Mitologia · 19 min czytania
Złodziej Ludzkich Dusz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Już przyzwyczaił się do panującej ciemności; miał na to wystarczająco dużo czasu, jednak w jego pamięci wciąż tkwiła, chwila kiedy tu zszedł po raz pierwszy — tak jak inni, z którymi przyszedł, wiedziony lękiem, nieświadomością, czymś co wiodło go tu przez całe życie, bez jego własnej woli, wbrew jego wierze i ideom. Wielokilometrowe pustkowie, wypełnione gęstą mgłą zaprowadziło i jego i jego towarzyszy do wlotu w skale. — Czy to już tutaj? — zapytała kobieta, która przez całą drogę, niosła na rękach śpiące niemowlę. Nikt nie potrafił jej odpowiedzieć. Choć wszyscy, wraz z IKS, wiedzieli, że to tu właśnie, kończy się ich droga. Drżąc wszyscy, niepewnie zagłębili się w mrocznym wejściu. Ich oczy nie przyzwyczajone do ciemności, przestały pełnić jakąkolwiek funkcję, więc szli na oślep, potykając się co jakiś czas, na nierównej powierzchni. Kilka set metrów dalej wyszli z wąskiego przesmyku, do obszernej podziemnej przestrzeni, gdzie jasność wydawała się odrobinę większa, albo to ich oczy przeszły przyspieszony kurs orientacji w nowym środowisku. Byli już w stanie dostrzegać większe zarysy. Wychodzili pojedynczo, śledzeni czujnym spojrzeniem świecących ślepi Cerbera, który leżał leniwie, kilka metrów dalej od nich. Zazwyczaj podbiegał do nowoprzybyłych, obwąchiwał ich i niemal żądał by nakarmiono go, przyniesionym przez nich ciastem. Dziś jednak przetoczyło się tędy zbyt wielu i był już zmęczony wieczną z nimi zabawą. Podniósł więc tylko jedną ze swych głów, a kiedy ostatni z wchodzących pokonał kamienny próg, Cerber i tę głowę położył na wyciągniętych łapach i poddał się szybko, kiedy znużył go sen. A oni wciąż wystraszeni, wciąż nie wiedząc, co czynić dalej, wolnym krokiem, zbliżyli się do brzegu wód Styksu. Jego drugi brzeg, kryły gęste mroki i tylko gdzieś z oddali, dochodzący do nich plusk wody, dawał im wyobrażenie niezmierzonej przestrzeni, jaka dzieliła ich od drugiego lądu. Dziecko, które dotychczas grzecznie spało na ramionach matki teraz zbudziło się i zdenerwowane obecnością nieznanego mu świata, zaczęło płakać nie bacząc na prośby jego matki, usiłującej je uspokoić, głaszcząc i mocno przytulając je do piersi, choć sama, może nawet bardziej niż ono, bała się i serce jej nie zwalniało swego szaleńczego rytmu. — Zobaczcie, już płynie! — zawołał ktoś z obecnych i oczy wszystkich zebranych skierowały się za ruchem ręki wskazującej cień łodzi i stojącego na niej, przygarbionego mężczyzny, wolno lecz systematycznie poruszającego w mętnych wodach Styksu, ogromnym, drewnianym wiosłem, którego każdorazowe zanurzenie, niosło wśród kamiennych ścian, odgłos: „Hlub!” „Hlub!” „Hlub!” Postać z każdym następującym po sobie ruchem wiosła stawała się coraz bardziej wyraźniejsza i już rozpoznawalna niemal, pełna zmarszczek i zmęczenia, pokryta gęstą siwiejącą brodą, twarz o posępnym wyrazie i zapadniętych gdzieś głęboko w nią, małych oczach. Jego silne ramiona osadzone w szerokich barkach, pracowały równo, niemal automatycznie, jakby zostały stworzone właśnie po to i by móc robić to przez całą wieczność, nie odczuwając przy tym zmęczenia. Łódź podpłynęła do brzegu, a mocno dziobem uderzywszy o twarde skały, odwróciła się o 45 stopni, przyległwszy lewą burtą do linii brzegowej. Charon odłożył wiosło, stanął przy brzegu łodzi i zwrócił się