Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

rodzina · 15 min czytania

Złudny Spokój

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:times} Sue siedziała na plaży obserwując spokojne morze i nadchodzący zachód słońca. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a w powietrzu rozchodził się tylko czysty, intensywny zapach bryzy morskiej. Dziewczyna zamknęła oczy i z lubością rozłożyła się na ciepłym jeszcze piasku, dłonie chowając pomiędzy ziarenka. Pomijając cichutki głosik wyrzutu z tyłu głowy, czuła się taka wyluzowana, taka bezpieczna. Tak cudownie nie czuła się od… Od bardzo dawna… Nie. Nie. Postanowiła o tym nie myśleć i tak zrobi. Będzie się trzymała tej jednej niezapisanej zasady, choćby się świat walił. Koniec i kropka. Przesunęła dłońmi wzdłuż ciała i ponownie nabrała świeże powietrze do płuc. Przetrzymała je tam, aż doliczyła do 10 po czym wypuściła. Wszystko to była zmuszona powtórzyć jeszcze 7 razy nim spokój powrócił. Godzinę później, gdy słońce zniknęło za horyzontem, podniosła się z ręcznika i przerzuciwszy go sobie przez ramię, z uśmiechem na ustach i głową wolną od gryzących ją przemyśleń, ruszyła do domu. Jednak myśli nigdy od nas nie odchodzą. Powracają w najmniej przez nas oczekiwanym momencie. Sue leżała w łóżku przykryta kołdrą aż po samą szyję. Twarz miała rozluźnioną, oddech spokojny. Wydawać by się mogło, że śni najpiękniejszy ze wszystkich snów, lecz niestety. Głośne bicie jej serca, oraz jego przyspieszony rytm wskazywały na to, że marzenie senna, w którym się znajduje, wcale nie jest tym, w którym chciałaby być. Nie minęła minuta, jak dziewczyna zaczęła się rzucać po łóżku i mamrotać. Łzy poczęły spływać jej po policzkach. Nagle, gwałtownie przebudzona, usiadła wśród rozrzuconej pościeli i zaczęła nerwowo rozglądać się dookoła, jak gdyby spodziewała się spostrzec w kącie pokoju uzbrojonego napastnika. Przekonawszy się, że jest bezpieczna, a jej strach pochodzi ze snu, ukryła twarz w dłoniach i rozszlochała się. Nie były to jednak łzy ulgi. *** Na drugim końcu miasta Celia spała spokojnie , wtulona w swojego narzeczonego, gdy dzwonek jej komórki wypełnił całą sypialnie, budząc ich oboje. Na dziewczynę od razu słynęło złe przeczucie, które tylko się spotęgowało, gdy odebrała. - Potrzebuję Twojej pomocy. Natychmiast. Dochodziła 5:30, gdy skończyła relacjonować swoją tajemnicę Celii. Obie były po dwóch kubkach mocnej kawy, lecz nawet to było słabą pobudką, w porównaniu ze słowami, które właśnie przemknęły przez pokój. Sue niespokojnie obserwowała emocje przenikające przez twarz przyjaciółki: szok, strach. I jeszcze coś, czego nie była w stanie określić. Czekała, nie miała wyboru, jak tylko czekać i zaufać, że reakcja będzie odpowiadała jej oczekiwaniom. Znały się od zawsze, wiedziały o sobie wszystko, każdą, najbardziej wstydliwą tajemnicę, lecz to, to było coś innego. Ten moment był najbardziej przerażającym jakiego doświadczyła podczas całej znajomości. Czuła, że sekundy dzielą ich od wybuchu paniki z braku reakcji drugiej strony. Jednak ona nareszcie drgnęła. Tornado emocji targające nią od środka ucichło, lub co bardziej prawdopodobne, zostało stłamszone, uciszone. Zacisnęła prawdą dłoń na kubku, lewą kładąc jednocześnie na dłoni Sue, w uspokajającym geście. - Spokojnie kochana. Damy radę, tylko razem. Przecież wiesz, że możesz na mnie liczyć. Normalnie takie słowa podniosłyby ją na duchu, oddalając troski daleko poza jej świadomość, lecz w tonie głosu powierniczki, czy może cień emocji na jej twarzy, sprawił, że ulga nie nadeszła. Tak bardzo oczekiwany spokój, tak desperacko pożądany pozostał nadal z sferze niespełnionych marzeń. Uniosła oczy i napotkała zatroskany wzrok Celii. Musiało się jej przywidzieć lub przesłyszeć, była przecież tak bardzo zmęczona... Ale przyjaciółka jej pomoże. A wtedy jej kłopoty znikną jak ręką odjął. Dochodziło południe, gdy Sue nareszcie zmorzył sen, a Celia zdobyła kilka chwil dla siebie. Wychodząc z domu, klucząc go i mijając sąsiadów koleżanki było całkowicie opanowana. Również jazda samochodem do mieszkanie nie przyszła jej z trudem, płynnie zmieniała biegi, nie jechała ostro. Jednak jej tama puściła, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi. Po policzkach ciurkiem pociekły jej łzy, zamazując obraz przed oczyma, a gardło ścisnęło się do tego stopnia, że nie tylko nie mogła wydobyć z siebie głosu, ale także Takedy wdech przypominał tysiące maleńkich szpilek wbijanych w jej krtań bez końca, bez ustanku. Bezwładnie osunęła się po drzwiach, siadając na podłodzie podkurczając kolana pod siebie i oplatając je ramionami, na których oparła czoło. Spazmy wstrząsające jej ciałem stopniowo słabły, aż ustały zupełnie. Dziewczyna jeszcze przez chwilę pozostała w tej samej pozycji, jakby bojąc się kolejnej tego typu reakcji ze strony swojego ciała, po czym powoli podniosła się i niepewnym krokiem ruszyła w kierunku sypialni. Jak transie otworzyła szafkę po swojej stronie łóżka i z samego dna wyciągnęła fotografię wykonana dosyć niedawno, sądząc po tym jak niewiele różniła się Celia ze zdjęcia od tej, która tera ledwo przytomna siedziała na skraju materaca. Przedstawiało ją i niewiele młodszego od niej chłopaka, siedzących na kocu piknikowym i uśmiechających się promiennie do obiektywu. Gdy przycisnęła fotografię do serca, po jej twarzy spłynęły kolejne łzy, a ciało zostało pochłonięte przez nową serię spazmów spowodowanych płaczem.

