Psychologia · 13 min czytania
Życie jest piękne
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jestem jak robak, co pełznie przez pył W pyle żyje i pyłem się karmi, Aż zmiażdży i pogrzebie go wędrowca stopa
(Philip K. Dick "Przez ciemne zwierciadło")
Z. prawie już kończył papierosa kiedy nadjechał autobus. Nie zastanawiając się ani przez chwile wrzucił palącego się do kosza na śmieci. Przez głowę nie przeszła mu nawet myśl, że było to lekkomyślne, że to co tam było może się zapalić, że... Takie gadki mało go w tej chwili interesowały. Srututu, którym się teraz nie miał czasu zajmować. Spieszył się. Cholernie. Dwadzieścia po ósmej. Spóźnienie się do pracy było już faktem. Chyba, że autobus pokonałby trasę w dziesięć minut, ale wymagałoby to machiny znacznie innej, do tego pojazdu raczej niepodobnej. Standardowo trasę pokonywał w jakieś pół godziny, więc nie należało liczyć, że stanie się cud. Trudno - pomyślał Z. Nic złego się nie stanie. Do tej pory przecież zawsze był punktualny. Dzisiaj jakoś tak wyszło. Nieważne. Inni robią to przecież nagminnie i jakoś nigdy z tego afery nie było. Zawsze jest jakaś wymówka i nie ma się o co przyczepić. Może więc lepiej przestać sobie tak truć bez potrzeby? Z. mógłby mieć to wszystko gdzieś. Ale nie miał. Przejmował się. Strasznie nie lubił się tłumaczyć. A teraz musiał się na to przygotować, starał się coś wymyślić. Takie ściemnianie nigdy nie było jego mocną stroną. Najgorzej jeśli akurat napatoczy się gdzieś ta głupia psiapsiułka szefa. Rewizor i kabel jakich mało. Nie znosił jej. Uwielbiała wiedzieć wszystko i o wszystkich. Co? Kto? Gdzie? Kiedy? Jak? Na pewno codziennie skrupulatnie uzupełniała taką ankietę. Pod pretekstem niewinnych pogaduszek szpiegowała gdzie tylko można, gdzie tylko się dało. Wiedzieć jak najwięcej i umieć te informacje wykorzystać. To była jej dewiza. Ludzie się jej bali, bo niejednej osobie narobiła już kłopotów. A to przecież tylko (a może aż) sekretarka. Z. starał się wszelkie kontakty z nią ograniczać do niezbędnego minimum, co udawało mu się różnie. Nie miał (jeszcze) żadnych minusów u szefa, ale parę razy niewiele brakowało a powiedziałby za dużo przy tej babie. Tak sobie o tym wszystkim rozmyślając Z. nie zauważył, że autobus od dłuższej chwili stoi. Gdy się zorientował - był bardzo zdziwiony. Miejsce postoju pojazdu nie przypominało, nawet w najmniejszym stopniu, przystanku ani niczego innego gdzie zwykle zatrzymują się autobusy. Żadnego czerwonego światła, żadnego korka. Rozejrzał się. Myślał, że pozostali pasażerowie również będą odczuwać jakiś niepokój, że się będą tym denerwować. Gdzie tam... Wszyscy siedzieli spokojnie. Jakby nic się nie stało. Jakaś straszliwie gruba kobieta siedząca naprzeciw niego pochłonięta była lekturą artykułu, w jakimś szmatławym pisemku, o romansie Michaela Jacksona z klonem Katarzyny Figury. Po prawej para małolatów oddawała się namiętnym pocałunkom przy okazji straszliwie się wiercąc i rozpychając. Gdzieś ktoś rozmawiało czymś. Z jego bełkotu dawało się wyłowić charakterystyczny przecinek ?kurwa? nie będący raczej oznaką zdenerwowania. Długowłosy koleś słuchał jakiegoś czadu na walkmanie, w oddali starsza pani czytała książkę. Spokój. Błogostan. Z. miał wrażenie jakby oglądał współczesną odsłonę ?Upadku