Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

muzyka · 17 min czytania

Znajdź tu pedagoga

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Na stadionie uniwersytetu stanowego w Bloomfield w Montanie zgromadziło się kilka tysięcy osób. Był to maj 1999 roku, dzień wyjątkowo odświętny. Kilkaset studentów, ubranych w odświętne togi, miało za chwilę otrzymać dyplomy doktorskie i magisterskie. Stadion był wypełniony po brzegi rodzinami i przyjaciółmi absolwentów. Odśpiewano hymn państwowy i hymn uczelni. Słowo wstępne wygłosił rektor, a zaraz po nim miał wystąpić z wykładem specjalny gość tej uroczystości, profesor Krishna Chakraboorthy, światowy ekspert od spraw deficytu wody na świecie.

Pianista Wiesław Mądrzejewicz kończył właśnie doktorat ze sztuk muzycznych. Było w tym roku kilkoro innych absolwentów wydziału muzycznego: pianistka Ling Liu z Szanghaju, skrzypaczka Jung Kim z Seulu, kompozytor Joachim von Parnitz z Hamburga i Wiesław, pochodzący ze P….. Góry. Siedzieli razem w togach z różowymi szarfami, kolorami muzyki, i czekali, aż przyjdzie ich kolej. We wskazanym momencie każdy absolwent miał wejść na podium i odebrać dyplom od rektora, a potem uściskać ręce gubernatora stanu Montana, a potem ręce prorektora, dziekana i własnego profesora. Uroczystość transmitowana była na żywo przez stanową telewizję.

Wiesław miał dobre dwadzieścia minut zanim poproszą go, by ustawił się w kolejce. Zaczął rozmyślać o swej długiej drodze zawodowej, która zaprowadziła go w tym triumfalnym dniu na ten stadion w Montanie.

Jego myśli zawitały najpierw do rodzinnego miasta. To tu, w wielu sześciu lat, w roku 1976, posłano go do szkoły muzycznej. Jego pierwszą nauczycielką była pani Krystyna. Wiesław zaczął grać, ale raczej go to nie zainteresowało. On sam też nie zainteresował pani Krystyny. Lekcje były zazwyczaj o godzinie 14:30 a pani Krystyna, zawsze wyperfumowana i elegancko ubrana spóźniała się o dobrą godzinę. Czekając na nią, Wiesław czytał pod drzwiami gabinetu powieści Juliusza Verne. „Kotusia”, jak nazywała Wiesława wiecznie spóźniona pani Krystyna, miał lekcje w pięć minut, podczas których zadawała mu następnego menueta Bacha i etiudę, oraz gamy i pasaże. Pani Krystyna miała rodzinę w Kanadzie i opowiadała o pięciopasmowych autostradach w Toronto. I to chyba jedyne co dzieciaczek zapamiętał z jej lekcji. „Kotusia” grał jak mógł, śpiewał pilnie w chórze i chodził na wszelkie inne zajęcia, ale najwyraźniej wykazywał jakieś zdolności, gdyż posłano go do liceum muzycznego, gdzie rozpoczął naukę u pani Jadwigi.

Pani Jadwiga zajęła się nim na poważnie. Miał dwa razy w tygodniu wielogodzinne lekcje, często u niej w mieszkaniu, w bloku. Główną metodą pedagogiczną pani Jadwigi było krzyczenie na dziecko. Wszystko, pierwszy dźwięk utworu, tempo, jakość dźwięku, artykulacja, charakter, pedalizacja itd. denerwowało panią profesor i doprowadzało ją do niczym niekontrolowanej furii. Wiesław żył przez lata liceum w okropnym stresie, bał się fortepianu jak ognia, a ten zakodowany wtedy paniczny strach przed kobietami pozostał z nim już na zawsze. Każdy dźwięk i każdy ruch ręki był przedmiotem emocjonalnych eksplozji pani profesor. Pod tym kierownictwem, jako że ćwiczył siedem godzin dziennie, Wiesław robił niesamowite postępy techniczne i muzyczne.

Chodził w tym czasie regularnie do filharmonii. Wizytujący radzieccy soliści grali pięknie, zakrapiając wszystko na scenie obfitym potem który lał się z ich nalanych, tłustych i śmiertelnie poważnych twarzy. Soliści z Zachodu grali z uśmiechem i radością. Lokalna sflaczała orkiestra filharmoniczna grała nudno i bezbarwnie, z cynicznym, bezczelnym brakiem szacunku dla muzyki, dla dyrygenta, dla zagranicznych gości i dla wiernej, zabiedzonej publiczności. Wiesław doskonale rozumiał tych Rosjan, którzy grali tak jakby stali przed plutonem egzekucyjnym. Muzyka, tak jak każda jego lekcja fortepianu, to była przecież kwestia życia i śmierci! Zastanawiali go ci drudzy, ci wiecznie zrelaksowani burżuje, nie rozumiał ich, to był jakiś inny świat. Imponowali mu. Słuchał wtedy nieustannie płyt. Z niewiadomych powodów uwziął się na jedną płytę, z mazurkiem op. 56 nr 3 Chopina w interpretacji amerykańskiego pianisty Jeffreya Swann’a. To właśnie środkowa część tego mazurka spowodowała, że postanowił zostać pianistą.

