monet, starannie wybrał jedną, następnie ściskając ją w zamkniętej dłoni, wypowiedział zaklęcie. - Fortis – inkantacja wzmacniająca niektóre zaklęcia jak i własną magiczną siłę. Była bardzo przydatna, ale niezwykle wyczerpująca. Przeciętny mag był w stanie utrzymać je najwyżej kilka czasem kilkanaście sekund. Nieoficjalny rekord Franka wynosił prawie minutę. Powietrze wokół niego zaczęło drżeć i przenikać wszystko. Wsiąkało w podłogę, reklamy, produkty, pułki i regały. Szedł z lekko zmrużonymi oczami starając się wyczuć najmniejszą zmianę w magicznym polu. W miejscu, gdzie zaczynały się półki z winami mała drobina magii zwróciła jego uwagę. Była ledwo wyczuwalna, ale bezsprzecznie istniała, niczym ziarnko piachu na jasnej podłodze. Zdjął zaklęcie i natychmiast założył okulary. Była to specjalna para szkieł o bardzo grubych szkłach i oprawkach. Wyglądały jakby były zrobione z rozwałkowanej plasteliny przez sześcioletnie dziecko. Były wynikiem mody, jaka zapanowała ponad 10 lat temu, a że spełniały swoje zadanie doskonale Frank nie zamierzał się ich pozbywać. Kręcąc nimi niczym obiektywami zbliżył obraz mikroskopijnej magii. Nie wierzył własnym oczom. Miał przed sobą tunel Perriego. Magiczny wynalazek działający jak kabel z tą jednak różnicą, że można było przesyłać za jego pomocą przedmioty, a nawet ludzi na odległość kilkuset metrów. Większość tuneli była wielka jak rura kanalizacyjna i biła od nich magia, którą dawało się wyczuć na przysłowiowy kilometr. Ten za to był wręcz mikroskopijny. Przewagę nad teleportem miał taką, że po stworzeniu takiego tunelu można było z niego korzystać wielokrotnie bez kolejnych inkantacji i zużywaniu artefaktów. Frank taki tunel utworzył tylko raz dla jednej z kopalni by szybko wyciągnąć zasypanych górników. Jednak to, co tu widział nie miało żadnego porównania z tym, co sam niegdyś stworzył. Jeśli on był kowalem tego zaklęcia, i operował ciężkim młotem z kowadłem to właśnie spotkał zegarmistrza mającego w swych rękach jedynie maleńkie szczypce i niezwykłą precyzję. Poczuł niezwykłą chęć poznania maga, który stworzył takie arcydzieło. Dalej kręcił swoimi okularami i stwierdził, że połączenie jest aktywne. Stróżka wyglądająca jak cienka wiązka lasera i znikała nad przeciwległą ścianą zaraz obok sufitu. Gdzieś tam dalej misi być drugi koniec. Schował okulary, następnie po raz kolejny sprawdził broń i zapas monet. Wyciągnął jedną z nich i otwartą dłonią przyłożył do miejsca na półce. Tunel porwał go z cichym sykiem, co było zauważalne jedynie dla kamer strzegących sklep. Sama podróż nie była niczym niezwykłym. Nie można było się ruszyć, słyszało się szumy i widziało wszechobecne jasne plamy. Po sekundzie Frank znalazł się po drugiej stronie. Znów oniemiał, bo przed sobą zobaczył polanę leśną i piętrowy dom przypominający leśniczówkę. Usłyszał ćwierkanie ptaków, ogarnął go świeży leśny zapach, a na twarzy poczuł słońce przebijające się przez korony drzew. Zrozumiał, że musi być przynajmniej kilkadziesiąt kilometrów od galerii. Nigdy nie słyszał o możliwości stworzenie tak długiego tunelu. Sięgnął po telefon by sprawdzić swoją pozycję, jednak nie zdołał spojrzeć na wyświetlacz. W jego kierunku biegła szara postać. - Intruz – usłyszał, gdy tamten uniósł nad głowę długa laskę gotową do zadania ciosu. Frank momentalnie wyciągnął broń i w ciągu sekundy posłał kilkanaście kul w pierś napastnika. Siła pocisków odrzuciła go, ale najwyraźniej nie uczyniła mu krzywdy, bo po chwili podniósł się gotowy do kolejnego ataku. Przez tą chwilę Frank zdołał się nieco przyjrzeć swemu przeciwnikowi. Musiał mieć sporo ponad dwa metry wzrostu i potężną posturę. Odziany w szary habit wyglądał na średniowiecznego mnicha. Twarzy nie widział, ale dłonie zaciśnięte na grubej, potężnej lasce z pewnością mogłyby zmiażdżyć główkę małego dziecka. Znów rzucił się na Franka, który tym razem zrobił unik. Mnich jak na swój wzrost i wagę był niezwykle szybki i