Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 23 min czytania

Źródło - Prolog

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Prolog

Dolina Elgar’kan, jeden z ostatnich bastionów dziewiczej przyrody. Od północy dostępu do niej broni niewielki łańcuch górski, oddzielający łagodny, umiarkowany klimat od niezmierzonych surowych stepów, zaczynających się po drugiej stronie gór, zamieszkiwanych głównie przez dzikie zwierzęta oraz nieliczne grupki ludów koczowniczych. Ostre szczyty dają początek rzece Elgar’kan, od której pochodzi nazwa tego miejsca. Jej brzegi porastały kępy traw i gdzieniegdzie trzcin, przechodzące nagle w potężne świerki. Rozlewa się na ogromnym obszarze, tworząc dogodne miejsce do życia dla wielu gatunków zwierząt. Ale nie są jedynymi mieszkańcami tych ziem. Zamieszkujące to miejsce elfy dbają o to, aby dolina pozostawała w stanie równowagi przepędzając kłusowników, którzy wraz z upływem lat zapuszczają się coraz głębiej. Rozciągające się tutaj lasy są także naturalnym środowiskiem wielu bestii, przed którymi elfy chronią niczego nieświadomych ludzi. Jednak spiczastousi nie są formalnie właścicielami doliny. Osiedli tu na mocy traktatu z Ign'ardis, tuż po wyniszczającej wojnie z ludźmi. Rasa władająca przez wiele stuleci Wschodnimi Ziemiami stanęła na krawędzi zagłady, choć przez ponad dwieście lat bez trudu odpierali ataki różowych. Mogliby nawet zająć całe cesarstwo, jednak nie pragnęli władzy. Ale gdy teraz wracają myślami do tamtych czasów żałują że nie postąpili inaczej. Szalę zwycięstwa przechyliła nieznana jeszcze niedawno broń podobna jakby do łuku, tyle że o wiele większej mocy. Pocisku wystrzeliwanego nie sposób dostrzec ani się przed nim uchylić, był jak śmierć - niespodziewana i nieunikniona. Elfy dowiedziały się o tej broni zbyt późno. Co prawda zdobyto informacje o położeniu cechu inżynierów budujących to urządzenie, jednak atak skrytobójców nie powiódł się. W chwili gdy zaatakowano w budynkach znajdowali się jedynie czeladnicy, którzy na torturach wyjawili, że broń zmierza właśnie do stolicy. Pomimo szaleńczego pościgu nie udało im się jednak dogonić twórców broni. Ich plan się nie powiódł.

Zdecydowano, że pokaz odbędzie się w ogrodzie pałacu. Zgromadzeni możni, generałowie i przedstawiciele kompanii handlowych z uwagą obserwowali wnętrze skomplikowanego urządzenia. Wielu nie rozumiało jak coś tak małego, może posiadać moc, zdolną przebijać najgrubsze pancerze. Jeden z młodszych inżynierów odpowiadał na wszystkie pytania, jednak widząc wyrazy twarzy niektórych osób, wątpił czy cokolwiek zrozumieli. Generałów nie interesowały zagadnienia teoretyczne. Chcieli zobaczyć co naprawdę potrafi ta broń. Główny inżynier podniósł ze stołu jeden z gotowych egzemplarzy, po czym sięgnął do skórzanego woreczka i odszedł na bok. Gdy stał już naprzeciw słomianej kukły odzianej w jedną z najtwardszych elfickich zbroi, włożył do komory niewielką kulę czarnego koloru, odciągnął kurek i wycelował w namalowany punkt, po czym pociągnął za spust. Broń wydała przerażający huk. Po chwili powtórzył czynność i wszyscy pobiegli w stronę celu. Pociski bezbłędnie trafiły w namalowany punkt wielkości jabłka, przebijając przy tym zbroję. Zrozumiano wtedy, że to urządzenie może zmienić losy wojny, dlatego zdecydowano się uformować elitarne oddziały, które umiałyby posługiwać się tą straszliwą bronią. W tym samym czasie ataki na elfickie oddziały znacząco osłabły. Jednak obie strony doskonale wiedziały, że zbliża się decydujące starcie. Szkolenie nowych jednostek przebiegało szybciej niż w przypadku innych broni miotających. Zapotrzebowanie przewyższało jednak możliwości produkcyjne całego cesarstwa, dlatego wyczekiwana bitwa znacznie się odwlekała. Dopiero po dziesięciu miesiącach zrealizowano wszystkie dostawy i doborowe oddziały, zwane później czarnymi piechurami, skierowały się do przełęczy Valburna, gdzie stacjonowała Pierwsza Armia Ilsaru.

