Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 7 min czytania

Zwykły dzień

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Niebo było inne. Od razu zwrócił na nie uwagę. Wyglądało jakby setki burz, tornad czy sztormów, bawiło się chmurami. Błyskawice wyskakiwały z obłoków w niespotykanych kolorach. Nie wiedział skąd się tu wziął, chociaż wiedział gdzie jest. Spędził w tej okolicy mnóstwo czasu. Cały obszar na północy pokrywały pola, rośliny, smagane wiatrem, niewyobrażalną wichurą, pochylone były w kierunku cmentarza - Heh, cmentarz jest, świetnie - a w oddali, aż po horyzont widać było te okropne chmury. Tak, zdecydowanie były okropne, chociaż na początku wydawały się całkiem przyjemne. Bez wątpienia były piękne, ale w obliczu końca - Skąd ja to wiem? - wolałby nudną niebieską płachtę, która nigdy mu się nie podobała. - Cześć. - Piękna pogoda, prawda? - zapytał jeden z jego kolegów, którego teraz nie pamiętał. - Chyba żartujesz. - Przecież jest ciepło, zresztą popatrz na niebo, ani jednej chmury! - Mówiąc to, jego twarz przybrała komiczny wyraz, można powiedzieć, że ozdobił ją ironiczny uśmiech. Nie ma w tym nic komicznego, oczywiście jeżeli ktoś wie, co to ironia. On nie wiedział. - Ani jednej chmury! Jak niebo bez chmur można uznać za oznakę dobrej pogody? Jest nudne i nie ma szansy na cień. - Masz drzewa, masz dachy, masz dom, więc masz i cień. - Pieprzysz. Wszystko po kolei, nie można się dowiedzieć wszystkiego na raz. Był zwrócony na wschód. Kilka razy stał akurat w tym miejscu, kiedy czekał na kolegów. Blok z tyłu jest. Z prawej też jest. Nie ma tego z lewej, jest sklep, a za nim pola, które powinny się zaczynać jakieś dwieście metrów dalej. - Nareszcie, ile można czekać? Srałeś? - Człowieku, kupa niesamowita! - Znał te twarze, znał tych ludzi, ale nie potrafił powiedzieć kim są. - Panowie, nie ma czasu. Idziemy do sklepu. Kto ile ma? - Będzie wspaniała impreza... Dycha. - Była wypłata, mam trochę. - Jedyny, który pracował z obecnej tu trójki. - No ja mam pięćdziesiąt. W drogę - Bardzo długą drogę, dwadzieścia metrów. Sklep otworzyli niedawno. Zaczęli robić tam zakupy ze względu na niskie ceny, które i tak były wysokie, dobra wódka była już dla nich rzadkością. - No to co? - Uwielbiał, kiedy on to mówił. No to było krótkie, co ciągnęło się długo, a wszystko to wypowiadał wręcz śpiewająco, dosłownie. - Ja proponuję coś mocniejszego. - Zawsze odpowiedź na to pytanie zaczynał słowami Ja proponuję. Lubił używać kulturanych słów. Choćby określenie panowie, kiedy zwracał się do kolegów. - Coś kolorowego. - Czysta. Zniknęło boisko i kolejne budynki - Jasna cholera! Całe pieprzone osiedle domków jednorodzinnych! - Został cmentarz. Do dziwnych rzeczy należy zaliczyć fakt, że cały czas stał w jednym miejscu i patrzył w niebo. Nie przeszkadzało mu to w dostrzerzeniu bloków za nim - To takie proste, takie oczywiste - nie patrzył własnymi oczami. Kamera - Tu nie ma żadnej kamery, miałeś się odzwyczaić od tego określenia. - lub oczy czegoś, bliżej niezidentyfikowanego, zbliżały się z tyłu w jego stronę. Cała akcja zaczęła się od pokazania nieba, jakby inaczej. Rzut na okolicę i w końcu wleciała w jego głowę. Wszystko to było przeplatane zbliżeniami poszczególnych scenerii. Zdarzało mu się czasem opisywać to co robi. Dawniej częściej bawił się w narratora własnego życia, kiedy dorastał, trochę mu się to znudziło. Ale teraz! Teraz narracja przychodziła gładko, jakby była czymś zupełnie naturalnym, jakby grał w filmie. Jeszcze ta kamera... Nie, nie było żadnych kamer, operatorów, nie znał scenariusza. Poza tym był sobą i wiedział, że to życie. Teraz zdał sobie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zwykły dzień — czytnik · opowiadania