Fantasy · 26 min czytania
Żółty czarodziej- rozdział 5
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
V. Dni były deszczowe i ciemne. Yel wypoczywał. Cieszył się odgłosem kropel padających na zewnątrz, podczas gdy on mieszkał w suchej i ciepłej izbie. Wymyślał nowe potrawy. Wyobrażał sobie, jak mógłby tu zamieszkać i żyć jako normalny człowiek. Aczkolwiek Ata namawiała go zawierania znajomości, nie zaprotestowała, gdy zaczął dyskretnie jej samej asystować. Ot, wspólne wracanie z kościoła, otrzepywanie się z deszczu, usługiwanie przy stole, pranie koszul i ostrzenie igieł, wspólne siedzenie podczas wieczernic...Na razie oboje nie przekraczali tej granicy. Wiedział, że związek chłopaka z dziewczyną może być piękny, ale nie zawsze, i bał się tego. Marzył o czymś pięknym, co tak łatwo zbrukać. Ata również zachowywała rezerwę.
Wyprawy do kościoła stawały się dlań coraz większą torturą. Ksiądz odwiedzał ich wioskę raz na kilka tygodni. Wygłaszał płomienne kazanie, grożąc wszystkim obecnym karami za wszelkie przewinienia i zadawał surowe pokuty. Nigdy nie podobał mu się wystrój kaplicy i prowadzenie śpiewów. Odprawiał wielogodzinne nabożeństwa, nie dbając o chłód, ścisk i wytrzymałość ludzi. Yel klęczał za kratą, oczekując chwili, kiedy gromiony będzie grzech uprawiania czarów i wszyscy z potępieniem spojrzą na niego. Mógłby modlić się w swoim domu, w ciszy, patrząc na góry - ale wtedy myślał o ukrywających się tam czarodziejach. Może naprawdę on był do nich posłany? Może powinien im pomóc? Dlaczego oba światy nie mogą żyć obok siebie? Czy Bóg miałby coś przeciwko temu? Jeśli Bóg jest taki, jak mówi ksiądz, to należy z Nim walczyć. Jeśli zaś naprawdę jest miłością - to nie trzeba ukrywać się przed Nim w górach. Jednak ukrywał się przed Nim całe swoje życie. I nadal musi to robić. Gdyby został normalnym człowiekiem - musiałby ukrywać całe obszary swej duszy i żyć w stałym lęku. Musiał porozmawiać z Atą! Szczerze! O wszystkim.
To jednak nie Ata wezwała go na dół. To jeden z parobków przyjechał po niego koniem. - Masz natychmiast wziąść zioła na żółtą chorobę i jechać ze mną! Yel nie mógł jednak zrozumieć, kto zachorował.
Podróżny, obcy, wędrowny mnich. Przeszedł już kryzys, ale nie mógł wrócić do sił, słabł coraz bardziej, jego organizm nie przyjmował żadnych pokarmów. Brat Mario stwierdził, że tylko poznany w górach zielarz [czyli Yel] może mu pomóc. Jonę oddano więc pod opiekę wędrownych kupców - i w stanie bliskim śpiączki przywieziono do Wala.
- Nic nie mogę zrobić. Zabroniłeś mi stosowania mej sztuki - odparł Yel. Postanowił dać im wszystkim nauczkę. - Przyniosłam wrzątek! - wbiegła do izby Ata. - On nie chce pomóc. To czarodziej, nie można mu ufać. Ty masz prawo mu rozkazać! - zawołał Wal. - I jak mnie sprawdzisz? - zakpił Yel. Ata spojrzała na niego długo i uważnie. - To prawda, jesteś czarodziejem. A to jest chory. Słaby i bezbronny tak, jak ty byłeś. Możemy cię tyko prosić. Możemy tylko ufać, że postąpisz tak, jak należy - powiedziała powoli. Wyszła z izby, zabierając ze sobą Wala.