Zbliżając się do linii frontu widać było coraz więcej śladów wojny. Nadszarpnięte przez drapieżniki zwłoki, pozostawione jedynie kilka metrów od drogi, wydzielały okropny fetor, jednak nikt nie miał czasu aby je palić. Tysiące trupów pozostawionych samym sobie, mogło doprowadzić do kolejnego kataklizmu - zarazy. Po kilku dniach marszu las zaczął się przerzedzać i piechurzy dotarli do przełęczy. Oczom przybyłych ukazały się setki namiotów identycznego koloru i wielkości, otaczające znacznie większy położony w centrum obozowiska. Żołnierze z zaciekawieniem przyglądali się kolejnym oddziałom. Wojownicy, walczący tradycyjną bronią, wyśmiali wynalazek. Twierdzili, że nie potrafiłaby przebić nawet drzwi latryny. Dowódca pułku czarnych piechurów długo nie wracał z namiotu generała Talrosa. Obradowano właśnie nad taktyką, dzięki której można by odnieść zwycięstwo na tym dość nieprzyjaznym terenie.

Dolina lekko opadała na północny wschód. Na jej końcu rozpoczynały się bagna, ciągnące się aż do Północnych Grzbietów. Pomimo wszystkich niedogodności, fakt ten miał także jeden atut. Nikt nie odważyłby się wydać rozkazu przemarszu przez te niedostępne tereny. Jednak nie wnosiło to niczego istotnego do założeń taktycznych. Bagna mogły być wybawieniem dla uciekających niedobitków, ponieważ nikt o zdrowych zmysłach nie ruszyłby za nimi w pogoń. O ile mieliby dość szczęścia aby przez nie przejść i przeżyli przemarsz, przez kilkadziesiąt kilometrów smaganych północnymi wiatrami stepów, dotarliby do wiosek położonych na uboczu jednego ze szlaków handlowych na rubieżach imperium. Tam uchodźca może znaleźć schronienie, z dala od patroli. Tymczasem prawdziwe niebezpieczeństwo mogło nadejść z puszczy, po stronie południowo-wschodniej. Gęste zarośla uniemożliwiały dostrzeżenie mniejszych oddziałów, co w połączeniu z kamuflażem stosowanym przez elfy, było szczególnie niebezpieczne. Wróg poruszający się bezszelestnie, mógł zaatakować w każdej chwili. Tam też skupiła się uwaga strategów. Burzliwe rozmowy trwały do późnych godzin nocnych…

Wartownicy bacznie obserwowali skraj puszczy, jednak tak naprawdę nie byli w stanie dostrzec niczego na odległość większą niż kilka metrów. Nad ranem z bagien nadciągnęła gęsta jak mleko mgła, jeszcze bardziej ograniczając widoczność. Ludzie byli teraz całkowicie ślepi. Warunki atmosferyczne pokrzyżowały plany także elfom, jednak nie na tyle aby zrezygnować z ewentualnego ataku.

Kilku doborowych łuczników stanęło na granicy lasu, wypatrując najmniejszego ruchu. W pewnym momencie jeden z nich dostrzegł wartownika stojącego na niewielkim wzniesieniu, stanowił znakomity cel. W normalnych warunkach strzałę wycelowano by tak, aby przebijając krtań, ofiara nie wydała dźwięku, ale w tych okolicznościach postarano się, aby żołnierz zmarł jak najszybciej. Widoczność była zbyt słaba nawet dla elfa, którego strzała wylądowała tuż obok nogi zaskoczonego wartownika. Nie zastanawiając się podniósł alarm… zaczęło się najgorsze. W pierwszej linii ustawiono piechotę. To było jak wyrok śmierci, ale żaden z dowódców nie mógł sobie pozwolić na przedwczesną utratę choćby jednego czarnego piechura. Dla cesarza byli oni zbyt cenni. Obie strony czuły wobec siebie respekt, ale elfy były zdeterminowane, aby rozbić szeregi wroga nim użyje nowej broni. We mgle pojawiły się niewyraźne sylwetki, które po chwili wypuściły z dłoni strzały. Piechota dostrzegła je w ostatniej chwili, wielu nie zdążyło podnieść tarczy. Wydawało się że uderzyła w nich jakaś niewidzialna moc. Żołnierze zasypywani gradem strzał, mieli problemy z utrzymaniem się w linii. Kilka strzał dosięgło czarnych piechurów, wtedy wydano rozkaz ataku. Setki wojowników z najodleglejszych zakątków Ilsaru rzuciło się w ciemność. Łucznicy zdążyli wystrzelić jeszcze ostatnią salwę i pośpiesznie się wycofali. Ich miejsce zajęli żołnierze. Mimo iż walka toczyła się na skraju lasu, elfy nie zdecydowały się na ostrzał z drzew. Mgła sięgała jedynie trzech metrów powyżej gruntu, dlatego mogli narazić się na ewentualny atak piechurów. Podczas gdy wojownicy zaciekle atakowali elfickie oddziały, pozostałe jednostki wycofywały się na wzniesienie na drugim krańcu doliny. Przyszła teraz chwila na użycie broni, która miała zachwiać odwieczną równowagą sił.

