Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 15 min czytania

ZRODZONY Z OGNIA

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ZRODZONY Z OGNIA

Robin bał się spojrzeć w lustro. Nie chciał ujrzeć siebie w takim stanie. Patrząc na własną krew spływającą do zlewu, czuł jak rośnie w nim coś, nad czym nie zdoła zapanować. Cienka granica po której niepewnie stąpał, tamtego dnia została przekroczona. Wszelkie próby podjęcia walki, postawienia oporu, kończyły się jeszcze większą agresją i brutalnością ze strony jego ojca. Za każdym razem gdy stawał mu naprzeciw, osłabiało go nierozumiane przez niego uczucie. Jego wnętrzności drżały jakby chciały wydostać się na zewnątrz. Dłonie zaczynały się trząść, a w gardle czuł duszący ciężar, przez co każde słowo wypowiadał z trudem. Nienawidził tego uczucia. W zupełnie inny sposób działała na niego muzyka. Chwile, gdy w rogu swego pokoju przemieniał emocje w dźwięki, budowały w nim spokój i harmonie. Z gitarą w ręku czuł się panem stworzenia. Nie istniały wówczas żadne granice. W 22 progach i 6 strunach odnalazł nieskończoność. Czując w ustach dziwnie słodki smak własnej krwi, po cichu podszedł pod drzwi pokoju, w którym jego ojciec ogląda do późna telewizje. Nie usłyszał dźwięku żadnego programu, tylko nieprzerwany pisk, mówiący o tym że stacja już nie nadaje. Postał jeszcze jakieś 10 min z uchem przy drzwiach, by mieć pewność że ojciec śpi. Gdy nie miał wątpliwości, najdelikatniej jak tylko potrafił nacisnął na klamkę, i powoli wszedł do środka. Niemal słyszał bicie własnego serca, a każdy krok sprawiał wrażenie ciągnięcia za sobą ołowianej kuli. Zerknął na ojca śpiącego przed telewizorem. Poczuł wstręt i pogardę. Miał nadzieje że po paz ostatni widzi jego twarz. Nie przyszedł tu jednak dla niego , lecz z powodu tego, bez czego jego życie jest tylko nędzną pogonią za wciąż znikającym celem. Wiedział że ojciec schował gitarę gdzieś w tym pokoju. Kawałek po kawałku przeszywał spojrzeniem cały pokuj, wreszcie za telewizorem dostrzegł odbijające światło struny. Przeszedł możliwe jak najdalej od ojca i odebrał to co do niego należało. Gdy wychodził, niespodziewanie szarpnęła nim dziwna myśl. Nawiedziło go chłodne, martwe spojrzenie jego ojca, i ciało jego leżące we krwi. Ku swemu zdziwieniu poczuł się…. Dobrze. Obraz ten nie budził w nim odrazy, strachu czy obrzydzenia. Budził dziwne… zadowolenie. Im dłużej stał tam bez ruchu, tym straszniejsze obrazy przedstawiała mu jego podświadomość. – Czy nie było by wspaniale?? Zakończyć to tutaj, w ten sposób? Uwolnić się od niego raz na zawsze?? Myśli te przez krótką chwilę dominowały w jego rozstrojonym umyśle, lecz szybko zostały rozwiane przez strach lub coś na kształt moralności. Robin schował gitarę do pokrowca, wziął całe oszczędności, parę ubrań i wybiegł na ulice. Miał nadzieje że zostawia za sobą całe dotychczasowe życie i rozpoczyna zupełnie nowy rozdział. Czuł, że kajdany którymi był skuty pękły, i przyrzekł , że już nigdy nie pozwoli założyć sobie następnych. Wiedział, że o wolność trzeba walczyć. Życie rzuciło przed nim rękawice. On podjął wyzwanie. Biegł tak długo i szybko, że gdy się zatrzymał, czuł krew pulsującą w każdej części jego ciała. Potem szedł jedną z głównych ulic. Kontrast między nim a resztą przechodniów zdawał się niemal kłuć w oczy. W nieprzerwanym szumie wypowiadanych słów, między chmarami ludzi będących kopiami kopi, szedł on. Zdający się nie widzieć tego, co wszyscy dookoła, idący inaczej niż reszta, jakby niczym nie napędzany, dryfujący na morzu okręt, który nie zmierza do żadnego portu. Po prostu płynie. Opływały go spojrzenia tych, których zaintrygowała jego tajemnica. W czarnej kurtce z gitarą na plecach, blady, z surowym wyrazem twarzy, budził ciekawość, jak i niepokój. Dotarł