Fantasy · 9 min czytania
Złodziejaszek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W najciemniejszym kącie sali siedział wysoki mężczyzna. Mieszał łyżką w czymś, co pretendowało do miana �zupa" i cieszył się, że nie zamówił piwa. Czujnym wzrokiem mierzył wnętrze przydrożnej oberży, w której zatrzymał się na nocleg. Barman obsługiwał kilku wesołych krasnoludów, którzy rozluźniali się po całym dniu pracy w pobliskiej kopalni węgla. Jeden bogaty kupiec popijał piwo, a dwóch siedzących z nim przy jednym stoliku osiłków, będących prawdopodobnie jego ochroniarzami, co chwila zerkało w okolice lady. Tam bowiem, na specjalnie wybudowanej scence, tańczyła piękna, ciemnowłosa elfka o cudownym głosie. Jej ubiór świadczył o tym, że również należała do ochroniarzy owego kupca, a jednak było coś diametralnie odmiennego w jej spodniach. Ładnie opinały się na pupie... Mężczyzna uśmiechnął się. Nieznacznie... Nie tylko on zwracał uwagę na wesołą elfkę. Krasnoludowi zgromadzili się wokół scenki, a niektórzy z nich wskakiwali nawet na podest i towarzyszyli dziewczynie w tańcu. Jej dwaj koledzy po fachu wpatrywali się w nią natomiast tak, jakby chcieli ją pożreć. Mężczyźnie nie przypadł do gustu ich wyraz twarzy. Przyszła mu do głowy myśl, która wydała mu się niedorzecznością: Ona musi być dziewicą. Rzeczywiście była. Drzwi oberży otworzyły się, do środka paradował niski urwis. Takie przynajmniej wrażenie odniósł bogaty kupiec. Wygląd przybysza nie zwiódł jednak siedzącego w kącie mężczyzny. Niziutki, potargany szatyn o aparycji nastoletniego chłopca był w rzeczywistości kenderem. I mężczyzna nie miał wątpliwości, że będzie to kosztować bogatego kupca majątek. Kenderzy byli bowiem rasą osobników, którzy kradli zawsze i wszystko. Kradli, bo musieli. - Igły, nici, ziele...ninka! Kto chce, kto chce, malowane owce?! - Przybysz zaczął zachwalać przyniesione przez siebie i wyciągane raz po raz z kieszeni towary. Na wyraźny gest bogacza wołający go, zbliżył się do niego możliwie blisko, by przeprowadzić z nim dyskretną rozmowę. Obserwator znów się uśmiechnął. Kupcy dokonali wymiany towarów i ten bogatszy (z pewnością posiadając portfel nieco lżejszy niż się spodziewał) podniósł się z krzesła. Powoli pomaszerował ku schodom i zaczął wspinać się na pięterko. Zaraz elfka zaprzestała tańców, ku zaniepokojeniu towarzyszących jej krasnoludów, i wraz z pozostałymi ochroniarzami powędrowała za swym szefem. Kender podszedł do baru i zamówił piwo, darząc barmana sutym napiwkiem. I wtedy to się zdarzyło. Ściana do której skryty w kącie mężczyzna siedział tyłem eksplodowała. Wybuch wyrzucił go na środek Sali. Wykonał przewrót przez ramię i, wprawdzie nieco oszołomiony, ponownie stanął na nogi. Jego oczy zwróciły się tam, gdzie i oczy pozostałych zgromadzonych. Drewniane resztki ściany płonęły żywym ogniem. Szaleńczy bieg ku drzwiom pomógł mężczyźnie uniknąć kolejnego przykrego wybuchu, w którym zginął barman. Za chwilę brunet stał już na podwórku. W progu minęli go zaintrygowani krasnoludowie. Spojrzał w niebo. W górze szybowały trzy wielkie wyverny. Co chwila któraś z nich spływała ku ziemi i wtedy wypuszczała z gardła kulę ognia. Rozsypani po całym polu krasnoludowie ciskali w nią wówczas toporami, ale nie dawało to wielkich efektów. Raz po raz któryś z nich ginął w przepastnym gardle bestii. Brunet zreflektował się, że przestał być sam. Spojrzał w lewo. Obok niego stał kender i, tak jak on przed chwilą, obserwował pole walki. Nagle odwrócił się i zatopił swój wzrok we wzroku mężczyzny. I obu wydało się, że w ciągu tego ułamka sekundy poznali się na przestrzał. Nie było to prawdą, ale przynajmniej wiedzieli, co muszą w tej chwili zrobić. I to, że tymczasowo są na siebie skazani. Mężczyzna wbiegł do sali głównej. Kupiec i jego ochroniarze wciąż nie wyszli ze środka. Albo jeszcze nie rozeznali się w sytuacji, albo coś kręcą. Mógł myśleć tylko o jednym. O jednej. Minął płonące stoły i płonącą podłogę. Na półkach za barem eksplodowała raz po raz kolejna butelka mocniejszego wina. Pomyślawszy o krasnoludzkim spirytusie znajdującym się w piwnicy wpadł w panikę. "Salmosie, dodaj mi skrzydeł!" Wskoczył na pierwszy, drugi, trzeci schodek. Schody jeszcze nie płonęły. Za chwilę był na piętrze. Rzucił się do pierwszych z brzegu drzwi i już miał je pchnąć, gdy zreflektował się, że warto wydobyć broń. Nie miał miecza. Dziwne, przecież miał miecz. Dlaczego więc go nie miał? To nic. Mógł wybierać między srebrnym nożem noszonym w cholewie…