Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

biografia · 49 min czytania

Życiorys

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mam na imię Paulina. Jestem niesprawna w dość dużym stopniu i co pół roku jeżdżę do podwarszawskiego szpitala na kontrolę. Ta historia, którą chciałam opisać, zaczęła się, gdy miałam skończyć osiemnaście lat. Posiadam dwójkę rodzeństwa: dwuletnią siostrę Majkę i brata Pawła, który miał 18 wiosenek; a także dwoje rodziców. Moja rodzicielka jest tłumaczem w dużej firmie, a ojciec prezesem tego biznesu.

Był koniec października, niedługo miałam mieć urodziny, na które wcześniej już zaprosiłam dwie przyjaciółki, które znałam od kołyski i trzech kumpli. Niestety, cały plan "urodziny" dał w łeb. Na tydzień przed imprezą pojechałam do wspomnianego wcześniej szpitala. Właśnie wtedy lekarz, który oglądał moje wyniki (chyba to był "Elvis", ale mogę się mylić) wysłał mnie na oddział (byłam z rodzicielką). Już wtedy wiedziałam, że coś jest nie tak, ale nie mogłam dojść co.

No i stało się. Znów, po dziesięciu latach spotkałam człowieka, który zniszczył mi życie, lekarza, który mnie operował. Weszłam do jego gabinetu ze zdjęciami z rezonansu. Chyba w pierwszej chwili mnie nie skojarzył. Dopiero, gdy dałam mu swoje papiery (historię choroby i zdjęcia) w końcu zrozumiał o kogo chodzi. - Witaj Paulinko. Dawno cię tu nie było. - przywitał mnie ciepło. - Dzień dobry panie doktorze. - przywitałam się z sarkazmem. - Pokaż, co my tu mamy. - popatrzył chwilę na zdjęcie. - No, mamy problem! - stwierdził. - To już wiem. Powiedział mi o tym lekarz w przychodni, ale chciałam się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. - Ok. Tylko powiedz mi, gdzie jest twoja mama? - Na korytarzu, chciałam sama do pana wejść. Mam prawo znać wyniki własnych badań! - naskoczyłam na niego. (zawarczałam - jak to określił Piotr, ale o nim później.)

No i wylądowałam na oddziale. Broniłam się przed tym rękoma i nogami. Jednak wyrok był nieubłagany. "twoja choroba wróciła", "koniec remisji". - brzęczy mi cały czas w głowie. Jednak zanim tam się znalazłam, poprosiłam pana doktora, a on mi pozwolił pojechać do domu i się spakować. Miałam dojechać w poniedziałek. Targowałam się, żeby przyjechać dopiero po urodzinach, ale niestety, był nie do przekonania.

Wszystko musiałam zrobić w ekspresowym tempie. Był czwartek wieczór, kiedy przyjechałam z CZD. Jeszcze tej nocy zadzwoniłam do przyjaciół. Ich zdziwienie przekraczało wszelkie normy. Dziewczyny beczały w słuchawkę, a faceci obiecali, że tam pojadą i pogadają z nim "po swojemu", a potem najwyżej zakopią go gdzieś w lesie. Oznajmiłam im, że to nie będzie konieczne. Umówiłam się z całą piątką, że w piątek zerwiemy się ze szkoły i pójdziemy razem na pizzę. Zgodzili się bez zastrzeżeń.

Następnego dnia, od czwartej nie mogłam spać. Przekładałam się z boku na bok do w pół do szóstej. Później już nie mogłam. Wstałam z nastawieniem, że mogłam zadźgać kogoś tępym narzędziem. Na szczęście nikt nie wszedł mi w drogę. Przygotowałam sobie śniadanie. Od kilku już tygodni byłam na diecie. Tak więc moim śniadaniem było zielone jabłko i szklanka kawy (która podobno hamuje łaknienie). Obiecałam sobie, że to mój ostatni taki posiłek. O siódmej, gdy już wstali wszyscy domownicy, śniadanie było przygotowane i czekało na moją rodzinkę.

Byłam w pizzerii pierwsza. Może to dlatego, że nie mogłam wysiedzieć w domu? Nie wiem. Zamówiłam sobie colę i czekałam, jednak nie długo. Pierwsze przyszły Agata z Karolcią, a później faceci: Kamil, Karol i Krzysiek - bracia. Zamówiliśmy pizzę. Oczywiście nie obyło się bez kłótni chłopaków. To im powierzyłyśmy sprawę jedzenia. Bawiliśmy się, śmialiśmy (najczęściej z facetów). Było bardzo miło i przyjemnie. Krzysiek obiecał mi, że wystarczy, że do niego zadzwonię, a on przyjedzie i poustawia tam wszystkich do pionu (oczywiście chodziło mu o Centrum).

Przyjechałam do CZD. Położyli mnie w sali numer 2001. Swoją drogą, dziwny zbieg okoliczności. W 2001 roku leżałam tam po raz pierwszy. Od razu poznałam swoje towarzyszki: Różę i Esterę, które były dużo młodsze ode mnie, ale bardzo dojrzałe jak na swój wiek. Później, gdy się rozpakowałam, a moi rodziciele pojechali, przyszedł do mnie lekarz (czyt. ten idiota) z młodym praktykantem (był może na trzecim roku, więcej mu nie daję). Pytali mnie jak się czuję i czy czegoś nie potrzebuję. Potrzebowałam - ŚWIĘTEGO SPOKOJU! Jednak oni nie byli tak mili. Lekarz co prawda wyszedł, ale młody zabrał mnie na rezonans. W drodze do pracowni, rozmawialiśmy; dowiedziałam się, że jest synem mojego "ukochanego" lekarza.