na stacje kolejową planując wejść do następnego pociągu i odjechać nieważne gdzie, byle jak najdalej stąd. Gdy usiadł samotnie na opuszczonej, skromnie oświetlonej stacji pod jedną z kolumn, zdawał się idealnie wtapiać w otoczenie. Szybko zatęsknił za cudownym uczuciem jakiego doznawał grając. Wyciągnął gitarę i oderwany od świata szybował w niebiosach. Z każdą chwilą zanurzał się coraz głębiej w ciepłą, przyjemną otchłań swoich dźwięków, będących dla niego materią wypełniającą każdy atom jego ciała. Powoli wpadał w głęboki trans, nie odczuwając spojrzenia wędrującego po nim od pewnego czasu. Spojrzenia ciemnowłosej dziewczyny skrywającej się za rogiem. Obserwowała go od kiedy zaczął grać. Dźwięki wirujące w powietrzu przyciągały ją do niego. Wywołały z ciemności królową nocy, która zapragnęła poznać ich źródło. Niemal bezszelestnie podeszła do niego. Kucnęła przy nim i z lekkim uśmiechem wpatrywała się w jego twarz. Robin zorientował się dopiero wtedy gdy poczuł na sobie jej oddech. Otworzył oczy i już wiedział, że nigdy wcześniej nie widział nic piękniejszego. Zastygł w bezruchu. Kobiecy obraz jego najskrytszych pragnień był w zasięgu ręki. Gdy nieznajoma powiedziała do niego: Chodź. Ten bez wahania poszedł za nią. Szli między drzewami niedaleko stacji. Dokąd idziemy?? – pytał Robin. Nie otrzymał odpowiedzi. Dziewczyna szła coraz szybciej. Po chwili zgubił ją z oczu. Lekko zdyszany stanął przed starym odrapanym budynkiem, rozglądając się cały czas w poszukiwaniu nieznajomej. Gdy podszedł bliżej ściany, nagle wyłoniła się z cienia i gwałtownie ruszyła w jego stronę, kładąc ręce na jego ramionach, jakby z zamiarem pocałunku. Wszelkie myśli szumiące w jego głowie w jednej chwili ucichły, zastąpione silnym pragnienie skosztowania jej ust . Nie był on jednak typem, który w kontaktach męsko damskich stawia pierwszy krok. Nieważne jak bardzo którejś pragnął, nigdy nie odważył się spróbować. Bywały chwile, kiedy nienawidził siebie za to, i niedługo miał się przekonać, że człowiek sam nie jest w stanie zmienić swojej natury. Nieważne jak bardzo by jej nienawidził. Przez krótką chwilę wisiała na jego ramionach jak dojrzały owoc proszący o to by go zerwać. - Obiecaj że nie powiesz nikomu o tym co tu zobaczysz. - Obiecuje. (odpowiedział bez cienia wątpliwości) Ruszył za nią w głąb budynku, niczym zahipnotyzowany. Chłodna barwa tego miejsca wydawała mu się dziwnie znajoma. Uspokajała go, czuł się nierozłączną częścią otoczenia. Nieznajoma prowadziła go coraz głębiej, zerkając na niego co jakiś czas z niejednoznacznym, lecz niewątpliwie zachęcającym spojrzeniem. Narastający chłód i poczucie odosobnienia paradoksalnie wywoływał w nim coraz większy spokój. Nie miał pojęcia dokąd go prowadzi, lecz ufał jej bezgranicznie. Zimne powietrze przeszył nagle słodki śpiew małej dziewczynki, która bawiła się samotnie w „klasy” na środku korytarza. Zdziwił go i zaniepokoił widok dziecka w tak ponurym miejscu. Gdy ich spojrzenia spotkały się, dziewczynka niespodziewanie ruszyła w jego stronę, jak by ujrzała w nim ojca lub brata, który wrócił z dalekiej podróży. Przytuliła go czule, wywołując w nim uczucie jakiego nigdy przedtem nie doświadczył. Poczuł dziwnie kojący dotyk niewinności wymieszany z silną potrzebą opieki nad tą małą, bezbronną istotą. - gdzie są jej rodzice?? (spytał wyraźnie zmartwiony) - my wszyscy nimi jesteśmy. Dziewczynka złapała go za dłoń i poszli dalej. Idąc wzdłuż korytarza zaglądał w boczne pomieszczenia, pełne przeróżnych rupieci i rzeczy nikomu już niepotrzebnych. W jednym z nich ujrzał sylwetkę postaci siedzącej w rogu pokoju, zatrzymał się i zajrzał do środka. W półmroku dostrzegł postać w czerwonej,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
ZRODZONY Z OGNIA — czytnik · opowiadania