Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 16 min czytania

Żółty czarodziej- rozdział 6

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

VI. Nigdy nie ustalono, kto z nieuwagi lub niewiedzy dodał tłuszczu do zupy. Jona zachorował tej samej nocy. Ratowano go zgodnie ze sztuką lekarską. - Dajcie mi chwilę odpocząć - szepnął, gdy konwulsje nieco ustały. Zostawiono go samego. Po pół godzinie już nie żył.

Nazajutrz Wal wspiął się na wzgórze z tą wiadomością. Czarodziej nie powiedział ani słowa.

Przygotował przyjaciela do pogrzebu i po obrządku wrócił do siebie. Ata zostawiała koszyk z jedzeniem, które zabierał, aby mieć spokój.

Któregoś dnia zaczęła dobijać się do izby. Zmarzła i musiała się zagrzać. Wpuścił ją i wszedł na górę. - Nie wyobrażaj sobie, że nie powiem tego, co chcę ci powiedzieć! - zawołała. - Ja też cierpię i jestem z tym sama! A poza tym trzeba nam postępować tak, jak on kazał! Zbieramy się na modlitwę! Jesteś nam potrzebny, bo najdłużej z nim byłeś! Możesz nic nie mówić! Nikt nie będzie cię o nic pytał! Ale przyjdź! - wołała. Milczał. Jeden jedyny człowiek, który ukazał mu krainę miłości, nie żył. A on nie opowiedział mu o swoich problemach. On nadal nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. - Wal może cię publicznie przeprosić, że ci nie dowierzał! Możesz też wchodzić do kościoła do środka! Tak powiedział ksiądz! Milczał. Gdyby zszedł teraz, rozpłakałby się przed nią. Ata uklękła w sieni i zaczęła modlić się półgłosem. Zmierzchało, więc zszedł na dół i delikatnie wypchnął ją za drzwi. Był to łagodny i czuły gest, i tak go przyjęła.

Wieczorem zaczęli schodzić się czarodzieje. Zmarznięci, chorzy, nieufni, zgorzkniali. Grzał wodę, rozcierał stopy, opatrywał odmrożenia, karmił zupą i ziołami. Gadali długo, wypominając krzywdy i wymyślając zemstę. Pełni goryczy, złości, jadu, licytowali się między sobą swoimi cierpieniami. Był wobec nich bezradny. Zamierzał im pomóc, chciał, żeby zebrali się razem i żyli w spokoju - ale oni ciągle mówili o walce. Powoli zaczął podejrzewać, że nie zamierzają usłuchać jego przywództwa, a raczej zawładnąć jego mocą i posłużyć się nią. Do tego był im potrzebny ostatni z wielkich. Potrzebowali jego mocy, by rzucić wielkie zaklęcie i rozpocząć walkę mocy. Nie mógł na to pozwolić. Zaraz rano zejdzie na dół i zostanie tam, aż oni się wyniosą. Usnął, uspokojony tą decyzją.

Obudził się w środku nocy. Leżał w wielkiej gwieździe pentagramu a chór czarodziejów recytował zaklęcie. Szarpnął się nerwowo, lecz magiczne więzy trzymały. Spokojnie, tylko spokojnie. Nie tracić sił na ich rozwiązywanie, to nic nie da. Miał tylko jedną szansę, jedną jedyną chwilę... Odprężył się i udawał, że akceptuje obrzęd. Teraz pozwolono mu usiąść. - Kogo wzywasz na swego ducha opiekuńczego? - zapytał owczarz. Ach, więc to on jest mistrzem ceremonii! - Zawsze chciałem uczcić w ten sposób pamięć mojego ojca, uczczę jednak pamięć mej matki. Proszę, błagam o pomoc, wzywam na ratunek brata Jonę, mnicha Chrystusowego! - zawołał Yel.

Nie pamiętał, co działo się potem. Wszyscy znaleźli się w ogniu...Jego czworonożny towarzysz wył i Yel chciał pobiec mu na ratunek, ale nie pamiętał, czy to uczynił... Nikt z mieszkańców wioski nie pobiegł ratować domu pod górą, w nocy było to niemożliwe. Rano znaleziono wokół niego wiele śladów ludzkich. Tych kilka owiec, którym udało się uciec, zamarzło. Dom spłonął doszczętnie, została tylko kupka popiołu. W zaspie znaleziono oszołomionego czarodzieja. Nic mu się nie stało. Patrzył na wszystkich z wyrazem otępienia. To koniec. Stało się. Dokonał wyboru. Raz na zawsze odrzucił moc. Ostatni z wielkich. Ostatni. Do końca życia będzie już łamagą. Brat Jona nie żył, czarodzieje zostali pokonani, Ata straciła swój dom... Wrzucono go do komórki, gdzie przytomniał powoli. Właśnie spalił dom Aty. Od niej też nie mógł się spodziewać pomocy. To koniec wszystkiego, koniec.

Nie czuł zimna ani głodu, gdy dopiero następnego dnia postawiono go przed sądem. Pies ocalał i rzucił się nań radośnie. Jest teraz ich dwóch, bezdomnych włóczęgów.