Ikara?. Dzieje się coś dziwnego, a tych ludzi kompletnie to nie obchodzi. Nie rusza. Wstał z siedzenia i ruszył w stronę kabiny kierowcy. W środku nikogo nie było. Obrócił się i zapytał: - Gdzie jest kierowca? Cisza. Nikt nawet nie spojrzał w jego stronę. Powtórzył głośniej: - Gdzie jest kierowca?! - Wyszedł! - zaskrzeczała złotozęba babcia. - Młody pan, a już ślepy? - Ale dlaczego?! Po co?! Gdzie... Autobus przecież musi... - Nic nie musi złociutki, nic nie musi. Coś pan taki dociekliwy? Jego sprawa. Wyszedł i już. - Jak to?! Do kios... - zawiesił głos. - ...ale przecież... - Te! Koleś! - włączył się mężczyzna siedzący obok staruszki. - Guza szukasz? Nie marudź! Facet nie wyglądał przyjaźnie. Czerwona, ogorzała, spuchnięta gęba sugerująca ciężką pracę przy kieliszku. Mimo wszystko Z. nie poddawał się: - ...przecież autobus musi jechać dalej... ja jestem już spóźniony... - irytował się. - A ten znowu! Musi, musi, musi... Idź do mamusi! Che, che, che - śmiech staruszki, przy którym odsłoniła swoje dosyć ubogie i najczęściej złote uzębienie, przypominał atak astmy. - Trza było wyjść złociutki wcześniej z domu! Na twarzach pasażerów obserwujących sytuację pojawił się uśmiech. Całkiem nieźle bawiła ich ta sytuacja. Z. nie miał ochoty więcej się odzywać. Nie wiedział co robić dalej. Absurd. Sen. Wtedy zauważył, że w jego stronę idzie jakiś młody chłopak. W ręku trzymał puszkę piwa. - Jedzie pan czy nie?! Osłupiał. - Jak nie, to odsuń się pan! Chłopak przepchnął się obok niego. Otworzył drzwi od kabiny kierowcy i wszedł tam. Autobus ruszył. Trudno jest opisać co czuł Z. Nie był w stanie pojąć tego co się wokół niego dzieje. Zastanawiał się czy wysiąść na najbliższym przystanku. Spojrzał na zegarek. Już po dziewiątej. Lekko zrezygnowany wrócił na miejsce gdzie wcześniej siedział. Spóźnił się ponad godzinę. Wchodząc do budynku firmy główkował nad wyjaśnieniem tego wszystkiego. Sytuacja była tak nonsensowna i dziwaczna, że nie bardzo wiedział co może powiedzieć. Nikt mu nie uwierzy. Po prostu popsuł się autobus. Standardowo. Takie usprawiedliwienie było chyba najlepsze. Podenerwowany wjechał windą na górę. Taki początek dnia nie nastrajał optymistycznie do jego reszty. Z. nie mylił się w swoich odczuciach. W pokoju gdzie zwykle pracował ? w jego pracowni ? czkała na niego niespodzianka. Za jego biurkiem siedziała jakaś kobieta. Ładna kobieta. Ba! Piękna sztuka. Ale co z tego? Nie znał jej. Nie przypominał sobie, żeby wspomniano mu o nowej pracowniczce, o tym, że ktoś ma teraz z nim współpracować. Asystentka? Z. nie miał jednak problemów z rozpoznaniem dokumentów, które leżały na biurku i po których owa niewiasta coś właśnie pisała. To były jego projekty. Dzieło życia, nadzieja na dobrą przyszłość. Owoc kilkumiesięcznych wyrzeczeń, dziesiątek zarwanych nocy, litrów wypitej kawy. A teraz jakaś laska kreśliła po nich coś czerwonym długopisem. Zamknął drzwi z trzaskiem. Spojrzała w jego stronę: - Dzień dobry panu! W jakiej sprawie? Mogę w czymś pomóc? Kogoś pan szuka? Była piekielnie miła i uprzejma. Nawet ujmująca. Ale Z. odebrał to jako przejaw chamstwa i bezczelności: - W niczym i nikogo!!! - zagrzmiał. - Co pani tu robi? Co pani wyprawia?! Kto udostępnił pani te projekty?!! - Nie rozumiem pana - była spokojna i uśmiechała się. - To…