Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 24 min czytania

Znikąd

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jedno z trzech słońc, akurat to największe, zalewało rozpalonym żarem Ziemie Niczyje, zniechęcając do jakiegokolwiek ruchu. Nawet wrzaskliwe i wiecznie uszkadzające się krukawki, najliczniejsze ptaszyska w tym dziwacznym miejscu w którym akurat zamieszkiwałem, zamilkły. Baltazar, ścierwożerca i mój sąsiad, szybował w kółko po niebie niemalże poza zasięgiem wzroku. Co jakiś czas wśród wysokich, wyschniętych na wiór traw wybuchały pożary i natychmiast gasły przyduszone tysiącami ciałek jaszczurek ognistych, którym widocznie nie było dość ciepła. Suche powietrze drażniło stada trójrogów gnających na poszukiwanie wodopoju. Był środek lata. Upał. A ja musiałem ruszyć swoje leniwe kocie cielsko, które rozpaczliwie domagało się drzemki i zawlec je do siedziby Szarego Bractwa. I to zachowując przy tym należytą dozę godności. Mimo gorąca plotkarstwo nadal kwitło, a ja zamierzałem walczyć o swoje prawa. Trzeba w tym miejscu nadmienić, że między nami a Szarym Bractwem z Czarnej Puszczy trwała odwieczna wojna. Było tak na długo nim tu zamieszkałem i prawdopodobnie będzie jeszcze długo po tym, kiedy zdecyduję się odejść. Toczyła się o nasze tereny łowieckie, które parszywe psy starały się nam wykraść. Regularnie robiły wypady, by polować na trójrogi. Zwykle niezbyt udane, gdyż trójrogi, z pomocą innych trawożernych mieszkańców Ziem Niczyich oraz złotych kotów, potrafiły się skutecznie obronić, nawet przed zmasowaną napaścią. Jednak nikt nie odważył się wejść do lasu, gdzie Szare Bractwo stawało się śmiertelnie niebezpieczne. Aż wreszcie pojawiłem się ja, wyskakując z Dziury jak diabeł z pudełka i spadając wprost na ich dowódcę, niejakiego Furgreya. Zaczął się śmiać z potarganego, oszołomionego kocurka i nazwał mnie rudą kitą. Co za obraza, porównywać mnie z tym nędznym zjadaczem resztek i złodziejem o wąskim pysku, grzebiącym w dodatku nory w ziemi jak szczur! Nic dziwnego, że trochę mnie poniosło. Sprawiłem mu niezłe lanie – aż krew lała się z poranionego pyska i uszu. Może i miał odrobinę racji, gdyż moje futro rzeczywiście ma barwę miedzi, ale byłem wtedy bardzo młody i porywczy. Oczywiście boss się wściekł i zwołał bandę. Uciekałem, aż się kurzyło. Baltazar ujrzał całe zajście ze swych podniebnych szlaków i rzecz jasna nazajutrz każdy mieszkaniec Ziem znał tą historię, w dodatku z nieco zmienionym zakończeniem. Stałem się lokalnym bohaterem. Psy z Czarnej Puszczy poczuły się chyba nieco zawstydzone, gdyż od tej pory nie pokazywały na naszych łąkach swych puszystych ogonów. Przynajmniej niezbyt często i widocznie. Aż do niedawna. Chyba słoneczko wywarło zły wpływ na tok myślenia Furgreya, a może wszystkie ich ofiary uciekły z lasu. Dość, że bractwo postanowiło masowo zapolować na naszą zdobycz (pardon, mieszkańców). Zastosowało jakąś nową taktykę i porwało ze stada trzy młode trójrogi. Pożarło je. Na naszych oczach. Wściekłe koty zażądały ode mnie działania. Uznano, że skoro jestem szefem działu ds. kontaktów z Szarym Bractwem, powinienem ponieść za to odpowiedzialność. I zmuszono mnie do udania się do samego serca Czarnej Puszczy. Spotkanie z Furgreyem, który wciąż chował do mnie potężną urazę w związku z kilkoma paskudnymi szramami na nosie, nie zapowiadało się sielankowo. Uzbrojony w odwagę i godność których nie wypaliły jeszcze wszystkie trzy słońca, podniosłem się więc ze swojej skały i zarządziłem wymarsz. Wpierw, pchany jakąś bliżej nieoznaczoną nadzieją, udałem się na Wzgórze, które zamieszkiwały rude kity. Zawsze była przecież szansa, że zgodzą się mi towarzyszyć. A w towarzystwie, nawet tak tchórzliwym, lepiej stawiać czoła rozwścieczonemu stadu wilków. Całe Wzgórze wyglądało jak wielki ser szwajcarski (dokładnie taki, jaki Pan przyniósł pewnego dnia do domu z jednej ze swych niezliczonych podróży). Stanąłem przed największym otworem i krzyknąłem prosto w dziurę: - Wyłazić mi natychmiast, wy sparszywiałe żukojady! Wysuńcie nosy z dziur potomkowie wiewiórek, bo inaczej, na Grzywiastego, wykurzę was stamtąd! Kilka klinowatych łbów wychyliło się z okrągłych otworów. Chyba jakoś zdołałem podziałać na ich przyziemną ambicję... - Czego chcesz płomienny kocie, przybyszu