Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 22 min czytania

Żniwiarz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Drogi Shonie!

Piszę do Ciebie ten list, ponieważ właśnie coś się wydarzyło. Coś, co nie pozwala nam na możliwość dalszego spotykania się. Pamiętasz dyskotekę, na której się poznaliśmy? Okazało się, że dawniej było to miejsce, w którym sprzedawano duże ilości narkotyków. Napisano o tym w gazecie, a mój ojciec to zobaczył. Wiedział, że chodzi o tę samą dyskotekę, na której się poznaliśmy. Pomyślał, iż jest ona niczym innym jak schadzką ćpunów. Zabronił mi spotykania się z tobą w obawie, że jesteś narkomanem, który sprowadzi mnie na złą drogę. Próbowałam mu przygadać do rozumu, ale nie udało mi się. Nie możemy się już więcej spotykać. Przepraszam.

Canore

PS: Nie próbuj przeciwstawić się woli mojego ojca, bo to może się źle skończyć dla nas obojga. Po prostu rozstańmy się w przyjaźni.

Przeczytałem ten list kilka razy. Nie mogłem uwierzyć, że wszystko, na co pracowałem prawie rok czasu - przepadło. Musiałem coś wymyślić. Nic nie pomogło chodzenie po domu i rozmyślanie patrząc, jak słońce zachodzi za oknem. Postanowiłem pójść do jej domu, i pogadać z jej ojcem. Poszedłem do pokoju, aby się przebrać. Krótkie, dżinsowe spodnie i postrzępiona koszulka bez rękawów to nie najlepsza reklama przed ojcem Canore, szczególnie, że miałem odbyć z nim poważną rozmowę. Ubrałem się szykownie, wypastowałem buty i wyszedłem z domu. Po drodze kupiłem bukiet czerwonych róż w nadziei, że uda mi się zrobić dobre wrażenie. Szczerze mówiąc, trochę bałem się iść, bo wciąż miałem w głowie słowa Canore. "Nie próbuj przeciwstawić się woli mojego ojca". W końcu doszedłem do jej domu. W świetle zachodzącego słońca wyglądał przepięknie. Szczególną uwagą darzyłem balkon. To na nim po raz pierwszy zobaczyłem Canore. Stała wśród kwiatów, pogrążona w myślach i zapatrzona w niebo. Wieczorem, tego samego dnia, była dyskoteka. Zauważyłem ją od razu, gdy weszła do środka. Podobał mi się jej styl. Zagadkowa, piękna i pełna dziewczęcego wdzięku z gracją modelki. Podszedłem do niej, aby zagadać, lecz gdy na mnie spojrzała, zaparło mi dech w piersiach. Miała piękne, niebieskie oczy idealnie pasujące do srebrzystych włosów połyskujących w świetle reflektorów. Była tak piękna, że zwróciła uwagę ponad połowy mężczyzn na dyskotece. Lecz patrzyła prosto na mnie. Jej oczy były bardzo głębokie, jakby mogła nimi poznać charakter człowieka jedynie patrząc się na niego. - Czy mogę Ci jakoś pomóc? - Zapytała z nutką zdziwienia w głosie - A może po prostu chcesz porozmawiać? - J-ja... - zająknąłem się - Chciałbym wiedzieć jak masz na imię. - Canore - odrzekła i uśmiechnęła się. Miała śliczny uśmiech - A ty? - Shon - powiedziałem, otrząsając się - Bardzo miło mi cię poznać. - Mnie ciebie również - zachichotała. - Masz ochotę zatańczyć? - Zapytałem z nadzieją w głosie. Dlaczego się zarumieniłem? Dlaczego??. - Och! - Zdziwiła się, również się rumieniąc - Oczywiście! Po pierwszym tańcu, przyszedł drugi, potem trzeci i wyszło na to, że przetańczyliśmy razem cały wieczór, nie ruszając się z parkietu. Skończyło się na tym, że jej ojciec zadzwonił do niej, martwiąc się, że długo nie wraca do domu. Było już po północy, a z tego, co mi opowiadała dowiedziałem się, że nigdy jeszcze nie była poza domem po godzinie 23. Odprowadziłem ją do domu. Obiecała mi, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Pocałowała mnie w policzek i zniknęła za drzwiami. Lubię wspominać, a to było moje najpiękniejsze wspomnienie. Oderwałem wzrok od balkonu. Podszedłem do drzwi i zapukałem. Canore nagle wyszła na balkon. Wyglądała ślicznie, jak zawsze, chociaż miała lekko podkrążone oczy. Najwyraźniej przed chwilą płakała, bo łzy szkliły się jej jeszcze w oczach. Zobaczyła mnie i przestraszyła się. - Co ty tutaj robisz??? - Syknęła przerażona. - Uciekaj zanim mój ojciec cię zobaczy! - Przyszedłem z nim porozmawiać - odrzekłem próbując ją uspokoić - Nie martw się, wszystko dobrze się skończy i znów będziemy razem. - Nie znasz mojego ojca! - Canore nadal była przerażona moją obecnością - Dla niego liczy się tylko jego własne zdanie. Uciekaj zanim zobaczy, że przyszedłeś! - Canore! - Jakiś niski głos odezwał się z salonu - Kto pukał? - To tylko koleżanka tato - odpowiedziała, siląc się na beztroski ton - Nie przejmuj się. - To dobrze - rzekł jej ojciec - Pamiętaj, że masz mi powiedzieć, jeśli kiedykolwiek pojawi się tu ten ćpun, który się koło ciebie kręcił. Już ja go urządzę. - Jak on śmie! - Syknąłem - Ja ćpunem?? - Ciszej! - Szepnęła Canore - Bo cię usłyszy! - To jak mam z nim porozmawiać? - Zapytałem zrezygnowany, przeczuwając, jaka będzie odpowiedź. - Nie rozmawiaj z nim w ogóle - powiedziała, potwierdzając moje przypuszczenia - Uciekaj! Zrezygnowany skierowałem się w stronę domu. Pogrążony w myślach nie zauważyłem, że pomyliłem kierunki. Zaszedłem w ogóle nieznaną mi okolicę. Rozejrzałem się. W pobliżu nie było żywej duszy. Moją uwagę przykuł mały sklepik. Latarnia oświetlała go w taki sposób, że parę rzeczy na wystawie błyszczało. Podszedłem do okienka. Niestety, sklepik był zamknięty. Zauważyłem drewnianą tabliczkę z wyrytym jakimś napisem. To było po egipsku. Uczyłem się kiedyś egipskiego, dlatego zrozumiałem, co tam było napisane. "101 Egipskich drobiazgów Ahmeda". Na wystawie było mnóstwo różnego rodzaju figurek, przedmiotów potrzebnych do orientacji na pustyni i innych rzeczy. Zdziwiłem się, że nigdy wcześniej nie zauważyłem tego sklepiku. Postanowiłem wrócić tu jutro. Miałem nadzieję, że będzie otwarty. Poszedłem do domu. Było bardzo późno, więc rodzice zrobili mi awanturę. Położyłem się do łóżka. Długo jeszcze nie mogłem zasnąć. Myślałem o tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło. Myślałem o Canore i jej ojcu. Lecz najbardziej nie dawał mi spokoju ten dziwny sklepik. Jak mogłem go wcześniej nie zauważyć? Gdy zasypiałem, ostatnią moją myślą było, by pójść tam następnego dnia.

