Wakacje · 4 min czytania
Zwierzenia Maryśki
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był deszczowy dzień, gdy Marysia siedziała sobie na swoim ulubionym wiklinowym bujanym fotelu i czytała swoją ulubioną baśń, czyli „sierotkę Marysię”. Myślała sobie wtedy: „Ech! Ja sama jak ta sierotka!”. Ale jak to zazwyczaj z tymi myślami bywa, również ta uleciała szybko ze złotej głowy dziewczynki. A może już i nawet dziewczyny. Tak! Z całą pewnością dziewczyny. Można by nawet rzec: młodej kobiety. No, ale co w tym właściwie ciekawego? Hmm… Pomyślmy. Zaraz Marysia przedstawi swoją krótką, ale to nie znaczy, że nie wielką przygodę… Tak, tak… Moja historia nawet w połowie nie jest tak zajmująca jak ta sierotki Marysi. Ale mimo to myślę, że warta jest uważnego posłuchania. Wszystko zaczęło się w zeszłym roku w wakacje, gdy pojechałam na cały lipiec do mojej babci. Było, jak można się łatwo domyślić, bardzo nudno. Wokół same jakieś stare kumy, babcia to tylko podtykała mi pod nos coraz to lepsze smakołyki. Ojej… w tamte wakacje to tak przytyłam, ze ho ho. Zastanawiacie się pewnie, co może być ciekawego w zwykłym pobycie u babci. Otóż było… Pewnego pięknego dnia, gdy przechadzałam się po babcinym polu łagodnie oświetlonym przez czerwoną poświatę zachodzącego słońca, spostrzegłam w oddali królika. Postanowiłam go dogonić. Biegłam za nim chyba z pięć minut, lecz on cały czas był o te kilka metrów przede mną. Byłam już mocno zasapana, częściowo przez to, że nigdy nie miałam dobrej kondycji, a częściowo przez ten tłuszcz który obrósł mnie całą. Wtedy to postanowiłam: Muszę schudnąć! Lecz niestety moje postanowienie, nie miało fundamentów w rzeczywistości. No i tak tyłam i tyłam aż stałam się grubasem. Nie lubiłam tego, chociaż teraz już lubię swoją tuszę. Pytacie na pewno: dlaczego? - odpowiedź jest prosta. W ferie zimowe wstąpiłam do klubu morsów. Bo myślę sobie, a co tłuszczu trochę mam i w zimnej wodzie przyda się na pewno. I może coś schudnę. No i wstąpiłam. Kąpałam