z Miasta? Czemu obrażasz tych, którzy więcej lat przeżyli od ciebie? Miałem ochotę odpowiedzieć: “Bo jestem bezczelnym draniem i jako kot mam do tego święte prawo”, ale powstrzymałem się. Ten przedstawiciel ich nędznej nacji, który przemawiał, wyglądał na nieco inteligentniejszego od innych. Pewnie szef. - Udowodnijcie więc, że jesteście godni nazwania was obywatelami Ziem Niczyich i stańcie w obronie naszych łąk! - A co my zrobimy Szaremu Bractwu? Zostaw ich, szaleńcu! Nie wybieramy twojej śmierci! I to było na tyle, jeśli idzie o szanse. Miałem granitową pewność, że w tej materii nic już nie wskóram, więc zostawiłem trzęsące się psie łapska głęboko w ich dziurkowanej kryjówce. Pójdę sam. A co mi tam. Największe słońce zaczynało powoli zniżać się w kierunku horyzontu, dwa pozostałe były w apogeum świetlistości. Do nocy zostało więc jeszcze około trzech godzin, powinno spokojnie wystarczyć na wycieczkę tam i z powrotem i jeszcze dogrzanie się w ostatnich promieniach. Cicho zanurzyłem się w cień potężnych drzew, pośród których królowały brzozy, daktyle i świerkopodobne drzewa o igłach, jakich nie powstydziłby się nawet jeżozwierz. Już po piętnastu minutach przemierzania leśnych ostępów zorientowałem się, że coś jest nie tak jak być powinno. W tych sprawach, muszę wyznać to z dumą, mój szósty zmysł był niezawodny. Stawiając łapy na leśnej ściółce czułem drżenie ziemi, dziwne i jękliwe. Powietrze wirowało. Krukawki milczały, co samo w sobie było fenomenem. Nie bałem się, nie. Ale dostrzegłem zbliżające się zadanie... Powinność, którą musiał wypełnić każdy kot, który znalazłby się w takiej sytuacji. A to niosło za sobą Nieznane. Już raz przeżyłem taką przygodę. Coś zaskomlało niedaleko. Widać, Szare Bractwo było przerażone. Ziemia drżała tu intensywniej. Epicentrum było niedaleko. - Furgrey, ty stary łotrze! - wycedziłem z wyraźną satysfakcją, patrząc na skulonego w krzakach przywódcę. - Czyżby ciebie, najdzielniejszego z dzielnych, przerażała zwykła Dziura? - To jest złe! - wychrypiał. Zauważyłem, że się trzęsie. - Jak wszystkie paranormalne zjawiska, których wy, psy, się boicie - odparłem spokojnie. Nagle miałem nad nim wyraźną przewagę. I zamierzałem ją wykorzystać. - Dlaczego polowaliście na łąkach? - wysyczałem, przybliżając się do niego niebezpiecznie blisko i patrząc prosto w żółte ślepia. - Daj spokój, Feliks! - jęknął. - Wszystko, co żyło uciekło stąd możliwie szybko, gdy To zaczęło się dziać! Doprawdy nie wiem, co my tu jeszcze robimy... Wiesz może co z Tym zrobić? - Ile czasu to trwa? - spytałem spokojnie. Od tego zależało życie i śmierć Ziem Niczyich, Czarnej Puszczy a pewnie i całej Krainy. Dziury czasami się zdarzały. Takie dziwaczne przerwy w czasoprzestrzeni. Rozszerzały się powoli, aż do pochłonięcia całej materialnej rzeczywistości. Coś jak czarne dziury w Kosmosie, tylko mniej zachłanne. Aby powstrzymać proces, wystarczył tylko jeden kot. - Od trzech tygodni. Nie pytałem się o nic więcej. Pobiegłem w jej stronę. Była tam, rzecz jasna, niewidzialna lecz wyczuwalna. Powietrze wokół niej prawie płonęło. Dookoła biegały trzy wściekłe i wyraźnie zdezorientowane jednorożce. Wiedziałem doskonale, że ich magia nic nie wskóra. - Feliks! - zarżał jeden z nich. - Zdecydowałeś się wskoczyć? Już raz to zrobiłeś, więc nie możemy cię o to prosić. - Przyzwyczaiłem się do tego miejsca - mruknąłem posępnie. - Ale jeśli nie skoczę, to ono i tak zginie. Wygląda, że nie mam wyjścia. Módlcie się do Boga, Ducha czy kogo tam chcecie, bym nie wylądował na księżycu. I tyle. Czułem w tym momencie wiele rzeczy, ale nie było w tej chwili istotne. Koty nie powinny być sentymentalne. To dla nich niezdrowe. Jednorożec podziękował mi skinieniem śnieżnobiałej głowy. Za całą Krainę i tę jej maleńką cząstkę, którą przyzwyczaiłem się nazywać swoim domem, a teraz opuszczałem ją wbrew własnej woli. Za wszystkie zwierzęta, które w gruncie rzeczy miały mnie w nosie. I za Furgreya, który mnie nienawidził. Nawet za jego upiorna bandę. Koło życia toczy się dalej. Ja nie jestem stąd. Koty nie są znikąd, to święta prawda. Odepchnąłem się od ziemi i dałem susa, prosto w bezimienną otchłań. Ciemność i chaos zamknęły się nade mną, pod mną i we mnie. Tak jak wtedy, gdy byłem tylko kociakiem i bardzo się bałem. Teraz już nie.

