Przyjaźń · 23 min czytania
Zwierciadło duszy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
To naprawdę nie jest tak, że ja się BOJĘ spojrzeć w lustro. Naprawdę. To zupełnie inne uczucie niż strach. Strach jest bardzo pustym i głupim uczuciem. Nie dopuszcza do działania logiki i podsuwa najgorsze obrazy. Paraliżuje, albo wręcz przeciwnie – zmusza do zrobienia „czegoś”. Tymczasem ja po prostu nie chcę patrzeć w lustro. Bo widzisz... To jest tak... Nie potrafisz spojrzeć w lustro i nie napotkać swojego spojrzenia, prawda? Właśnie. I to jest to, czego nie chcę zrobić – spojrzeć sobie w oczy. Dlaczego? Ja po prostu... Po prostu nie chcę... Bo widzisz...
*** Uroki mieszkania w tych „nowych i luksusowych apartamentach” mamiły nas jeszcze przez jakiś miesiąc po przeprowadzce. Potem mgiełka rozwiała się i w całej okazałości mogliśmy zobaczyć skutki nagłej decyzji ojca. Położone na skraju miasteczka mieszkania, mimo iż bardzo miłe wizualnie, były niemalże odcięte od zewnętrznego świata. Całe blokowisko otoczone było wysokim ogrodzeniem, wchodziło się do niego tylko przez furtki po podaniu kodu. Na zewnątrz był las i jedna świeżo wylana ulica, która kończyła się przy wjeździe do lasu i tam zamieniała w zwykłą, udeptaną ścieżkę. Bloki w tym swojskim krajobrazie wyglądały jak kot wśród gołębi – po prostu jak niepożądane intruzy. Za ogrodzeniem natomiast wszystko było „cywilizowane” – nowe chodniki, drogi do manewrów samochodów, pawilony sklepowe (nie tylko zwykłe spożywczaki, ale i piekarnie, butiki). Blokowisko tworzyło taki mały światek w większym świecie. Skupiało ludzi w jednym miejscu, dostarczając im teoretycznie wszystkiego, co powinni mieć. Mieszkania były przestronne, podzielone na części – była więc część „codzienna” – kuchnia z salonem – i druga, znajdująca się na pewnym podwyższeniu, w której były sypialnie i łazienki. Teoretycznie wszystko w tym osiedlu przyszłości było dobre. Świeże dostawy produktów do sklepu, podwórka dla dzieci do zabawy, duże mieszkania... Natomiast koszmar zaczynał się, kiedy trzeba było stamtąd wyjechać. Nie było żadnego przystanku autobusowego w promieniu 2 kilometrów, a nasza jedyna asfaltówka kręciła się po lesie niczym wąż, była w dodatku niesamowicie wąska. Samochody jechały w gigantycznych korkach i nie sposób było osiągnąć większą prędkość niż 60 na godzinę. Dojazd do pracy, czy później szkoły, stawał się autentyczną tragedią. A jeżeli trzeba było – broń Boże – pojechać po coś do miasta, odkładano to czekając na odpowiednią godzinę. W ten sposób szybko uznaliśmy, że lepiej jest spędzać czas w domu, lub ewentualnie wybrać się do lasu, niż na przykład jechać do kina czy do teatru, jak to dawniej mieliśmy w zwyczaju. Nasze osiedle w pewien sposób odcinało nas od świata zewnętrznego i wcale nie dziwiłam się mojemu bratu, który kiedyś nazwał je „więzieniem”. Było nim. Przeprowadziliśmy się akurat w te wakacje, kiedy miałam iść do liceum. Dostałam się do zwyczajnej szkoły, jak wiele innych, z przeciętnymi nauczycielami, przeciętnymi uczniami, gdzie dyskoteka noworoczna była największym wydarzeniem. Słowem – miejsce zupełnie nie dla mnie. Mój problem zawsze polegał na tym, że chciałam być kimś innym, a jednocześnie chciałam, żeby społeczeństwo mnie zaakceptowało. Być może, gdybym odważyła się pójść do innej szkoły, gdzie dziewczynom nie zależy tylko na tym, żeby mieć ładnie pomalowane paznokcie i wyjść w sobotni wieczór, wszystko wyglądałoby inaczej. Może. Ale może i nie – tak naprawdę chyba cały problem i to, co jest teraz jest tylko i wyłącznie moją winą. Winą moich kompleksów i braku wiary w siebie. W każdym razie, zależało mi, żeby w tej nowej szkole dać się od razu poznać jako ta, którą lubią wszyscy, która jest fajna i można z nią pogadać w każdej chwili, z którą można wyjść i zrobić coś szalonego, z którą... Rozumiesz? Po prostu chciałam być zaakceptowana. Godzinami przeglądałam się w lustrze, przymierzałam moje stare ciuchy, układałam je w zestawy – co, jak, gdzie i kiedy założyć. Wiesz, że w ciągu pierwszych 20 sekund człowiek wyrabia sobie opinie o innych na podstawie swego pierwszego wrażenia – i potem trudno mu jest się tego pierwszego wrażenia pozbyć. Dlatego też chciałam wypaść jak najlepiej. Jeszcze wtedy nie chowałam się przed lustrem – wręcz przeciwnie. Stroiłam głupie miny, patrzyłam sobie głęboko w oczy, wyobrażając sobie przystojnego bruneta, uśmiechałam się szeroko, wyciągałam dłoń, śmiałam się... Opracowałam „siebie” w każdym szczególe. Miałam być otwarta, ale nie za bardzo, żeby dało się we mnie wyczuć pewną tajemniczość. Niezwykle bystra i inteligentna, wesoła i optymistyczna. I wtedy, przed tym lustrem – naprawdę byłam pewna siebie. Kiedy chcę sobie przypomnieć czas, kiedy naprawdę byłam szczęśliwa – wracam myślami właśnie do tego dnia i do tego lustra.