Talros dał rozkaz i jeden z trębaczy zadął w róg. Wojownicy zaczęli się wycofywać w kierunku przygotowanej wcześniej zasadzki. Elfy jednak nie ruszyły w pogoń. Dobrze wiedziały że szykowano dla nich coś specjalnego. Las stanowił ich naturalny dom i ochronę przed kulami, dlatego oni także postanowili się wycofać. Impas przeciągał się niemiłosiernie długo. Zmienił to dopiero wschód słońca. Gdy mgła rozpłynęła się. Generał Ilsaru postanowił zaryzykować. Wyznaczył pięć oddziałów czarnych piechurów i rozkazał im, aby podeszli na względnie bezpieczną odległość i rozpoczęli ostrzał. Oddalili się na odległość około 400 kroków i utworzyli dwuszereg. Wyjęli kule ze skórzanych woreczków, podobnie jak uczyniono to podczas cesarskiej prezentacji i naładowano broń. Pierwsza linia położyła się na ziemi, aby wyeliminować błąd spowodowany drżeniem rąk. Każdy wycelował w najbliższego widocznego elfa. Lekki wiatr zmusił ich do skorygowania celu i już po chwili pociągnęli za spust. Nim wszystko ucichło, a wiatr zdążył rozwiać chmurę dymu, kilkudziesięciu elfów padło na ziemię jak porażeni. Natychmiast podbiegli do nich kapłani, próbując uratować ich przy pomocy magii. Jednak nawet potężne elfickie inkantacje im nie pomogły. Dawniej gdy strzała przebijała pancerz wyjmowano ją i dopiero później stosowano eliksiry i magiczne zaklęcia. Teraz jednak nie sposób wyjąć kuli która, utknęła w głębi, nie powodując przy tym śmierci rannej istoty. Nawet gdyby udało się zatamować krwotok, trafiony żołnierz przy najmniejszym ruchu odczuwał ból, który uniemożliwiał mu prowadzenie dalszej walki. W tamtym okresie nie przeprowadzano operacji i nawet dziś rzadko się je stosuje. Co prawda istnieją przekazy mówiące iż starożytni potrafili bez trudu wykonać skomplikowane operacje na dowolnym fragmencie ciała, jednak nie zachowały się żadne pomocne zapiski.

Jedna z kul minęła Anáriona o centymetry. Część pocisków mknęła poprzez las, trafiając łuczników, którzy nie zdołali w porę ukryć się za drzewami, głazami lub choćby niewielkimi pagórkami. W tym samym czasie pierwszy szereg strzelców wycofał się, natomiast drugi wykonał dokładnie tę samą procedurę. Elficka armia została zdruzgotana. W ciągu niecałej minuty zginęło kilkaset istot. Popłoch jaki panował wśród żołnierzy sprzyjał Czarnym Piechurom. Jednak dowódcy szybko przywołali do porządku rozbite jednostki i wydali rozkaz ataku. Dalsze straty oznaczały pewną klęskę. Cała armia wyciągnęła miecze i ruszyła na wzgórze. W desperackim ataku nie zauważyli jak oddziały Czarnych Piechurów zmieniała właśnie ilsarańska piechota, trzymająca w dłoniach atrapy broni, której użyto w ostatnim ataku. Pierwszy szereg stanowili jeszcze elitarni strzelcy którzy wystrzelili pośpiesznie ostatnią salwę i wycofali się do głównych jednostek. W ostatniej chwili piechota odrzuciła atrapy i dobyła mieczy. Elfickie oddziały rozbiły się o armię cesarstwa niczym spiętrzona woda o tamę. Ich osłabione siły nie miały szans z doskonale przygotowaną ludzką piechotą.

Poza tym nigdy nie zakładali bezpośredniego starcia z ludźmi. Na przestrzeni wieków obie rasy toczyły niemal nieustającą wojnę.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%