Chory powiedział coś cicho. Yel wiedział, jak bardzo cierpi, sam pamiętał jeszcze w swoim ciele ból skurczonych wnętrzności. Ten nie miał nawet siły pić, choć od tego zależało jego życie. Cały dzień czarodziej budził go, rozcierał, i poił cierpliwie. Wieczorem do izby zajrzała Ata. - Chcesz trochę odpocząć? - Uhm. Zrób dla mnie herbaty, mocnej i gorącej. - Zjesz coś? - Nie. Wyszedł na chwilę na dwór, rozprostować kości i zaczerpnąć łyk przyjemnie zimnego powietrza.
Część 22 / 3
- Zostawiłam ogień w małym piecyku, i czajnik. Potrzebujesz coś jeszcze? - Nie. - Obudź mnie gdyby coś było ci trzeba. - Uhm. Nie przerywała jego koncentracji. Yel natomiast nie mógł posłużyć się swoją mocą nawet na tyle, by nawiązać kontakt z duchem pacjenta. Czuł chroniącą go silną moc, do której nie miał dostępu. Chodził po izbie, prowadząc straszliwą walkę. Zamierzał tylko podać mu lekarstwo, powtarzał sobie, że nie dokonał żadnego wyboru, nie podjął żadnej decyzji. To jest po prostu chory, któremu poda lekarstwo, i to wszystko. Czuł, że to za mało. Chory znajdował się na krawędzi życia, i tylko moc mogła go zawrócić. Yel wielokrotnie doświadczał wizji, w której spychał swego pacjenta z tej krawędzi, i otrząsał się przerażony. Nie miał zamiaru go skrzywdzić. Tak, nienawidził mnichów, ale nie walczył z chorymi, miał swój honor. Chciał uratować tego mnicha, choćby przez pamięć na swoje cierpienia. Chciał go uratować, ale nie zamierzał, nie zamierzał poddać się Bogu. Co to, to nie! „Boże, to Twój człowiek, rób z nim co chcesz, ja jestem tylko lekarzem! -powtarzał. To Twój człowiek i Twoja sprawa, mnie nic on nie obchodzi! Nie uklęknę przed Tobą, nie, nie, nie.”
- I jak? - Bez zmian. Jestem bezsilny- szepnął, gdy przed świtem pojawiła się Ata. - Ile wypił? - Za mało. - Zrobię dla ciebie herbaty. Chcesz trochę odpocząć? - Tak, położę się na chwilę, a ty się pomódl. Myślę, że to jest mu potrzebne - zmęczony, jakby to czuwanie trwało tydzień, Yel wyszedł z izby. „ I ty chcesz być czarodziejem? Na świecie pojawiła się nowa moc, przeciw której nic nie poradzisz!” pomyślał, zasypiając.
Kiedy się obudził po godzinie, Ata krzątała się w kuchni, a w izbie chorego siedział Wal. Yel zjadł coś naprędce i wrócił do swojego pacjenta. Jego sen stał się spokojniejszy. Podświadomie wyczuwał obok siebie obecność kogoś życzliwego, budził się co chwilę i pił kilka łyków ziół. - Gdzie jestem? - zapytał koło południa cichym, łagodnym głosem. - W bezpiecznym miejscu, panie - odparł zachrypnięty z wysiłku Yel, i podał mu kubek. - Dziękuję. Chyba mi lepiej - usnął, oddychając równo i głęboko. Również Yel zdrzemnął się trochę, lecz nie opuszczał chorego. Rozcierał mu plecy - teraz nerki muszą podjąć swoją pracę. - Muszę wstać - powiedział wreszcie chory i Yel odetchnął z ulgą.
- Jest już po najgorszym, ale każdy drobiazg może być niebezpieczny. Muszę go zabrać na górę - powiedział. Wal nabrał tchu, by zaprotestować. - Inaczej za nic nie odpowiadam. Nie raz zepsuto mi tu jedzenie, a on tego nie zniesie. Ja w każdym razie wracam na górę! - Zatrzymam cię tu siłą, ty... Ata klasnęła w dłonie. Umilkli zdziwieni. - Przepraszam - powiedział po chwili Yel. - Biorę na siebie odpowiedzialność. Jak masz zamiar go przewieźć i co potrzebujesz do jedzenia? - zapytała rzeczowo.
