przygoda · 10 min czytania
Żorżyk
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To była samotna, niezamieszkana od dawna chyża. Jej okna bez szyb i drzwi wiszące na jednym zawiasie zapraszały do wejścia. Zbliżał się wieczór, więc skorzystałem z tego niemego zaproszenia i wszedłem. Na prawo od sieni była kuchnia z odrapanym piecem. Pod oknem stała rozchybotana ława, a na polepie walały się kawałki mebli. W drugiej izbie było trochę żelastwa i zbutwiałe sienniki na podłodze. Na poddaszu leżało stwardniałe ze starości siano. Garścią trawy zamiotłem ławę, na piecu postawiłem kocher i wyciągnąłem z plecaka moje zapasy. Wtedy przed oknem zobaczyłem młodego mężczyznę, który zapytał: – Będziesz tu spał? – Będę – odpowiedziałem zaskoczony. – A ja też mogę? – Jasne. Właź. – Jestem Żorżyk – przedstawił się, wchodząc. – Gitarzysta basowy? – rzuciłem z głupia frant. – Skąd wiesz, że gram na gitarze? – zdziwił się. – Nie wiem, ale twoje imię kojarzy mi się z taką balladą Młynarskiego: „Piszę do Pana, bo mi wstyd, normalnie wstyd” – zanuciłem. – Znasz? – Nie znam – odpowiedział i usiadł na ławie. Był bardzo młody, miał kędzierzawe blond włosy i takąż brodę. Ta czupryna i broda tworzyły jasną aureolę dokoła jego dziecięcej twarzy. – Gotujesz wodę na herbatę? Dasz mi? Chcesz mięty? – zapytał, otwierając plecak. – Tak – odpowiedziałem jednym słowem na wszystkie trzy pytania i podałem mu kubek. Przybysz zakrzątał się przy piecu i po chwili miałem w moim kubku zielonobrązową mieszaninę liści mięty i wody. Żorżyk tymczasem wyjął z plecaka twaróg w słoiku i przy pomocy noża zaczął go wyjadać. – Może chcesz chleba? – zapytałem. – Nie, to mi wystarczy – odpowiedział. – A może chcesz twarogu? – Nie, to mi wystarczy – odpowiedziałem, otwierając puszkę z rybami. Tak oto, od słowa do słowa rozpoczęła się nasza rozmowa. Dowiedziałem się, że Zorżyk właśnie skończył technikum elektryczne i przyjechał tu w poszukiwaniu pracy i swojego miejsca na ziemi. Pracę znalazł w pobliskim pegeerze, ale swojego miejsca na ziemi jeszcze nie. Szukał go, chodząc po okolicy, zaglądając do zapomnianych przez Boga i ludzi miejsc i sypiając gdzie popadnie. Dzisiaj dotarł tu. Przyszliśmy tą samą drogą, ale ja widziałem tylko górską łąkę, a on widział jej wszystkie trawy i kwiaty. Z dziecięcą radością wymieniał ich nazwy i opowiadał, gdzie rosły. Nie znałem tych roślin i nawet nie przypuszczałem, że takie są. – Po co chodziłeś do technikum elektrycznego? – zapytałem. – Trzeba było iść do leśnego lub rolniczego. – Rodzice mnie tam posłali – odpowiedział. – Załatwili mi już nawet pracę w fabryce pralek, ale wolałem wyjechać – dokończył smutno. Wyglądało na to, że mój rozmówca uciekł z domu. Pogadaliśmy jeszcze trochę i poszliśmy spać: ja na siano na strych, a Żorżyk na podłogę w kuchni. Wyszedł gdy jeszcze spałem, ale na pożegnanie zostawił koło mojego kubka resztę mięty. Po około miesiącu spotkałem go na dworcu autobusowym. Obładowany wielkim plecakiem studiował rozkład jazdy autobusów. – Uciekł mi ostatni autobus i chyba będę musiał gdzieś przesiedzieć do rana – powiedział na powitanie. – Możesz przenocować u mnie – zaproponowałem. Trochę się pokrygował, ale poszedł ze mną. Chciałem go ugościć kiełbasą i piwem, ale mój gość okazał się być wegetarianinem. Z wegetariańskich potraw miałem tylko dżem, chleb i makaron. To wystarczyło. Żorżyk ugotował makaron, dodał dżemu i ciepła kolacja była gotowa. Ja jednak wolałem kiełbasę i, jak wtedy w górach, każdy z nas jadł po swojemu. – Zamieszkam w tamtej chałupie – powiedział mój gość, kończąc swoje wykwintne danie. – Będę sadził czosnek i hodował owce. Ziemia jest tam dobra i wymaga tylko odchwaszczenia. W lewej części chaty będzie można trzymać owce. Trzeba tylko dorobić drzwi i pozatykać dziury przy ziemi. W części mieszkalnej trzeba tylko wstawić drzwi i okna oraz uruchomić piec. Sącząc piwo, słuchałem, co tam „tylko trzeba” zrobić i nie wyobrażałem sobie tego drobnego miastowego wegetarianina przy takich pracach. A koszty? – Do jesieni przystosuję chałupę do zamieszkania i posadzę czosnek. Przez zimę przygotuję obórkę, a na wiosnę sprowadzę owce – zakończył. Nie chciałem go zrażać moim pesymizmem, więc obyło się bez dyskusji i poszliśmy spać: ja do łóżka, a on w śpiworze na podłogę, bo materaca nie chciał. Rano pożegnaliśmy się „do następnego razu” i on poszedł na dworzec, a ja do pracy. Następny raz był dopiero wiosną. Idąc za modą, kupiłem górski rower i na pierwszy wyjazd wybrałem się do odkrytej przed prawie rokiem chaty. Bolał mnie tyłek, ręce i nogi, gdy pod wieczór do niej dotarłem. Z komina wylatywał dym. – Czyżby Żorżyk? – zapytałem sam siebie. Jakby w odpowiedzi z chaty wybiegł, szczekając mały kundel, a za nim wyszedł Żorżyk. Gospodarz uściskał mnie serdecznie, pies równie serdecznie obsikał koło mojego roweru, po czym obydwaj zaczęli pokazywać mi swoje gospodarstwo. Drzwi chaty zostały naprawione, kuchenne okno…