- Zostałeś tu przyjęty warunkowo. Wciąż jeszcze podlegasz królewskiej sprawiedliwości. Jak odwdzięczyłeś się za gościnę? Urządziłeś hulankę i spaliłeś cudzy dom! - zawołał Wal, pełniący obowiązki sędziego. - Spaliłem dom, to prawda - powiedział bezmyślnie czarodziej. - Ty zawarłaś z nim umowę. Jakiej chcesz go poddać karze? Ata miała oczy podkrążone od łez, ale głos jej brzmiał spokojnie. - Możemy go obić, ale to ani grosza zeń nie wytrzęsie. Możemy odesłać go do twierdzy - tyle, że ktoś musiałby go konwojować, a jest mróz. Niech pracuje za darmo, jeśli ktoś potrzebuje parobka - powiedziała. Słuchacze wybuchnęli śmiechem.

Do końca zimy Yel pracował przy odgarnianiu śniegu i uprzątaniu gnoju, śpiąc w komórkach i jedząc resztki. Czasami wzywano go do gospodarstwa Wala. Po pracy pozwalano mu przespać się w pralni, gdzie mógł się umyć, i wiedział, że to pomysł Aty. Nie widywał jej, natomiast słyszał, jak kpiła z niej cała wieś. Okazała litość i przygarnęła sobie amanta - takiego samego dziwaka jak ona. Asystował jej, ale nie oświadczył się - a potem spalił jej dom. Musiała zapłacić Walowi za owce, co pochłonęło całą jej ziemię, pozostał jej tylko bezwartościowy zagajnik nad strumieniem. Kiedy Yel tu przyszedł, Ata stała się gospodynią. Teraz była na łasce ludzi tak, jak i on.

W niedziele nadal klęczał za kratą kaplicy. Ksiądz stwierdził publicznie, że na tym miejscu ma prawo przebywać każdy grzesznik i pokutnik, i nie dokuczano już Yelowi w kościele. W dniu, kiedy mocno kaszlał, rzucono mu ukradkiem parę monet, by kupił sobie lekarstwo. Poproszono go też, by nadal udzielał lekcji, oczywiście za darmo, bo odebrał już swoją zapłatę, choć buty spłonęły z całym domem. Lekcje odbywały się w szopie jednego z uczniów, a jego matka zawsze dawała Yelowi dobry obiad.

VII. Musiał jednak porozmawiać z Atą przed wiosennym jarmarkiem. Wiedział, kiedy rozliczała rachunki w kantorku i stanął na jego progu. - Obiecałem ojcu Jonie, że przywitam jego braci, którzy przypłyną na wiosnę - powiedział schrypniętym z napięcia głosem. - Dobrze, wypiszę ci przepustkę - jak dawniej rozumiała go w pół zdania. - Nasz kontrakt niedługo się kończy - powiedziała obojętnie, pisząc. - Jeśli pozwolisz, to już nie wrócę - odrzekł. - Hm? - Wiem, jak cię skrzywdziłem.... - Gdybym choć wiedziała po co, po co to zrobiłeś!- wykrzyknęła, tracąc opanowanie. - Brat Jona powiedziałby, że walczyłem o swoją duszę. Walczyłem - szepnął apatycznie. - Więc tego nie zmarnuj, proszę, nie zmarnuj tego! - zawołała. Pochylił głowę. Żeby tak wiedział, co ma teraz zrobić ze sobą, żeby tak wiedział! - Napisałam, że oddaję cię do dyspozycji braciom - odparła. - Ata...- szepnął błagalnie, biorąc rulonik. Błagał ją o jedno dobre słowo, jedno spojrzenie, dla którego mógłby dalej żyć. Odwróciła głowę. Nie mogła pozwolić, żeby znowu ogarnęła ją litość, bo wtedy stałaby się taką samą żebraczką jak on. Co niedziela walczyła ze sobą, by nie uklęknąć obok Yela na miejscu pokutnym. Nic by mu to nie pomogło, ją zaś okrzyczano by czarownicą. Jednak na widok jego samotnej, zabiedzonej postaci rozdzierało się jej serce. - Idź już, i niech cię Bóg prowadzi - odparła prawie łagodnie, bo imienia Bożego nie można wymawiać szorstko.

Czy Bóg chciałby jeszcze spojrzeć na niego? Odpłacił złem za okazane mu dobro - i nie upilnował brata Jony. Nie upilnował Jony. Myśl o Bogu była dlań tylko ciężarem. Na który zasługiwał.

Pieszo wyruszył na jarmark. Na ostatnim etapie podwiozła go rodzina jednego ucznia.

W porcie Yel odzyskał energię. Znał od dzieciństwa zapachy smołowanych desek i mokrych sieci, odgłos fali uderzającej na brzeg kutra i poszczególne słowa w marynarskim języku. Dowiedział się więc, że „Wella” przybyła do portu kilka dni temu, tak bardzo poszarpana przez

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Żółty czarodziej- rozdział 6 — czytnik · opowiadania