sprawny. Kilka ciosów minęło go o centymetry. Frank wymierzył pistolet w głowę i nacisnął spust. Seria kul jedynie zachwiała mnichem, który już szykował się do kolejnego ataku. Frank odskoczył na prawie dziesięć metrów, chciał zyskać trochę więcej czasu. Zaczął uciekać między drzewami, gdy nagle odbił się od ziemi potężnym susem i wylądował wysoko w koronie jednego z drzew. Schował broń, która najwyraźniej była bezużyteczna. W jego dłoniach nie wiadomo skąd pojawiły się monety gotowe spełnić swoje magiczne przeznaczenie. Odwrócił się i zaczął się bacznie rozglądać. Kimkolwiek był jego przeciwnik, musiał znać magię i jej bojowe zastosowanie. Kule najwyraźniej nie były w stanie go skrzywdzić, ale mocnym zaklęciom, z pewnością nie będzie się w stanie oprzeć. Niestety po potężnym mnichu nie było śladu, jakby rozpłynął się w powietrzu lub zapadł pod leśną ściółkę. Frank znów słyszał jedynie odgłosy lasu i swój własny nieco przyspieszony oddech. Przyczajony na gałęzi rozglądał się i nasłuchiwał najmniejszych zmian w odgłosach puszczy. Nagle za sobą poczuł ciepło i błysk. Spadając zdał sobie sprawę, że zadziałał jeden z jego młodzieńczych wynalazków. Jeszcze w szkole zrobił kawał swemu koledze, który bardzo lubił klepać innych po karku. Fotokomórka i komputer znajdujący się w kołnierzu kurtki rozpoznawał atak i spryskiwał dłoń wyjątkowo lepką i śmierdzącą mazią. Pseudo kolega po jednej takiej kąpieli zaprzestał swych praktyk. Dziś w kołnierzu kurtki również znajdowały się elektroniczne urządzenia. Teraz połączone były jednak nie z dyszą pełną odstraszającej cieczy, ale z zaklęciami. W razie niespodziewanego ataku miały utworzyć za nim coś w rodzaju tarczy chroniącej go przed ciosami. Zadziałały wzorowo, a Frank na nowo zaczął oceniać swoje szanse w tym pojedynku. Zeskoczył z drzewa najdalej jak potrafił. Odpowiednim balansem ciała zdołał w powietrzu odwrócić się i wylądować przodem do wciąż atakującego mnicha. Ten zdążył już zeskoczyć z drzewa i z niespożytymi siłami przystąpił do ponownego ataku. - Forfil – krzyknął Frank i skierował dłoń z monetą w kierunku mnicha. Pomiędzy nimi pojawiła się okrągła jasnoniebieska błona przypominająca cienkie szkło. Mnich naparł na nie swym barem z całą siłą. Rozległ się głęboki donośny dźwięk niczym ze starego wielkiego dzwonu. W drugiej próbie mnich spróbował obejść zabezpieczenie, ale to wciąż zagradzało mu drogę chroniąc mistrza, który je stworzył. W swej bezsilności zaczął okładać tarczę pięściami. Każdy cios wywoływał kolejne głuche tąpnięcia, aż z pięści zaczął sypać się kurz. Tarcza na brzegach zaczynała się rozpadać. Krawędzie niczym kawałki szkła zaczęły odpadać i zmieniać się w skrawki dymu. Z każdą chwilą była ona coraz mniejsza. Frank na szczęście wiedział już dokładnie, z kim a właściwie, z czym ma do czynienia. Przygotował kolejne monety, ugiął nogi, oddychał miarowo i czekał. Mnich rozbił w końcu tarczę i rzucił się na maga. Frank podskoczył i będąc w powietrzu krzyknął. - Hiberno!!! Biała struga światła ugodziła mnicha w plecy. Nie wydał jednak z siebie żadnego krzyku czy jęku. Odwrócił się i znów ruszył do ataku, ale jakby trochę wolniej. - Hiberno! – krzyknął Frank i moc kolejnej monety została zmieniona w zaklęcie. Tym razem trafił w pierś, co jeszcze bardziej spowolniło mnicha. Skoczył na bok i kolejne zaklęcia tej samej treści w końcu sprawiły, iż mnich upadł. Zdążył jednak podnieść głowę i wyciągnąć rękę w jego kierunku. - Hiberno! – ostatni błysk sprawił, iż postać mnicha znieruchomiała całkowicie. Frank zachwiał się. Był cały spocony, a ręce mu drżały. Nie miał jednak chwili do stracenia. Wyciągnął z kieszeni kurtki pigułkę i rozgryzł ją w zębach. Drżenie rąk ustało a oddech przestał być tak nierówny. Podskoczył do nieruchomej postaci i ściągnął mu kaptur z głowy. Pod nim nie było jednak głowy człowieka. Frank zobaczył cos brązowego, okrągłego i bardzo porowatego. Wyglądało jakby głowa człowieka