do zebranych, niskim zachrypniętym głosem, tak mocno spotęgowanym przez echo, że brzmiał teraz jak głos boga, wykrzykującego ze szczytu Olimpu swą wolę. — Tu zaczyna się wieczność — powiedział. — I ja jestem jedyną drogą do niej. Kto wsiądzie do mej łodzi i popłynie ze mną wstąpi do Królestwa Hadesu, gdzie każdy z was: wojownik i matka, kapłanka i ladacznica, bogaty i żebrak, staną się sobie równio w swym szczęściu i pragnieniach. Zapłatą za to jest tylko jeden obol, wiec kto tylko go ma, może popłynąć wraz ze mną. Bez obola nie wpuszczę, bez niego niech potępieniec, tkwi tu, u brzegów Styksu, a wieczność niech stanie się jego przekleństwem. Niech już bytuje bez końca na granicy lęku i niepewności — ostatnie zdanie dodał w tonie przestrogi, także serca zebranych zadrżały, czując nieodwracalność losu potępionego. Rozejrzeli się wokoło siebie, patrząc sobie wzajemnie na twarze. Było ich dwudziestu kilku, zupełnie sobie obcy, nie znający się za życia, tutaj znaleźli się jako równi sobie, zjednoczeni w przypisanej im doli i nie doli. — Zapraszam do siebie — powiedział, a głos jego brzmiał łagodnie, z tak nie pasującą do jego wyglądu dobrocią. Zgromadzeni po chwili wahania niepewnie ruszyli w stronę łodzi, mocno zaciskając w dłoniach monety. Żaden z nich nie odezwał się ani słowem, słychać było tylko tupot ich bosych stóp, padających na kamienną powierzchnię. I tylko Charon, nim któregokolwiek z nich przepuścił do swej łodzi, mówił ostrym, grzmiącym słowem: — Bez obola nie wpuszczę! — wyciągał wtedy rękę, a oni pojedynczo kładli na jego wielkiej, otwartej dłoni, małą brązową monetę. Wtedy dopiero przepuszczał ich, a oni wciąż jeszcze kryjąc w sercach ziemskie lęki, zmieszane teraz ze zbliżającą się dla nich nagrodą za każdą doznaną krzywdę, za wszystkie blizny i niesprawiedliwości — zajmowali miejsca w łodzi, która, choć początkowo wydawała im się mała, to jednak bez trudu mieściła ich wszystkich i gdyby nawet było tu tysiąc mężów, to żaden z nich nie czułby ścisku. — Ty nie wsiadasz? — zapytała zatroskana kobieta, która jako ostatnia wsiadała na łódź, odwróciła głowę w stronę zagubionego w samym sobie IKS-a, który wciąż niepewny realności miejsca i zdarzeń, rozglądał się badawczo, próbując przegryźć mroki swym spojrzeniem, tak aby zbadać najdrobniejszy fragment olbrzymiej jaskini. — Bez obola nie wpuszczę — powtórzył Charon, zachrypniętym głosem, jakby to była jedyna znacząca tu rzecz, jedyny niezaprzeczalny aspekt wokoło którego toczy się życie. — Masz czym zapłacić? — dodał wyraźnie zwracając się do samotnie pozostałego na brzegu młodzieńca, wystawiając jednocześnie w jego stronę otwartą dłoń. — Nie mam — odrzekł młodzian, a w jego głosie wyraźnie słychać było wstyd niż rozpacz, wynikającą z perspektywy jego wiecznej tułaczki brzegami Styksu, bez możliwości przeprawy na jego drugą stronę. — Bez obola nie zabiorę! — zawtórował Charon i to samo miał mu powtarzać, przez następne setki, tysiące lat. Tam gdzie nikt czasu nie liczy. I on też nauczył się go nie liczyć, choć i na to potrzebował trochę czasu. Początkowo odmierzał go licząc, kolejne grupy przychodzących i odpływających ze starym Charonem. Czasami dostrzegał pośród nich swoich znajomych, przyjaciół — podchodził do nich, ale oni go nie poznawali, patrzyli na niego martwymi, ślepymi oczyma i bez słowa odchodzili, a potem przepadali tam gdzie mrok chronił drugi brzeg Styksu.
