Rodzina · 21 min czytania
Życie po śmierci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kiedy Aleksandra poczuła na swoich powiekach pierwsze nieśmiałe promyki słońca, już wiedziała, że to nie będzie dobry dzień. Wstała z łóżka i rozglądnęła po pokoju- pamiętała jakby to było wczoraj, jak wraz z Grzegorzem tak bardzo radośni kupowali wszystkie meble; łóżko wybrali możliwie największe( co było ich marzeniem, przez osiem lat spali na rozkładanej kanapie, ciasnej i niewygodnej), toaletkę Aleksandra wzięła zwykłą, drewnianą ze swoistym urokiem. Drzwi na wprost łóżka, prowadziły do garderoby, wypełnionej różnego rodzaju ubraniami- Polańscy preferowali jednak wygodę, więc w przeważającej części znajdowały się tam dresy, rozciągnięte swetry i luźne bluzki. Niedaleko łóżka stała średniej wielkości komoda, która kolorem kontrastowała z resztą, jasną częścią pokoju. Ściany zapełnione były fotografiami- ich córka, Lena uwielbiała fotografować; Polańscy byli z niej dumni. Nad łóżkiem wisiała duża fotografia męża Aleksandry, na której Grzegorz śmiał się radośnie, aż trzymając się za brzuch. Zawsze przed snem i po przebudzeniu Aleksandra patrzyła na fotografię i czuła jakby mąż wciąż z nią był; już nie ciałem, a duchem. Tym razem też wbiła swój wzrok w oczy męża, tak niezwykle intensywnie zielone. Mogła popatrzyć na nie już tylko na zdjęciu, co bolało ją najbardziej. Ubrała się i poszła obudzić córkę. Kiedy robiła śniadanie wrócił do niej ponury humor od którego próbowała uwolnić się przez długi czas. Od śmierci męża minęły trzy miesiące, nastał kwiecień, wszystko budziło się do życia. Śnieg to topniał, to po chwili wracał, robiąc zamęt i strasząc biednych spacerowiczów ubranych w wiosenne kurteczki. Po pobycie u matki Aleksandry, Danuty, powoli uwalniała się od smutku i przygnębienia, rozumiejąc, że Grzegorzowi, tam gdzieś w niebie, jest dobrze i nie chciał by, żeby „ jego dziewczyny” tak bardzo smuciły się jego śmiercią. Sam był człowiekiem niezwykle radosnym, cieszył się z każdej drobnostki. Radość z życia nie zaprzeczała pamięci o Grzegorzu; nie było sekundy by Ola nie myślała o zmarłym mężu. Teraz po prostu mniej się smuciła, bardziej starała zauważać wszystkie małe przyjemności, które czyniły jej życie trochę szczęśliwszym. A teraz do Aleksandry wróciły wszystkie ciepłe wspomnienia dobrych chwil( zresztą tych złych było bardzo niewiele; Ola i Grzegorz rzadko się kłócili, nigdy na poważnie) i czuła ból, niemal fizyczny, który wypełniał ją i nie pozwalał myśleć o niczym innym. Postanowiła, że spacer dobrze jej zrobi, zresztą nie była w stanie prowadzić. Szybko pożegnała się z córką( Lena chodziła do innego gimnazjum niż tego, w którym pracowała Aleksandra) i wyszła, już od progu czując wiosenne, rześkie powietrze, które uderzyło ją w twarz, orzeźwiając. Szła miarowym krokiem, niemalże walcząc z wiatrem, który napierał na nią, uniemożliwiając szybkie posuwanie się do przodu. W jej głowie kołatały się różne myśli, od tych najczarniejszych po te optymistyczne, na których próbowała się skupić. Niestety, to nie było łatwe, ponure myśli przeważały, niemalże pchały się do umysłu, próbując zapanować nad nim. Aleksandra spojrzała na zegarek, który podarował jej Grzegorz na ostatnie urodziny. -Żebyś się już nie spóźniała!- zawołał wesoło, a ona po prostu pocałowała go, nie wiedząc, dlaczego akurat jej Bóg dał za męża taki ideał. Niemniej była z tego powodu bardzo szczęśliwa. „Bóg dał mi ideał, ale nie pozwolił cieszyć się nim do końca.”