*** Jesteś niecierpliwy. Niby twierdzisz, że chcesz wiedzieć, dlaczego nie chcę patrzeć w lustro, a jak staram się o tym opowiedzieć, przerywasz mi. Chcesz znać nazwę tego uczucia? Mówiłam Ci już... Tego się nie da nazwać. Jeżeli nazwę to – „niepokój” – od razu skojarzysz to ze „strachem”. A jak już Ci powiedziałam – to nie jest strach. Ale to nie jest też niepokój... To coś, co zrozumiesz dopiero wtedy, kiedy dasz mi do końca opowiedzieć... Dobrze? Świetnie... Tak więc nadszedł 1 września...
*** Od rana byłam bardzo podniecona. Wstałam prawie godzinę przed tym jak zadzwonił budzik i od razu pobiegłam do łazienki szykować się. Na twarzy miałam takie niezdrowe wypieki, jak zawsze kiedy jestem chora. Było mi gorąco i lekko drżałam. Kiedy o tym myślę teraz, mam ochotę się śmiać – moja reakcja bardziej przypominała mi zachowanie dziecka, które pierwszy raz idzie do szkoły, niż już przecież takiej dorosłej dziewczyny, za jaką chciałam się uważać. Mama oczywiście działała powoli, jak zawsze rano, doprowadzając mnie do białej gorączki. Nie spieszyła się też do garażu, choć co chwila znacząco zerkałam na zegarek, chrząkałam i robiłam uwagi w stylu – „Boże, mogliby poszerzyć naszą drogę, tak długo się nią jedzie do miasta”. Mój problem z matką polegał na tym, że nigdy w rozmowie z nią nie potrafiłam powiedzieć jej czegoś wprost. Kręciłam, kręciłam, aż w końcu sama się domyślała. Nie miałyśmy po prostu wspólnego języka. Gdybym wtedy powiedziała jej – „Mamo! Pospiesz się, przecież wiesz jak długo się jedzie do miasta! Spóźnimy się!” – jestem pewna że mogłabym mocno oberwać za bezczelność. Na samo szczęście nie spóźniłam się. W ostatniej chwili wpadłam do auli i usiadłam na pierwszym lepszym krześle. Rozglądałam się dookoła i zastanawiałam które twarze będę niedługo widywać codziennie, które osoby staną się częścią mojego życia. Ceremonia była oczywiście nudna, długa i całkowicie zbędna. Praktycznie nikt nie słuchał grubej kobiety o mysich włosach, która była dyrektorką. Ja sama zaczęłam rozmowę z czarnowłosą dziewczyną, z bardzo ciemną opalenizną. Dziewczyna powiedziała, że nazywa się Krystyna, ale żebym nawet nie próbowała tak do niej mówić – wszyscy nazywają ją Krista. Krista, jak się okazało, znała tutaj praktycznie wszystkich. Co chwila wskazywała na kogoś z uczniów czy nauczycieli i opowiadała jakieś sensacyjne historyjki. Niektóre były bardzo śmieszne, inne naprawdę głupie i plotkarskie. Mimo to, od razu polubiłam Kristę. Była ona bezpośrednia i otwarta i znała przecież tyyyle ludzi, mogła mnie z nimi zapoznać. Podziwiałam ją skrycie, bo uosabiała wszystko to, czym chciałam być i ja. A Krista chyba właśnie kogoś takiego poszukiwała – kogoś komu by imponowała i kto nigdy by się jej nie sprzeciwił. Na pewno domyślasz się już, że Krista i ja trafiłyśmy do jednej klasy i zostałyśmy przyjaciółkami. Przepraszam, może raczej „przyjaciółkami”, jak się później miało okazać. Moją wychowawczynią została młoda nauczycielka. Bez doświadczenia, ale za to pamiętająca „jak to kiedyś było”. Natomiast moja klasa... Jak każda porządna klasa humanistyczna składała się w przeważającej większości z dziewczyn i kilku chłopaków. Marcin, Łukasz, Czarek i Damian. Tacy sobie faceci, którzy w przeciągu kilku lat na