została obtoczona w błocie bagiennym i pozostawiona do obeschnięcia. Mag jednak ani trochę nie zdziwił się takim widokiem. Wyciągnął swój telefon i nakierował nim na leżąca postać. - Podaj temperaturę? - Minus 16 stopni Celsjusza – odpowiedział telefon. - Czas do roztopienia? - Jeśli nie nastąpi gwałtowne ocieplenie, to do całkowitego rozmarznięcia pozostało 78 minut. Frank schował telefon i spojrzał na zegarek, na którym automatycznie pojawiła się tarcza z odliczaniem wspomnianych 78 minut. - Skróć czas o 10 minut. Alarm na 5 minut przed końcem. – zegarek skorygował odliczanie. Golem był unieruchomiony, na co najmniej godzinę. Nie liczył już na odnalezienie maga. Był pewien, że odgłosy walki zaalarmowały, go i zdążył uciec w bezpieczne miejsce. Postanowił jednak zajrzeć do leśniczówki. Po raz kolejny musiał schylić czoło przed mistrzem, który stworzył tak silnego golema. Twór zwany golemem był materią zaprogramowaną na pewne określone działanie. Tworzyło się go przy pomocy serii skomplikowanych zaklęć i jedynie w rękach najlepszych mistrzów przynosiło to pożądane i znośne efekty. Żaden golem nie wyglądał jak człowiek. Był niczym bryła błota przypominająca z grubsza postać ludzką. Najczęściej był formowany z gliny i ziemi pobranej z cmentarzy, gdzie ludzkie emocje związane z życiem sięgały zenitu. Każdy wchodząc na cmentarz niemal zawsze zastanawiał się, kiedy przyjdzie na niego kolej i gdzie spocznie. Takie odczucia ułatwiały tworzenie golemów, które swym zachowaniem miały naśladować żywych ludzi. Ostatecznie kilkanaście lat temu po serii wypadków zostały zakazane, jako twory o małej stabilności magicznej. Wrócił na polanę i raz jeszcze spojrzał na leśniczówkę. Teraz mógł się jej dokładniej przyjrzeć. Cały budynek powstał z jasnych bali z charakterystycznymi wystającymi rogami. Dach był spadzisty, przypominający góralską chatkę. Weranda otaczała ją z dwóch stron tworząc przestronne miejsce, pod którym stał stolik z kanapą. Wejście było dużymi przeszklonymi drzwiami, które teraz były lekko uchylone. Frank założył okulary i w obydwie dłonie włożył monety. Zdziwił się bardzo, bo ani jego okulary, ani on sam nie wyczuwał jakiejkolwiek magii ochronnej. Było to tak jakby właściciel całą wiarę w ochronę powierzył bezrozumnemu golemowi. Wszedł do środka. Otoczyły go stare, ale czyste i zadbane skórzane meble. Wszystko było utrzymane w odcieniach brązu. Od ścian wyłożonych boazerią po stół, krzesła, fotele i koszyki z wikliny, w których kwitły kwiaty. Frank nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest to ciepły i przytulny dom. Schody prowadzące na górę zawijały się wokół kominka. Wszedł na piętro i pchany odruchem wyciągnął broń. Wyczuwał aktywną magię na końcu korytarza. Podszedł do drzwi i zrozumiał, że było to jedynie proste zaklęcie antywłamaniowe. Zdjął je jednym ruchem połączonym z krótkim skupieniem następnie pchnął drzwi. Za drzwiami była sypialnia, w której przeważała biel, co w połączeniu z wciąż jasno świecącym słońcem sprawiało oślepiające wrażenie. Była zupełnie inna od dolnego salonu, jakby te dwa pomieszczenia nie były częścią tego samego domu. Na łóżku leżał człowiek. Miał zamknięte oczy i uchylone usta, przez które z cichym świstem miarowo przemieszczało się powietrze. Skóra jego twarzy była cienka niczym papier, a kości wydawały się przebijać tą resztkę tkanki. Jedna z dłoni wystawała ponad kołdrę. Podobnie jak twarz była bardzo chuda, niemalże zasuszona. Frank zaczął rozglądać się po pokoju. Na szafce zobaczył ramkę, na której wyświetlały się obrazy różnych osób w krótkich niemych scenkach. Kilka monet leżało tuż obok szklanki z jakąś żółtą zawiesiną. - Pokonałeś Todda? – głos mężczyzny z łóżka był głęboki jednocześnie dziwnie silny i donośny. - To coś ma imię? – Frank odwrócił się momentalnie z wycelowaną bronią i monetą gotową stać się zaklęciem. Starzec użył drobnego magicznego wzmocnienia swego głosu. Oczy miał lekko uchylone,…