Cokolwiek Yel czuł, z przyzwyczajenia troskliwie opiekował się chorym. Skoro podjął się tego zadania, musiał je wykonać tak, jak należy. Tego uczono go od dzieciństwa, tego wymagał honor czarodzieja. - Co to za choroba? - pytał łagodnie mnich. - Nie wolno pić stojącej wody, tylko ze strumieni, inaczej krew robi się żółta i wnętrzności gniją. - Muszę ostrzec braci, którzy przypłyną na wiosnę. „ Zawsze muszą włóczyć się taka gromadą” - skrzywił się Yel. Jona dostrzegł jego minę i pytająco podniósł brwi, nie miał jednak jeszcze sił na rozmowę.
Kiedy tylko czarodziej zaczynał swoje ćwiczenia, mantrę czy relaks, chory kręcił się niespokojnie. Kiedy zaś on zaczynał się modlić, Yel dusił się w izbie. - Coś złego nam tu przeszkadza - spostrzegł to Jona. - Złego, złego, tylko to potraficie mówić. Wszystko jest złe. Jak żyliśmy, gdy was nie było? Wszystko robiliśmy źle? Jesteśmy takimi głupcami? - wybuchnął. Chory przymknął oczy i czarodziej umilkł, ale Jona odpowiedział po chwili: - Masz rację. Źle się wyrażam. Żyliście po swojemu, wedle swojego rozeznania i nie chcieliście czynić zła. Masz racje, źle to wyrażam. Yel popatrzył zdumiony. Spodziewał się kolejnych gromów kaznodziejskch, ale ten mnich na wszystko odpowiadał łagodnie i serdecznie. Yel nie miał okazji do wyładowania swego złego humoru. Złość narastała w nim każdego dnia - bo jak tu walczyć z miłością? Nie ma na nią broni. Był coraz bardziej wściekły.
Część 33 / 3
Wal przyjeżdżał codziennie, czarodziej w milczeniu wprowadzał go do izby chorego, po czym Wal zostawiał paczkę od Aty i wychodził. Któregoś razu Yel ośmielił się poprosić, by przyjechała Ata, i rzeczywiście zjawiła się następnego dnia. Delikatnie zbadała chorego, zamieniając z nim parę słów. - Wszystko jest w porządku. A teraz zobaczymy, co z tobą - półżartobliwie dotknęła policzków, szyi i dłoni Yela, zrobiła mu masaż karku i trochę porządku w kuchni. - To wszystko - jest jakieś takie - powiedział. - Uhm. Rozumiem cię- przytaknęła zachęcająco. - Co rozumiesz? - Jak się nie wie, kim się jest. To ty sam musisz zdecydować, nie oglądając się na nikogo, ty sam. Możesz wybrać. Nikogo o nic nie musisz prosić. Będzie tak, jak zdecydujesz. Ty określasz, kim jesteś. - Skąd to wiesz? - Ja też musiałam wybrać, zdecydować - rodzinę matki lub ojca, dwór lub wieś. Wybrałam ten los, który mogę kształtować sama. Tutaj, na wsi zależy ode mnie, kim jestem. Pokiwał głową. Nie miał sił rozmawiać, ale siedzieli obok siebie, trzymając się za ręce i bardzo podczas tej chwili odpoczął.
- Litości, jakie to gorzkie! Jesteś pewien, że się nie pomyliłeś?- zawołał wieczorem chory, spróbowawszy ziół. - Nie- roześmiał się czarodziej. Po długim napięciu nerwowym śmiał się tryumfalnie. - Jestem pewien, że nie! - Nie widzę tu dowcipu - pytająco uśmiechnął się Jona. - To znaczy, że będziesz zdrów! - wyjaśnił czarodziej. - No, to muszę się pomodlić !- odparł mnich. Deszcz padał tak ostry, że Yel nie mógł wyjść z izby i dusił się kaszlem. - Przeszkadza ci, że się modlę? - Przecież jestem czarodziejem - wykaszlał. - A mimo to mnie przyjąłeś? To niezwykłe. - A co ty myślisz, że wszyscy jesteśmy źli?! Że tylko szkodzimy, rzucamy uroki, niszczymy? Nie na tym polega nasza praca! Jest o wiele trudniejsza! Nie wiesz, jaki to ciężar, dźwigać na sobie odpowiedzialność, moc, kontrolować duchy, spierać się z ludzka małostkowością! Niektórzy do pomocy przyjmują ducha- przewodnika, ale ja... - Demona - przerwał mnich. - Wy go tak nazywacie! - wybuchnął Yel. Wylał z siebie całą gorycz, cały ból, cierpienie, strach. Mówił, krzyczał, przeklinał, rozpaczał.