*** David wrócił do domu i z lubością zrzucił buty tuż za progiem. Nienawidził garniturów, krawatów i tych niewygodnych butów. Nienawidził tej papierkowej, nudnej roboty, tak podobnej do siebie każdego dnia. Żadnych niespodzianek, żadnych odchyleń od rutyny, nic nadzwyczajnego. Nuda. Jednak miało to i swoje zalety. Comiesięczna pensja, w dodatku nie mała pozwoliła mu na zakup mieszkania i pierścionka zaręczynowego dla Celii. Na myśl o narzeczonej uśmiech wypłynął na jego twarz. Nie mógł się doczekać wieczoru spędzonego tylko i wyłącznie z nią. Wszedł do ich sypialni i zaczął rozluźniać irytujący go krawat. Jak on tego ustrojstwa nie znosił. Czuł się z nim jak na smyczy. Uwolniwszy się, opadł wyczerpany na łóżko i wyciągnął się na nim, gdy pod prawą dłonią poczuł świstek papieru. Uniósł go sobie przed oczy i rozczytał. „Kochanie, przez noc zostaję u Sue. Jeżeli bym miała zostać dłużej obiecuję Ci napisać. Odpocznij sobie i pamiętaj, że Cię kocham.”. David bezwiednie uniósł kąciki ust i odłożył liścik na poduszkę ukochanej. Przymknął oczy i postanowił się chwilę zdrzemnąć. Tylko momencik. Ostatnią myślą, jaka przeleciała mu przez głowę, była duma. Jego przyszła żona była wspaniałą przyjaciółką. Tak bardzo troskliwą.

*** Nawet w największych miastach świata, są miejsca mało uczęszczane i takie, w których przez lata nie pokazuje się żywa dusza. Rośliny rosną tam dokładnie tak, jak sobie tego zażyczą, a zwierzęta, choćby i te najmniejsze, nie maja tak wrogów innych, niż naturalnych. Wszystko toczy się swoim rytmem dopóki raz na jakiś czas nie przyjedzie człowiek i nie przeorganizuje otoczenia na własną potrzebę. Takim czasem była obecna noc. Niedaleko jednego z takich dziewiczych miejsc podjechał samochód na zgaszonych światłach i wysiadły z niego dwie postacie. Bezzwłocznie obie skierowały się do bagażnika i wyciągnęły z niego ogromny, dwumetrowej długości kształt owinięty w czarna folię i związany sznurkiem. Powoli, co chwila przystając, by uchwycić powietrze postacie przeniosły kształt daleko od samochodu, w stronę resztki lasu, która się ostała. Podchodząc coraz bliżej, jedna z postaci zwolniła, po czym zatrzymała się zupełnie. Sue odłożyła ciężar i podeszła do świeżo wykopanego dołu, obok którego leżała…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%