Inne · 10 min czytania
Zwykły dzień.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Uwielbiam zapach lakieru do paznokci. Uwielbiam wstać rano, nasączyć wacik zmywaczem i zmyć starą warstwę lakieru. A później nakładać nową, pachnącą warstewkę. Jeśli na pędzelku jest go zbyt dużo, to delikatnie czuję chłód lakieru.
I ten poranek również nie różnił się od poprzednich. Działam jak automat, mam wpisany algorytm, który zawiera instrukcję powtarzania. Każdy dzień taki sam, wyglądam jak każda inna- jakgdybyśmy były modelami z tej samej serii, jednym z wielu zrealizowanych projektów człowieka, który spędza wieczory i poranki przy desce kreślarskiej.
Wszystko byłoby tak, jak zwykle- paznokcie, kawa, kanapka z serkiem, poranna toaleta, makijaż, ciuchy i do przodu- gdyby nie seria przypadków, która mnie spotkała. Zaczęło się może bardzo banalnie- ktoś zapukał do drzwi, przez judasza widzę, że to kocia wiara przyszła. Otwieram drzwi i komunikuję dwum paniom, że nie życzę sobie kolejnych odwiedzin. Świadkowie Jehowy w takim głoszeniu wiary przypominają mi raczej akwizytorów, których nikt nigdy nie zaprasza, a jeśli już niezapowiedzeni przyjdą, to wyjść nie chcą. Panie zostały jednak przegnane i znowu mogłam cieszyć się ciszą, jaka panowała w moim M2.
Mieszkanie w centrum miasta miewa potężne minusy. Po pierwsze- w nocy bywa bardzo głośno podczas organizowanych przez samorząd imprez, na które zwykle spraszane są gwiazdki, które nie świeca już od ładnych paru lat, a ich występy okrasza kilka fajerwerków. Po drugie- czasem ciężko jest się wydostać z centrum samochodem i trzeba zdać się na własne nogi, po trzecie- jeśli już zdajesz się na spacer, to musisz stać i czekać, aż zaświeci się zielony ludzik sygnalizujący kontynuację podróży.
Osobiście najbardziej na świecie nienawidzę stać i czekać na zielone. Szlag mnie trafia, kiedy wokół mnie stoi zbieranina jakichś ludzi- a to śmierdzący dziadek, a to dwunastoletnia dziewczynka z papierosem, której wygląd sugeruje, że zarabia sama na siebie dając dupy każdemu, kto by miał akurat ochotę. Różne kwiatki zakwitają na przejściu. Kiedy widzę jakąś znajomą twarz od razu robi mi się lżej na sercu, że nie muszę stać i czekać, aż cała zbieranina przetoczy się na drugą stronę ulicy. Wyciągnęłam papierosa, zapalniczkę ... Kilka gwałtownych ruchów kciukiem, ale zamiast płomienia tylko iskierki, które w tym wypadku gówno mi dadzą. Rzuciłam zapalniczkę do ścieku i ruszyłam razem z całym tabunem ludzi do drugiego brzegu.
Część 22 / 2
Codziennie idąc do sklepu mijam mały, uroczy park. Nigdy nie zdarzyło mi się w nim być, mimo, że dzieli mnie od niego ledwo pięć minut drogi. Nie jest jak te, za które biorą się architekci z Urzędu Miasta i wygląda no.. jak park. Kilka ławeczek, starych ale nie na tyle, żeby zaczęły się rozsypywać pod wpływem ciężaru, czas nadał temu miejscu niezwykły charakter i za każdym razem przechodząc tamtędy obiecuję sobie, że następnym razem tam zajrzę, chociaż po to, żeby obejrzeć- nie działającą już w prawdzie- fontannę. To raczej coś w stylu piaskownicy wyłożonej płytkami, o powierzchni kilku metrów kwadratowych z odpływami w każdym rogu i o niskim murku, który ją otacza. W odległości około metra od dwóch równoległych boków stoją dwa wielkie kamienne ryby. Misternie rzeźbione przypominają baśniowe stwory, na których podróżowali bohaterowie. Gdzieniegdzie na rozłożystym ogonie wyrasta mech, oko jednej z ryb jest skruszone. Kiedy fontanna jeszcze działała, to z uszczelek zamontowanych w pyszczkach ryb rozpryskiwała woda, tworząc różne formacje. Sklep znajduje się tuz za rogiem tego parku, zanim jednak dojdzie się o sklepu, trzeba przejść przez kolejne, tym razem Bogu dzięki, nieoznakowane przejście.
Rozejrzałam się powierzchownie to w jedną, to w drugą stronę. Nigdy nie wiem, czy mam zacząć od lewej, czy prawej strony, w sumie co za różnica? Telefon zadzwonił w kieszeni. Robiąc pierwszy krok na ulicę zaczęłam szukać go w torebce. To był mój największy błąd tego dnia. Kiedy spojrzałam w lewo widziałam, że jakiś samochód jedzie, ale był na tyle daleko, że postanowiłam iść przed siebie. Nie zwróciłam tylko uwagi na to, że jedzie on dużo szybciej, niż przewiduje ograniczenie na tej drodze.
Telefon miałam już w ręku, chciałam odebrać, ale potężne uderzenie w lewy bok wytrąciło mi telefon z ręki... Doleciałam dosyć daleko- wylądowałam około siedmiu metrów dalej, tocząc się jeszcze kawałek dalej. Otworzyłam oczy, zobaczyłam swój telefon, cały w kawałeczkach. Nawet nie zdążyłam zobaczyć, kto do mnie dzwoni! Pomyślałam tylko, że zamorduję kolesia, który prowadził samochód. Później spojrzałam na swoje ręce- z prawej wystawała kości, lewa była jakby gumowa. Niezłe będę miała za to odszkodowanie... Nogi miałam ułożone jakby w szpagat, dziwię się, że moje ścięgna i mięśnie to wytrzymało, bo nie ćwiczyłam od czasów, kiedy wyszłam z liceum.
Czekałam, aż podejdzie do mnie facet z samochodu. Nie mogłam się…