W liceum pani Jadwiga kłóciła się nieustannie z koleżankami i dyrektorem. Wiesław obrywał za to na szkolnych konkursach i egzaminach, gdzie zawsze dawano mu niższe punktacje, na złość pani Jadwidze. Wysyłała go na lekcje do lokalnych profesorów w akademii muzycznej, z którymi się ponoć przyjaźniła, ale o których miała okropną opinię i wyzywała ich okropnie od obleśnych pedałów. Niespecjalnie pomocni byli owi profesorowie, owszem grali czasem pięknie, pokazywali, że tak jak oni to grają brzmi przecież po prostu dużo ładniej, ale jak to zrobić już nie wyjaśniali, może nie chcieli poradzić, a może nie wiedzieli, jak poradzić. Wiesław słuchał w tym czasie dużo Goulda, Rubinsteina, Benedettiego, Kocsisa oraz muzyki chóralnej. Jeździł na koncerty na festiwal „Wratislavia Cantans”, zakochał się w brytyjskiej śpiewaczce Emmie Kirby i w Pasji wg św. Jana Bacha. Podobał mu się bardzo robiący właśnie furorę Ivo Pogorelic. Wyglądał niesłychanie romantycznie w tych długich włosach i młodzieńczych rysach, ale do tego typu myśli Wiesław nie chciał się wtedy przed sobą przyznać. Jeden z licealnych kolegów miał nagrania Hoffmana i Friedmana, a na płytach dominowali w sklepach w Polsce Richter, Gilels, Nikolajewa i Baszkirow.

Pani Jadwiga na lekcjach dalej tupała, krzyczała, płakała, śpiewała, złorzeczyła, zastraszała, szantażowała wyrzuceniem z gabinetu i, czerwona na twarzy z permanentnego oburzenia, dostawała kompletnej furii. Wytłumaczyć niczego temu spokojnemu dziecku nie potrafiła. Szarpała go za rękawy, waliła mocno po plecach, trzymała ręce na jego dłoniach i grała jego palcami. Wrzeszczała mu do ucha. A w międzyczasie zaprzyjaźniła się z jego rodzicami. Wiesław grał ponoć bardzo dobrze, ale tak naprawdę tych umęczonych na torturach utworów nie lubił, wolał sobie poczytać a vista lub pograć z młodszą siostrą na cztery ręce. Grał też kompozycje młodych kolegów kompozytorów. W tych prywatnych spotkaniach z muzyką widmo wrzeszczącej pani Jadwigi było nieobecne, a ręce mogły się poruszać po klawiaturze tak jak same chciały. Wszystko nagle zależało wyłącznie od Wiesława. Nie było też żadnej presji by pobić konkurentów z klasy pani Renaty czy pani Katarzyny, dwóch śmiertelnych wrogów pani Jadwigi. Maturę zdał Wiesław z białoczerwonym paskiem i dostał się bardzo łatwo na studia w wielkiej metropolii. Wiesław cieszył się, że opuszcza zgniłą atmosferę lokalnego środowiska muzycznego.

Na akademii muzycznej w wielkiej metropolii został studentem pianistki światowej sławy, profesor KT. Miała ona asystenta, profesora FR. Na lekcje przynosiło się utwory nauczone na pamięć i grane już we właściwym tempie. U profesor KT panowała na lekcjach kompletna, mrożąca krew w żyłach cisza. KT uczyła z ołówkiem w ręku, zaznaczała plan dynamiki utworu i pedalizację, wyliczała co do nuty wszystkie ornamenty. Uczyła precyzji czytania tekstu i odpowiedzialności za każdą nutę. Nie interesował ją aspekt fizyczny i emocjonalny gry na fortepianie, uważała, że w tego typu sferę intymną nie będzie się mieszać. Uczyła muzyki, nie uczyła pianistów. Lekcje zaczynały się i kończyły punktualnie, co do sekundy. Wiesław miał często lekcje wieczorami jako ostatni student, profesor KT w pewnym momencie wstawała od fortepianu, podawała dłoń do pocałowania i opuszczała salę, a pod budynkiem czekała na nią taksówka. Raczej nie lubiła Wiesława, lubiła innych chłopców, bardziej szarmanckich, wysportowanych. Wiesław nie był czołobitny, nie umiał się podlizać, nie wiedział, jak kokietować panią profesor, a ona na co dzień bez komplementów i adoracji żyć nie umiała. Była przecież gwiazdą, jej twarz pokazywana była często w telewizji. Wiesław strasznie bał się jej krytycyzmu, jej zimnego obiektywizmu, choć imponowała mu jej osobista kultura, perfekcyjna znajomość języków obcych, jej intelekt i oczytanie. Nigdy nie mówiła nic złego o innych, co było ogromną zmianą dla Wiesława, który przeżył piekło prowincjonalnego liceum muzycznego.

Asystent pani profesor, FR, na lekcjach prawie nic nie mówił, siedział sobie cicho, czasem mruknął pod nosem, że ten czy taki inny utwór powinien być „bardziej pomarańczowy”. „Chyba sobie jaja robi”,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%