- pomyślała i bez nuty zainteresowania, stwierdziła, że jest za pięć ósma a do szkoły jest jeszcze trochę daleko. Do pracy miała cztery kilometry. Mieszkali w domu na obrzeżach miasta, tymczasem szkoła znajdowała się w centrum. Pieszo, dojście zajmowało jej ponad pół godziny. Idąc obserwowała miasto. Chodniki i ulice powoli zapełniały się na wpół obudzonymi ludźmi, jeszcze z chęcią wrócącymi by do łóżka. Mijając ich, odciągając się od czarnych myśli, próbowała stwierdzić jaka jest starsza pani w eleganckim płaszczu, młody chłopak w modnej czapce z daszkiem czy dojrzała kobieta ze smutną miną. Kątem oka widziała żebraków pod pocztą czy sklepami; budził się w niej żal, gotowa była wyciągnąć portmonetkę i wytrząsnąć do czapek czy kubeczków całą jej zawartość. Coś jednak ją powstrzymywała i odwracała wzrok, przyśpieszając kroku. Kiedy otworzyła drzwi gimnazjum, przywitała ją błoga cisza, przerywana jedynie cichymi rozmowami sprzątaczek. -Dzień dobry!- zawołała do nich siląc się na wesoły ton. Sprzątaczki natychmiast odwróciły głowy zaciekawione i uśmiechem przywitały koleżankę. -Co tak późno pani Olu?- zapytała jedna z nich. Aleksandra tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi i skierowała w prawo, gdzie w tym gimnazjum znajdował się gabinet psychologa. Kiedy tylko weszła, przywitał ją znajomy odór papierosów, który niemalże zwalił ją z nóg. Po raz tysięczny przyrzekła sobie, że rzuci palenie i rzuciła torebkę na biurko. „Psycholog. Po cholerę tyle studiowałam sztukę odgadnięcia ludzkiego umysłu, bym teraz sama potrzebowała pomocy”- pomyślała ponuro i stwierdziła, że od miesięcy nie porządkowała biurka. Niestety nie zdążyła nawet dotknąć choćby karteczki ze stosu bo do jej drzwi ktoś nieśmiało zastukał. Aleksandra opadła na podniszczone oparcie krzesła i powiedziała najbardziej radosnym głosem na jaki ją było stać: -Proszę! Drzwi uchyliły się i Ola zobaczyła w nich bladą twarzyczkę z grzywką przylepioną od potu do czoła. Oczy miała podpuchnięte zapewne od płaczu. Wsunęła się do pokoju odruchowo marszcząc zgrabny nosek czując zapach papierosów. Była ubrana w długą białą bluzkę i spodenki do gimnastyki. Stanęła ze spuszczoną głową i nie odzywała się. -Usiądź. Jak ci na imię?- powiedziała grzecznie Aleksandra i zauważyła na chudych ramionach dziewczynki blizny, które zapewne sama sobie zrobiła. -Hania- odrzekła prawie niedosłyszalnie dziewczynka siadając na samym brzegu krzesełka i patrząc intensywnie na swoje chude i sterczące kolana. -Haniu....Co cię do mnie sprowadza?- spytała uprzejmie dobrze znając odpowiedź. Dziewczyna podniosła głowę a z jej oczu kapały krople łez, spływając po chudej twarzy następnie po szyi i wpadając pod szeroką koszulkę. -Pani Leokadia kazała mi do pani przyjść- wykrztusiła- ponieważ zauważyła, że mam na ramionach ślady po cięciu się....Nie chciałam zdjąć swetra na wychowanie fizyczne, ale pani mi kazała....i wtedy zobaczyła....- mówiła łamiącym się głosem. Aleksandra poczuła, że musi zapalić. Nie mogła tego zrobić przy uczennicy, skupiła się na tym, co mówiła Hania. Wyciągnęła zmiętą chusteczkę z szuflady i podała dziewczynie. Ta wysiąkała się porządnie i wytarła łzy po czym spojrzała pani psycholog prosto w oczy. -Czy pani straciła w swoim życiu, najbliższą sercu osobę?- spytała. Przed oczami Aleksandry pojawił się obraz męża z uśmiechem na twarzy i patrzącym ufnie na żonę. -Tak- westchnęła i poczuła łzy pchające się pod powieki.