* — Ciężki dzień? — zapytał IKS, kiedy uniósł głowę i zobaczył stojącego nad sobą Charona. — Każdy jest taki sam — odpowiedział z goryczą i usiadł koło niego. Przez chwilę w milczeniu wpatrywali się w płynące wody Styksu i kołyszącą się na nich, przycumowaną, łódź. — Jak tam jest? — zapytał IKS, nie przerywając obserwacji rzeki. — Jak tam jest po drugiej stronie? — A co chcesz wiedzieć? — Charon spojrzał na jego twarz, wciąż ślepo utkwioną w dalekim punkcje. Jego odpowiedzią przez chwilę pozostawało jedynie milczenie i kiedy już zdecydowany był ponowić pytanie, IKS odwrócił się na niego. Oczy jednak wciąż miał nieobecne, jakby wypaliło się w nich wszelkie życie i pozostały jedynie pustym zwierciadłem obrazującym świat. — Co chcę wiedzieć? — powiedział, samemu nie będąc pewnym. — Może coś czego nie wiedziałem, tam, na Ziemi. — Przecież w to nie wierzyłeś. Uwierzysz teraz? IKS milczał. Słowa docierały do niego z opóźnieniem i z opóźnieniem na nie reagował. — To nie kwestia wiary — rzekł. — A czego? — Nadziei, złudzeń, tęsknoty. — Tęsknoty? — powtórzył starzec ze zdziwieniem. — Za tym co nieosiągalne. — Za tym co nierealne — poprawił go błyskawicznie. Charon skwitował jego słowa znaczącym milczeniem i milczał konsekwentnie przez kilkanaście sekund, nim obaj odwrócili od siebie uwagę. — Jak długo tu już jesteś? — zapytał starzec, kiedy panująca cisza im obu zaczęła doskwierać. IKS westchnął, nim odparł: — Zbyt długo, by cierpieć i za krótko, by już przestać o tym myśleć. — Dlatego chcesz myśleć o czymś innym? — Dlatego chciałbym w ogóle przestać myśleć — ponownie udzielił błyskawicznej odpowiedzi. — A opowieść o tym co jest tam, po drugiej stronie ci w tym pomoże? — zapytał zdumiony. — Tego nie wiem — wyznał szczerze. — Ale opowiedz mi. Chyba tego potrzebuję. Charon przestał mu patrzeć w twarz, spoglądał przed siebie, czasem na chwilę przymykał oczy, przywołując obrazy, które mimo swej rutyny wydawały mu się tak odległe, jakby już wiele lat temu, zatarły się w jego starej pamięci. — Kiedy mijam ostatnie zakole i przed oczyma ludzkimi jawią się piękne ogrody, głaskane jasnymi promieniami, które padają na wiecznie zielone gałęzie drzew, ludzie zwykle wstają z miejsc i przecierają łzy, na widok czekających ich cudowności. U brzegu wita ich sam Hades i podaje im dłoń, by przy jego pomocy, wyszli na ląd. Potem zabiera ich na wspólną kolację do pałacu boga i piją nektar ze złotych pucharów. A kiedy ta uroczystość dobiegnie końca, udają się na spoczynek do pałacowych komnat, gdzie budzą się o świcie zdrowi i wypoczęci i gotowi do wiecznego szczęścia. — A potem — zapytał IKS, widząc, że Charon już niczego nie doda. — Co potem? — Zawsze jest