Fantasy · 16 min czytania
Żółty czarodziej- rozdział 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
III. - W przyszłym tygodniu mężczyźni idą na wyrąb, po drzewo, wysoko do lasu. Wypada, żebyś i ty poszedł, jeśli masz dość sił. - Dobrze się czuję. - Naprawdę? A siniec? A kaszel? Jestem twoja gospodynią i muszę o tym wiedzieć! - Czuje się dobrze - powtórzył niezadowolony.
Nie był takim paniczykiem, za jakiego go początkowo uważano. Wytrwale brnął przez najgorsze bezdroża. Pierwszy śmiał się z kawału, jaki mu zrobiono. - Tego jeszcze nie znałem, muszę się tego nauczyć! - cieszył się , sam robiąc psikusy innym. Wieczorami nie rumienił się przy anegdotach, choć sam nie używał grubych słów, tylko jakoś tak ładnie opowiadał o niewiastach.
Jego zdolność do wybierania i oceniania drzew zaczęła powoli budzić zabobonny lek, a gdy uratował życie człowiekowi ukąszonemu przez żmiję lekarstwem z jej jadu, przypomniano sobie babskie plotki i szeptano: „czarodziej, czarodziej”.
Z takim piętnem wrócił na dół.
Był istotnie zmęczony i obolały. Ata przygotowała mu zupę, maść i lekarstwo na kaszel. Nie wypytywała go o nic, jak to zwykły czynić niewiasty, w czym podobna była do jego matki. Łagodna i milcząca Morwena nie pochwalała jego czarodziejskich eksperymentów, lecz milczała, choć stały się one pośrednio przyczyną jej śmierci. Nie chciał o tym myśleć.
Chciałby ze dwa dni odpocząć, ale już wszyscy szeptali o jego mocy. Dziewczęta napraszały się, by wróżył im z ręki. Tak, zarabiał kiedyś w ten sposób na jarmarkach, ale nie będzie tu tego robił! - Nie wróżę z ręki. Czytam znaki, które tam zostawiała natura. Mogę powiedzieć, kto jest leniwy a kto pracowity, kto ma chory pęcherz czy kiszki, i tyle. Jeśli chcecie, mogę to zrobić teraz, dla wszystkich razem, jeśli wasz wuj na to pozwoli! - powiedział któregoś wieczora, by się od nich opędzić. To był dobry pomysł, nie zdecydowały się na taki zbiorowy seans, a Wal nigdy by się nań nie zgodził. Polecił on teraz, by wszyscy poszli jutro do kościoła. - Wszyscy! - powtórzył, patrząc na czarodzieja.
Ata zbadała już dawno, że Yel nie reagował na obecność poświęcanych przedmiotów, a nawet chciał mieć w swojej chacie coś takiego. Nie podejmował jednak rozmów o Bogu i to ona modliła się za niego codziennie. „ Boże, czy można Cię prosić za czarodzieja? Nie jest złym człowiekiem, nie wzywa złych mocy, nie stroni od pracy i cierpienia. Boże, Ty wiesz lepiej, ile jest on wart ale napewno jest w nim coś dobrego. O Boże proszę Cię, skoro dałeś mi go pod opiekę - proszę Cię o prawdziwą pomoc dla niego!”. Chciała pomóc mu naprawdę, nie tylko domem i chlebem. Rozumiała, że ona, choć także sama, miała o wiele lepszy los. Na łasce dobrych dla niej krewnych, miała zawsze kąt i pracę - a że kpiono z niej, odtrącano, poniżano - to nie było wielkie cierpienie. Nigdy nie musiała bać się śmiertelnie, sama w pustym lesie, wśród wrogów, w chorobie - jak bał się on. Widziała w nim ślady takiego lęku. Nie potrafił o nic poprosić. Uważał, że sam musi sobie ze wszystkim poradzić. Nie pozwalał sobie na żadne uczucia, stale zachowując obojętny spokój. Jakby tylko w ten sposób mógł znieść swój los. Chciałaby go od tego uwolnić, choć wiedziała, że mogłaby odblokować potężne siły.
Część 22 / 2
Yel spokojnie wszedł do kaplicy i zatrzymał się w przedsionku. Wiedział, że nie wolno mu wejść głębiej. Poczuł, jak zwykle, tęsknotę za światem pokoju, dobroci, miłości, do jakiego mieli dostęp chrześcijanie. Boleśnie odczuwał swoją samotność, odtrącenie, bezradność. Jak bardzo był sam! Nikt nie mógł mu pomóc. Wdzięczny był Acie za jej dyskretną opiekę, za którą nie potrafił podziękować, co go krepowało. Takie jednak było jego życie.
Klęczał tak przez cała Mszę, co uspokoiło Wala. Po powrocie z kościoła Yel postanowił wracać do siebie. - Po obiedzie będzie muzyka i tańce, widziałam, jak wuj rozmawiał z kapelą - zaproponowała łagodnie Ata. - Muszę rozpalić ogień, zanim się ściemni. - Mieszkasz w tamtym domu, bo jest wolny, ale możesz nawiązywać znajomości zgodnie z tutejszymi obyczajami - powiedziała, pakując mu tobołek. Skinął głową i ruszył w swoją stronę.