- Najbliższą. Męża. Na twarzy Hani pojawiło się zrozumienie i wściekłość. -Nienawidzę mężczyzn! Powinno się ich odizolowywać od społeczeństwa, oni tylko sprawiają ból!- zawołała gniewnie. Aleksandra popatrzyła na nią z zaskoczeniem. -Bo widzi pani- zaczęła Hania- w moim życiu istnieje pewien Bartek. Kocham go, proszę pani, z całego mojego serca!- wymownie złapała się kościstymi dłońmi za serce- Myślałam, że on mnie też, mówił mi słodkie słówka....- uśmiechnęła się na samo wspomnienie- ale tydzień temu widziałam, jak całował się z Ulą! A później jeszcze bezczelnie patrzył na mnie! Jak gdyby nigdy nic, jak gdyby nigdy nie mówił mi tych wszystkich” kocham cię”, „kotku” i tak dalej! Na domiar złego, odkąd całował się z Ulą, jakbym przestała dla niego istnieć! Aleksandra pokręciła głową z niedowierzaniem. -I przez tego Bartka...tak? Bartka? Pocięłaś się, krzywdziłaś świadomie samą siebie?- spytała z niedowierzaniem pani psycholog przywołując wszystkie wykłady i książki na temat świadomego krzywdzenia własnego ciała. Hania pokręciła głową, wstała i nachyliła się do Aleksandry, wyciągając przed siebie długą, chudą rękę z wyraźnymi, świeżymi śladami cięcia się. -Widzi pani- mówiła a na biurko kapały jej łzy- ja nawet z miłości do niego żyletką narysowałam sobie serce z jego inicjałami w środku!- wskazała na przedramię, na którym tkwiło martwe serce z nic nie mówiącymi B.O w środku - A jak dwa dni temu do mnie przyszedł, po jakąś książkę, bo wie pani, my się od piaskownicy znamy, mieszkamy w jednym bloku, specjalnie ubrałam bluzeczkę na ramiączkach, by zobaczył jak bardzo go kocham! A on nawet tego nie zauważył, wziął książkę i uciekł jakby go kto gonił! Płakałam później całą noc... Aleksandra spojrzała na jej ramię pokryte bliznami i nie mogła uwierzyć. Ona w jej wieku, jakimkolwiek była Hania( 13?14?15 lat?) w ogóle nie myślała o chłopakach, wtedy istniał dla niej tylko zespół ABBA, którego słuchała namiętnie dniami i nocami. -Haniu- rzekła łamiącym się głosem- masz dopiero... -Czternaście lat. W czerwcu skończę pierwszą klasę. Urodziny miałam w lutym. Bartek dał mi wtedy piękny prezent, takiego malutkiego misia....- zamyśliła się. -No właśnie. Haniu, przed tobą całe życie, pełne chłopaków, którzy będą o ciebie zabiegać- „takiego chudzielca? Brzydkiego chudzielca? Hm, wątpię!”- dopowiedziała sobie w myślach- więc nie przejmuj się jakimś Bartkiem, on nie był ciebie wart, jeśli nie docenił twojej...- szukała w myślach jak nazwać wygląd Hani- ...twojej oryginalnej urody i pięknego wnętrza! Daj sobie z nim spokój i przestań ranić własne ciało. On nie jest wart twojego cierpienia. Hania wzruszyła ramionami, ale widać było, że poczuła się trochę lepiej. -Wie pani- powiedziała ciepło- a ja myślałam, że jestem brzydka. Nijaka. Nudna. „Wyjątkowo trafna samoocena”- stwierdziła Aleksandra uśmiechając się przyjaźnie do pacjentki. -Myliłaś się. Jesteś piękną, oryginalną, ciekawą dziewczynką! A że Bartek nie potrafił tego docenić- jego sprawa!- powiedziała wesoło. Hania uśmiechnęła się do niej radośnie. -To ja już pójdę. A Bartka mam głęboko w....- w ostatniej chwili ugryzła się w język- w nosie! Nie jest mnie wart, prawda? Aleksandra uśmiechnęła się uprzejmie do pacjentki i powiedziała: -No to idź, już idź, bo pewnie nauczycielka na ciebie czeka....- powiedziała z udawanym pouczeniem w głosie. Hania kiwnęła grzecznie głową i wyszła, zostawiając za sobą zapach taniego dezodorantu, tonącego wśród odoru tytoniu. Opadła na fotel,…