Melodramat · 9 min czytania
Życie jest zbyt piękne, by stać się snem. cz.4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Cz.4.
Jeśli kiedyś wcześniej jechaliście oblodzoną, wąską drogą o częstotliwości zakrętów większej niż rytm bicia waszego serca przy wchodzeniu w nie z prędkością stu czterdziestu kilometrów na godzinę, wiecie o czym mówię. Jane, po prostu wtuliła głowę w ręce i nie śmiała wyjrzeć przed siebie. Mimo świadomości zagrożenia, wcale się nie bałam. I nie gadałam za dużo. Skutkowało. Brad wyraźnie się rozluźniał. Po kilku minutach napięcie spadło szybko jak wskazówka szybkościomierza. -Kochanie, jeśli kiedykolwiek zamierzasz jechać z prędkością dźwięku tą rakietą, daj mi znać wcześniej. Ojciec uśmiechnął się krzywo i wyszedł mu grymas. Mama źle to odebrała. -Gniewasz się jeszcze na mnie? Człowieku, normalni ludzie zachowują się zupełnie inaczej. - Skarbie, nie wygaduj głupstw. Po prostu nie zauważyłaś mojego dołeczka z lewej strony profilu. Dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę. - Tato, kto to był ten pan w barze? – Elokwencja udzieliła się i mnie – Widziałeś jak bardzo się od niego odsuwali ludzie? Śmierdział i chciał cię uderzyć, gdy ten wielki pan cię uratował. Już miałam przygotowane zaklęcie. - Więc rzuć na siebie zaklęcie snu – obcesowo wyjaśniła mi mama. Nie dałam się zwieźć tak łatwo. Dobrze, pomyślałam. Po chwili mruczałam wygodnie rozciągnięta na tylnej kanapie. Udawałam rzecz jasna głęboki, niedźwiedzi letarg, jednak z mojego planu wyszły nici. Brad był sprytniejszy od dwunastolatki; w swoim panelu sterowania muzyką ustawił rozchodzące się nuty wyłącznie na tył samochodu. Podsłuchując ich mogłabym skuteczniej walić głową w mur, szczególniej, że ojciec puścił mi American Idiot. Prychnęłam ze złości. Droga mijała bardzo szybko. Nie zorientowałam się nawet, gdy przekroczyliśmy granicę rezerwatu a napęd Jeepa 4x4 pokazał, co potrafił. - Popatrz, córeczko – pokazała mi mama – to jest nasze nowe miasto. Była podekscytowana. Ukrywała to, co zataił przede mną Brad? Znów się zezłościłam. O tych zaklęciach myślałam coraz poważniej. Mimo wszystko wiedziałam, że nie wolno nalegać z dwóch powodów. Po pierwsze były urodziny Jane, które i tak zostały już nieco nadwyrężone. Starałam się być jak najgrzeczniejsza. Po drugie Brad czuł się lepiej z myślą, że mała Charlotte nic nie wie o jego tajemnicy. I tak powie mi o tym Jane. Zostawiłam ten epizod daleko w swojej głowie, a skoncentrowałam się na miasteczku. Właśnie mijaliśmy słupek z tablicą. Yellowstone. Ładnie. Jak nasza rzeczka w starym mieście. Zrobiło mi się smutno na widok bawiących się przed szkołą publiczną dzieci w moim wieku. Przypomniałam sobie moje stare przyjaciółki, Rachel, Victorię, i Annese. Zawsze razem wracałyśmy ze szkoły taplając się w kałużach, poganiając ptaszki i wiewiórki. Nasze pożegnanie przypominało bardziej nietypową stypę. Nikt nie umarł oczywiście, ale nastrój był grobowy. Odeszłam, po prostu, ot tak i nieodwracalnie. Big Delta już o mnie zapominała. A ja starałam się zapomnieć o niej. W tej części kraju, oddalonej od starego miasta o niespełna kilkaset kilometrów widać było jednak druzgoczącą różnicę. Fasady i elewacje budynków rzucały się na pierwszy plan. Były ubogie, małe, skromne, prawie biedne. A przecież mieścił się tu bogaty ośrodek gorących wód i uzdrowisk. Byli turyści, był ośrodek wypoczynkowy. Koło łowieckie. Ba, kino nawet! Nie mogłam odtrącić myśli od widoków starych budynków. Jak gdybym znalazła się nagle w miasteczku z XIX wieku. Nad główną ulicą 5th Avenue, biegnącą przez środek miasteczka schylały się ze starości obwisłe klony i dęby, co potęgowało moje poprzednie wrażenia. Ostatnie liście właśnie opadały prądem wiejącego wietrzyka. Na chodnikach i krawężnikach zgromadziły się już kopce czerwono złotych owoców drzew. Sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Błagałam żeby Jeep Brada przyśpieszył. Widziałam za dużo detalów. Minęliśmy jakieś skrzyżowanie, dwie stacje benzynowe, dom handlowy, witani nieco zbaraniałymi spojrzeniami mieszkańców. Patrząc na podwórka i garaże nieznajomych ogarnęła mnie duma, ale też i wstyd. Stare Chevrolety i Nissany pick-upy nie mogły się równać z naszym czerwonym diabłem. Zarumieniłam się. Nie mówiliśmy prawie wcale. Ciekawie oglądaliśmy wszystko dookoła. Brad był tu wcześniej kilka razy, ale sprawiał wrażenie jakby od tamtej pory wiele się zmieniło.…