Mnich słuchał go cierpliwie, ze współczuciem i uwagą. - Wiem, że popełniliśmy wiele błędów chrzcząc ten kraj. Ale ze złem się nie paktuje. Można je tylko zniszczyć - a potem leczyć rany. - A martwych? Potraficie wskrzeszać zmarłych?! - Pamiętam proces pewnej kobiety. Była niewinna, ale prawo świadczyło przeciwko niej. Oskarżono ją o czary. Byłem wtedy młodym sekretarzem. Zginęła z taką godnością i pokojem, że zrozumiałem ,jakie zło popełniamy. Jej śmierć zasiała we mnie pierwsze wątpliwości. Nie była daremna. Yel usiadł na brzegu posłania. Nie wytrzymał - uderzył. Raz, drugi. Chory nie zasłaniał się, jęknął tylko z bólu. Yel chwycił się za głowę. - Mówisz o mojej matce, o mojej matce, zbóju! Jeszcze dziś się stąd wyniesiesz! - Masz prawo - powiedział z wysiłkiem Jona. Krwawił. Czarodziej podał mu ręcznik. - Wybiłem ci ząb? - Nie, i tak mi krwawią. Więc cię odnalazłem, synu Morweny. Mam wobec ciebie dług. - Choćbym cię rozerwał na strzępy... -To na nic, wiem. Jednak nie zrobiłeś tego. Uratowałeś mnie. Postąpiłeś godnie, tak, jak twoja matka. Tym uczynkiem godnie uczciłeś jej pamięć. - Chciała ocalić ojca, bo nie wiedziała, że już nie żyje i wzięła winę na siebie! - Ocaliła ciebie. - Mnie? -przeraził się Yel. Dotąd nie pomyślał o tym w ten sposób. Jeśli rzeczywiście matka chciała ocalić jego... Chory oddychał z wysiłkiem. Yel podał mu picie.
Tego słotnego dnia nikt nie przyjechał na górę. Wieczorem Jona zebrał siły do dalszej rozmowy. - Pomyślałem, że gdybym powiedział ci wszystko, co wiem o Bogu, dałbym ci wszystko, co mam - jestem ci to winien. Znasz tylko ból, tylko cierpienie. - Więc co jest prawdą o Bogu? Ból czy miłość? - zapytał gorzko Yel. - Sami ją wybieramy. A co ty wybrałeś? Co jest prawdą o czarodziejach? Dobro czy zło? - uśmiechem odpowiedział mu Jona. - Więc możemy wybierać? - zdziwił się Yel. - Jesteśmy obowiązani przyjąć całą prawdę. Bóg jest miłością - ale nie paktuje się ze złem - złymi siłami, mocami, duchami. Byłem młodym sekretarzem, otwierała się przede mną kariera - odszedłem. Rok przesiedziałem w lochu, bo i mnie oskarżono. Zostałem żebraczym mnichem... Wiem, ty cierpiałeś więcej, ale chcę, żebyś wiedział, że jej śmierć nie była daremna. - Jesteśmy prawie jak bracia, obu nas ocaliła - powiedział Yel mimo woli. - Dobrze, opowiesz mi wszystko - zdecydował.
VI. Brat Jona zaczął nauczać. Atę i Wala, gdy przychodzili na górę. Oboje byli ochrzczeni, ale nie wiedzieli, że mogą, a wręcz powinni modlić się sami i prowadzić modlitwy dla całego domu. Nauczał młodzieńców, przychodzących do Yela. Znali oni tylko Przykazania, a nie mieli pojęcia o Ewangeliach, i Jona opowiadał im za każdym razem jakąś przypowieść, a oni dyskutowali nad nią. Wieczorami rozmawiał z Yelem, tłumacząc mu Biblię na język czarodziejów. - Co, według wasza nauka mówi o początku świata? - pytał. - Jest wiele teorii. Jedni mówią o zasadzie, porządku,