Idąc w górę odczuwał ulgę i odprężenie. Samotność, samodzielność w pustym domu, który miał dla siebie na całą zimę - była dla niego znowu radością. Sam kierował swoim życiem, sam dawał sobie radę - i czuł się bezpieczny. Rozpalił ogień, zamiótł izbę i uporządkował statki, odczuwając głęboki spokój.
W nocy obudził go ból żołądka. Przez roztargnienie lub z dobrego serca któraś z dziewcząt doprawiła mu zupę tłuszczem. Przeraził się, że nie dotrwa do świtu, i dopiero po długiej chwili uświadomił sobie, że nie jest już więźniem, i może wyjść z izby także w nocy. Potem przygotował sobie zioła i nawet choroba nie zepsuła jego spokoju i radości.
- Ciągle nagabują mnie ludzie, żebyś im pomógł. U kogoś straszy, u innego trzeba wykopać nową studnię. Nie słucham oczywiście próśb o rzucanie uroków, i rozumiem, że tego robić nie zamierzasz...- mówiła Ata, gdy przyszła na górę. Siedzieli przed domem, po obu stronach ławy - Ata znała dobre obyczaje i nie wchodziła do izby. Specjalnie więc naprawił daszek nad ławą. Odbierał od niej koszyk, wypakowywał go w kuchni i przynosił jej kubek herbaty, za każdym razem o innym smaku- znajdywał jakieś nowe zioła lub jagody. Dała mu dwa nakrycia - talerz, kubek, miskę, sztućce. „Na wypadek, jakbyś miał gości albo ośmielił się coś stłuc” - wyjaśniła. Oboje chętnie uciekali się do żartu, w którym nie było kpiny, lecz życzliwość.
- Nie jestem czarodziejem! - zawołał teraz. - Postanowiłeś nim nie być, rozumiem. Ale jeśli można komuś pomóc, to się powinno to zrobić. Ja znam tych ludzi, i wiem, kto ma jakie intencje... - Wszyscy cieszą się, gdy w ich wiosce zamieszka czarodziej. Przynoszą do niego wszystkie bóle. Czarodzieju pomóż, ratuj, poradź, oczyść. Za jedną nędzną kurę oczyść z duchów całą posiadłość. Najpierw łamiecie prawa, depcecie siły natury, kłócicie się ze sobą, przeklinacie, rzucacie niefachowo uroki - a potem - czarodzieju, zabierz to wszystko na siebie. Weź na siebie wszystkie złe duchy, wszystkie nocne koszmary, zwidy, upiory, nienawiści. Weź to na siebie i walcz, walcz z tym sam, miesiącami, nikt ci nie pomoże, bo w twym domu straszy. Straszy, tak, ale to wasze strachy! Kiedy wiem już o was wszystko i zebrałem całą waszą złość, wyganiacie mnie z wioski - w las, w zimę, ciemność, chorobę - bo tu straszy. I używacie do tego imienia Bożego. Dla was Bóg jest dobry, tak o nim mówicie. Ale dla mnie nie. Ja jestem wrogiem Boga. Ja, słaby, chory, opuszczony - jestem wrogiem waszego Boga. Tylko dla was jest Jego miłość. Dla mnie - nic. Wylał z siebie całą gorycz. Nie zdołał się opanować, choć Ata nie była niczemu winna. Teraz wstanie z ławki i odejdzie, odbierając mu tę odrobinę serdeczności, jaką go darzyła. Ludzie czasami pomagali mu, gdy był głodny czy chory - ale nie, gdy ujawnił swoje prawdziwe cierpienie. Nie chciał tego robić, lecz skusiła go życzliwość i dyskrecja Aty. To koniec. - Tak, teraz cię rozumiem. Niełatwo jest żyć z takim darem. Trzeba się bardzo modlić, żeby go dobrze wykorzystać - powiedziała z głębokim namysłem, patrząc na niego. Teraz rozumiała jego ból. - Ależ ja nie mogę się modlić! - zawołał. - Musisz! Ty właśnie musisz! Wiesz, jak jesteś zagrożony przez złe duchy? - Wiem o tym dobrze - powiedział powoli. - I dlatego postanowiłeś przestać być czarodziejem? - zrozumiała. - I dlatego jestem zwykłą ofermą. Nic nie umiem, ledwie czytać i pisać. Za cokolwiek się biorę - nie stosując czarów - wychodzi nieszczęście. - Umiesz naprawiać sprzęty, wszystko tu zbudowałeś, umiesz szyć i gotować, znasz się na drzewach. Czy wiesz, że jesteś przystojnym chłopcem? Myślisz naprawdę, że dziewczyny uganiają się za tobą tylko po to, żebyś im wróżył? No nie - nie udawaj! Podobasz im się! Potrząsnął głową - nie chciał tego. Nie umiał pracować na roli, w gromadzie, radzić sobie ze zwierzętami, jeśli były zdrowe, nie umiał się bić i bronić, w czasie długich marszów i pracy fizycznej męczył się śmiertelnie, a na dodatek chorował całymi nocami po jedzeniu z…