*

Obudziłem się w środku nocy. Przez chwilę leżałem w błogiej nieświadomości w nadziei, że zaraz znów zasnę. Niestety, wspomnienia z wczorajszego wieczoru szybko wyrwały mnie z letargu. Usiadłem na łóżku. Spojrzałem na zegarek. Była trzecia nad ranem. Zacząłem rozmyślać nad wydarzeniami z wczorajszego wieczoru. Postanowiłem, że jednak porozmawiam z ojcem Canore. Otworzyłem okno i zacząłem patrzeć w rozgwieżdżone niebo. Widać było wiele gwiazd, ponieważ mieszkałem na przedmieściach z dala od świateł wielkiego miasta. To był piękny widok. Nagle zobaczyłem spadającą gwiazdę. Nie wierzyłem w takie rzeczy, ale wypowiedziałem życzenie. Cóż, zawsze warto spróbować, prawda? Zażyczyłem sobie, aby w jakiś magiczny sposób cała ta historia z Canore i jej ojcem zakończyła się szczęśliwie. Zamknąłem okno i położyłem się do łóżka. Tym razem nie miałem problemów z zaśnięciem.

*

Gdy zszedłem rano na śniadanie, moi rodzice już nie spali. Patrzyli na mnie groźnym wzrokiem. - Był tu ojciec twojej znajomej, Canore - powiedziała mama. Zazwyczaj miała serdeczny i ciepły ton, lecz teraz był on zimny i bezlitosny - Mówił, że nie chce, żeby "ten ćpun" spotykał się z jego córką. Masz nam coś do powiedzenia? - Co chcecie usłyszeć? - Zapytałem bezsilny - Nie jestem ćpunem, to wam mogę zagwarantować. Ojciec Canore myśli jednak, że biorę narkotyki, dlatego zabronił mi się z nią spotykać. - Lecz jaką my mamy gwarancję? - Zapytał ojciec - Zawsze miałeś skłonności do "lekkomyślnych" czynów. - NIE BIORĘ NARKOTYKÓW! - Krzyknąłem rozwścieczony - MAM TO GDZIEŚ CZY MI UWIERZYCIE CZY NIE, JASNE? - Uspokój się! - Odkrzyknęła mama - O nic Cię nie oskarżamy! Postaw się na naszym miejscu! - To wy się postawcie na moim miejscu! - Wściekłość wzięła we mnie górę - Przez jakiś głupi artykuł w gazecie nie mogę się spotykać z Canore! Jej ojciec myśli, że biorę narkotyki, bo byłem na dyskotece, na której je sprzedawano! Nie musicie mi do tego jeszcze dokładać! Rozwścieczony wyleciałem jak strzała z kuchni. Poszedłem do swojego pokoju i rzuciłem się na łóżko. Czy oni nic nie rozumieją? Jestem wzorowym uczniem, jak mógłbym brać narkotyki? Ubrałem się i wyszedłem z domu. Przypomniałem sobie ten dziwny sklepik, który zobaczyłem poprzedniego wieczoru. Poszedłem na tamtą ulicę. Bez problemu znalazłem sklepik. Gdy wszedłem do środka, w nozdrza uderzył mnie zapach rozgrzanego piasku, jakbym nagle wszedł na pustynię. Pomyślałem, że wystawione na sprzedaż przedmioty przybyły z obszarów pustynnych i przesiąkły ich zapachem. Rozejrzałem się dookoła. Pełno tu było różnych drobiazgów. Nagle jakby znikąd wyłonił się sprzedawca, o głowę niższy ode mnie. - Witam w moim skromnym sklepiku – rzekł – jestem Ahmed. Czym mogę służyć? - Rozglądam się jak na razie – powiedziałem, trochę zbity z tropu – Czy jest tu coś szczególnego? - To zależy, co cię interesuje, młodzieńcze – szepnął dziwnym, złowieszczym akcentem Ahmed – Mam tu przedmioty wręcz magiczne, ale też całkowicie normalne. - Magiczne? – Zapytałem zaciekawiony – A mianowicie, co? - Widzisz ten kompas na wystawie? – Sprzedawca wskazał mi owy przedmiot – To zaczarowany kompas Ki Rasha. Spełnia życzenia. - Życzenia? – Zakpiłem – Czy pan myśli, że dam się na to nabrać? Nie istnieje coś takiego! - Weź go – Ahmed wcisnął mi kompas w rękę – Wróć jutro, jeśli nie będziesz usatysfakcjonowany. Jeśli będziesz, wtedy zapłacisz. - Niech będzie – rzekłem – Nie zaszkodzi spróbować. Poszedłem do domu i usiadłem na łóżku w swoim pokoju. Zacząłem przyglądać się kompasowi. Na pierwszy rzut oka nie było w nim nic szczególnego. Spojrzałem na zegarek. O tej porze zazwyczaj dzwoniłem do Canore. Zaczęło mi brakować tych rozmów… jej głosu… śmiechu... Zasnąłem, trzymając kompas w ręce.

*

Miałem dziwny sen. Znalazłem się na pustyni. Nigdzie dookoła nie było niczego oprócz wydm. Zauważyłem, że nadal ściskam w ręce owy kompas. Przyjrzałem się mu. Dopiero teraz zauważyłem na nim jakieś dziwne znaki. Widziałem je już kiedyś w egipskich księgach. To były magiczne runy, ale nie miałem pojęcia jak je odczytać. Otworzyłem kompas. Nagle wszystko zaczęło wirować. Znajdowałem się w wirze różnych barw i kolorów. Przede mną stała dziwna postać. Przypominała mnicha. Unosiła się nad ziemią i wyglądała naprawdę strasznie. Miała zasłoniętą twarz. Gdy owa postać przemówiła, głos miała wysoki i zimny tak bardzo, że aż włosy stanęły mi dęba, a plecy oblał zimny pot. - Witaj – chłód w jej głosie był prawie namacalny – Jestem Żniwiarzem. Dlaczego mnie wezwałeś? - C-co? – Zająknąłem się, przerażony – Żniwiarzem? Co to oznacza? - To, co trzymasz w ręku to Relikt Żniwiarza – rzekł – Zwany także zaczarowanym kompasem Ki Rasha. - I co mam z tobą zrobić? – Zapytałem. - Wezwałeś mnie, więc spełnię twoje życzenie – powiedział Żniwiarz. - Życzenie? – Zdziwiłem się. Może Ahmed miał rację? Może naprawdę spełnią się moje marzenia? - Czekam – rzekł z nutką zniecierpliwienia w głosie Żniwiarz. – Jakie jest twoje pierwsze życzenie? - Moim pierwszym życzeniem jest – powiedziałem zdecydowanym tonem – abym mógł znów spotykać się z Canore. Chciałbym, żeby jej ojciec zrozumiał, że nie jestem…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Żniwiarz — czytnik · opowiadania