**

Moje zmysły powoli dochodziły do siebie, wynurzając się z lepkiej mgły nieświadomości. Pierwszą rzeczą, którą poczułem były wilgotne od rosy gałązki, które wrzynały się w moja skórę. Doszedłem do wniosku, że wylądowałem w krzakach. I równie szybko zorientowałem się, że stało się ze mną coś dziwnego. Nade mną świeciły gwiazdy, widziałem je zdumiewająco wyraźnie. To dziwne, nigdy dotąd nie poświęcałem zbytniej uwagi gwiazdom - były tą częścią krajobrazu która nie miała na mnie wpływu, więc ją ignorowałem. I coś było nie tak było z rozjaśnionym blaskiem jutrzenki niebem. Tak, jakbym nagle uzyskał możliwość widzenia o wiele szerszej palety kolorów, niż dotychczas. I to zimno, przenikliwy chłód! I moja masa, nigdy nie czułem się tak ociężale... Poruszyłem się i spadłem na ziemię z głuchym łupnięciem. Bolało! Zapragnąłem podnieść się, stanąć na cztery łapy jak każdy uczciwy kot... co się dzieje? Spojrzałem w dół. To z pewnością nie były łapy... Aaaa! Chrapliwy krzyk, który wyrwał się z mojego gardła z pewnością nie przypominał miauczenia! A ja, w swej naiwności sądziłem, że wylądowanie na księżycu jest najgorszą z możliwych opcji... Szybko doszedłem do siebie. Nauczyła mnie tego konkurencja międzygatunkowa. Przycupnąłem na ziemi, żeby chwilę pomyśleć, kuląc się w nadziei, że ciepło będzie uciekać z mojego ciała w tempie nieco mniej ekspresowym. Długie rude włosy opadły mi na... twarz?... i zrozumiałem, że muszę zdobyć możliwie szybko jakiekolwiek okrycie. Nadal czułem się kotem, chociaż Dziura zrobiła ze mną coś tak okropnego. I to ja, który zawsze pogardzałem Ludźmi! Czułem obrzydzenie do siebie samego. Stanąłem na tylnych łapach, tak jak Oni to robili. Dziwne uczucie... Przede mną, w pierwszych promieniach świtu, przygasały światła Miasta. Mojego Miasta, poznałem je od razu.. Cóż za ironia. Tak dobrze pamiętałem. Zniknąłem z życia Pana dawno temu. Czy on mnie teraz pozna? I to w takiej żałosnej postaci? Musiał! To był mój jedyny punkt odniesienia do tutejszej rzeczywistości. Nie wiedziałem gdzie mieszka, ale potrzebowałem znaleźć jego dom. Ten w którym moja matka urodziła cztery małe kociaki... Niesamowite! Ja chyba naprawdę zaczynam robić się sentymentalny!

**

Pół godziny później, już ubrany (szczegółów procederu wam nie zdradzę, ale z całą pewnością nie mam kryształowo czystego sumienia) i pozornie (przynajmniej z ludzkiego punktu widzenia) nie wyróżniający się z tłumu ruszyłem na północ, gdzie, jak wskazywał mi instynkt i marne strzępki pamięci, mieszkał Pan. Właśnie przechodziłem przez jedno z osiedli mieszkaniowych. Czułem głód, lecz w zasięgu wzroku nie było nic, na co dałoby się zapolować. Czułem się jak frajer. Zdecydowanie, w zbyt młodym wieku zdecydowałem się na ucieczkę z Miasta. Prawie nic nie wiedziałem o miejscu moich narodzin. Ale byłem całkiem pewien, że łapanie gołębi przechadzających się statecznie po chodniku wywołałoby co najmniej dziwaczne reakcje ze strony otaczających mnie Ludzi. Poza tym na jednym z balkonów siedział szary pręgowany kocur i po prostu tarzał się ze śmiechu. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, dlaczego. - Śmierdzący dachołaz! - wycedziłem przez zęby. - Uważaj, żeby ci wszystkie wąsy nie wypadły! Stary wyga aż się nadął. Co jak co, ale nadal miałem w zapasie cały wachlarz obraźliwych sentencji. - Powtórz to, coś powiedział - wysyczał. - A nazajutrz wszyscy będą wiedzieć o tchórzliwym drzewołazie w skórze dwunoga! - Nie śmiej się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Znikąd — czytnik · opowiadania