pewno zniewieścieją i poddają się większości – dla świętego spokoju. Natomiast dziewczyny... Krista od razu zaczęła wymieniać całusy z połową z nich. Trzymając mnie za rękę przedstawiała mnie, jako „swoją nową kumpelę, Natę”. I tak zostałam zaakceptowana przez te dziewczyny. Zachwyciła mnie ich uroda. Wszystkie one miały tusz do rzęs i cienie na oczach – to mi szalenie imponowało, bo w domu i tam gdzie wcześniej chodziłam do szkoły makijaż był surowo zakazany. I wszystkie miały spodnie (nie spódnice) i do tego buty na obcasach. Poczułam się naprawdę głupio i jakoś tak staroświecko. W tamtej chwili bałam się ich spojrzeń, bo myślałam, że w każdym zobaczę wzgardę. One jednak naprawdę mnie zaakceptowały. Wtedy myślałam, że to dlatego, że ode mnie emanuje po prostu coś, co każe innym od razu mnie polubić. Ale teraz wiem, że to była Krista i jej protekcja, które podniosły mnie w oczach tych dziewczyn.
Część 22 / 2
Od tego momentu moje życie zmieniło się. Po szkole nie wracałam od razu do domu – szłam albo do Kristy, albo z Kristą. A wyjście Z Kristą oznaczało jakiś pub i jej znajomych. A pub znaczył piwo, papierosy, a czasem i jointy. Czasem piłam z nimi piwo, bo inaczej mówili, że jestem „grzeczną dziewczynką” i czułam się jak wyrzutek, a nie chciałam nim być. Wyjście DO Kristy było przyjemne. Bo u siebie Krista zachowywała się inaczej – można było z nią normalnie porozmawiać, nie śmiała się tak często i nie była tak krzykliwa. W każdym razie, wyjście z dziewczynami jak już dotarłam do domu było praktycznie niemożliwe przez to moje więzienie. Przegapiałam mnóstwo imprez. Na początku żałowałam tego i jednocześnie wcale nie było mi szkoda. Źle się czułam w takich miejscach, ale przecież chciałam być akceptowana i zabierana wszędzie. Po pewnym, dość długim okresie czasu, moja nieśmiałość znikła. Czułam się bardzo ważna i szanowana. Zaczęłam się malować, ubierać tak jak moje koleżanki, codziennie po szkole razem z Kristą maszerowałam do Under – naszego ulubionego pubu. Słowem – zaaklimatyzowałam się. Jedyne czego nigdy nie udało mi się zrobić, to nauczyć się tych wszystkich slangowych słów i operować nimi na co dzień. W Under nikt nie pytał się nikogo o dowód. Chciałaś piwo? Proszę bardzo. Papierosy? Czemu nie? Dlatego tak często tam bywałyśmy i dlatego Under stało się głównym miejscem spotkań praktycznie wszystkich. Nie bywać tam znaczyło - nie żyć. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Under dało mi poczucie wyższości nad innymi, sprawiło że stałam się bardziej pewna siebie – choć ta pewność wydaje mi się teraz śmieszna.
Szybko pokonywałam pewne bariery. Piwo, papierosy i inne używki na porządku dziennym. Nie odmawiałam też skręta, oczywiście dlatego, żeby nie uznano, że jestem beznadziejna i tchórzliwa. Zaczęłam chodzić na takie imprezy, gdzie głównym punktem programu było picie i gdzie ludzie rzygali pod siebie. Lubiłam to. Czułam się taka jak inni, czułam się częścią czegoś i wydawało mi się, że wszyscy na około mnie rozumieją. Myślałam, że znam wszystkich i że inni znają MNIE, moja prawdziwe JA. Chyba nie muszę dodawać, że było to oczywistą bzdurą.
Maj... Razem z Kristą i taką Anką zasiedziałyśmy się w Under. O północy w końcu pożegnałyśmy się z naszą paczką. Wykonałam telefon…