Na badaniu leżałam około 40 minut. Piotruś cały czas trzymał mnie za rękę, w której nie miałam sprawności. Nie tyle, żeby dodać mi otuchy, ale po to, abym się nie poruszyła. Miał bardzo ciepłe dłonie. (może mi się tak tylko wydawało, po kontraście?) Przykrył mnie kocem. (już trzecim) Przeleżałam, chociaż było ciężko. - Mogę cię teraz ukraść ze szpitala? - zapytał po badaniu. - Ale pod kilkoma warunkami. - postanowiłam. - Po pierwsze: muszę wziąć z oddziału jakąś kurtkę. Po drugie: musimy zapytać twojego ojca. Po trzecie: musisz mi powiedzieć gdzie idziemy. Po czwarte: ... - Dość! Zgadzam się na wszystko! - przerwał moją wyliczankę. - Na wszystko? - zapytałam z przekąsem. - Ale w granicach rozsądku! - Jak całe życie.

Poszliśmy na oddział. Akurat był rozdawany obiad, którego rzecz jasna nie jadłam. Piotrek poszedł do ojca, a ja, korzystając z chwili, przebrałam się z dresów w błękitną bluzkę i jasne jeansy. Piotr, gdy już załatwił mi przepustkę (jak w więzieniu) przyszedł do naszego pokoju i... nie zastał mnie. Pytał dziewczynek gdzie jestem. - Nie mamy pojęcia, ale niech pan sprawdzi w 2004. - odpowiedziała Esti. On podobno wybiegł z naszego pokoju.

Znalazł mnie u "Kryśki" w 2004. Zdziwił się, gdy zobaczył nas "obściskujących się". Tak naprawdę przytulałam go, aby trochę pocieszyć chłopaka. (byliśmy przyjaciółmi od mojego zabiegu). - Nie chciałbym przeszkadzać, ale Paulinko, możemy iść? - zapytał, gdy wszedł do pokoju. - Jasne! - odpowiedziałam. - Trzymaj się staruszku. - pożegnałam Krystiana i wyszliśmy z jego sali. - Co się stało? - zapytał Piotrek, gdy zobaczył mnie zmartwioną. - Krystian się znowu źle czuje. - odpowiedziałam ze smutkiem. - Kim on dla Ciebie jest? - zapytał w końcu. - Bratem... to znaczy, bratem z wyboru. Najlepszym przyjacielem. A co jest? Zazdrosny? - Może troszkę. - przyznał się. - Znamy się parę godzin, a ty... - Już mnie wzięło. Jak to się mówi? Miłość od pierwszego wejrzenia? Przemilczałam jego wypowiedź. - Z tego wszystkiego zapomniałem ci powiedzieć, jak pięknie wyglądasz. - Dziękuję. Mogę mieć do ciebie małą prośbę? - zapytałam nieśmiało. - Jasne. Mów czego tylko potrzebujesz. - Nie mów na mnie "Paulinka". To mnie strasznie denerwuje. - Dlaczego? Przecież kiedyś... - ugryzł się w język. - Co kiedyś? - domagałam się odpowiedzi. - Kiedyś bardzo lubiłaś to zdrobnienie. - Skąd ty o tym wiesz? - zapytałam, powoli rodziła się we mnie złość. - Od ojca. - przyznał się. - Mogę go udusić, kiedy już wrócimy? - zapytałam. - Może jeszcze daj mu pożyć. On ma jeszcze dziecko do wychowania. - Masz młodsze rodzeństwo? - Tak, ale przyrodnie. - On nie jest z twoją mamą? - Moja mama nie żyje. - Bardzo mi przykro. Przepraszam, nie wiedziałam. - Nic się nie stało. Pogodziłem się z tym już dość dawno.

Dalszą część drogi przemilczeliśmy. W końcu weszliśmy do małej i przytulnej kawiarenki. Znałam ją bardzo dobrze. Chociaż ostatni raz byłam tu, gdy po operacji wypisywano mnie ze szpitala. Przychodziłam tu dość często z "panem doktorem". - Skąd o tym wiedziałeś? - zapytałam, gdy usiedliśmy do stolika. - O czym? - udawał niewiniątko. - To jakiś głupi żart? - Nie wiem o co ci chodzi? - cały czas grał. - Ta kawiarnia. - wyjaśniłam. - Ojciec mówił, że bardzo lubiłaś tu przychodzić. Więc pomyślałem, że zrobię tobie przyjemność. - Dziękuję. - Czy jest możliwość, że kiedyś się we mnie zakochasz? - zapytał znienacka. - Mniej więcej taka, jak że przebaczę twojemu ojcu, czyli znikoma. - odpowiedziałam bez wahania. - Ale jest? - zapytał z nadzieją w głosie. - Jest. - przyznałam.

- Nie wiesz, czy nadal mają tu tę pyszną gorącą czekoladę? - zapytałam. - Taką jak kiedyś? Mają. Dlatego cię tu zabrałem, bo wiem, że ją uwielbiasz. - Co jeszcze o mnie wiesz? - zapytałam w końcu. - Że za każdym razem, gdy tu przychodziliście, zamawiałaś bezę. - Ubiję twojego ojca! - oznajmiłam z furią w oczach. - Już ci coś o tym mówiłem. - lekko mnie przytrzymał i uspokoił. - No dobra, będę grzeczną dziewczynką, ale pod warunkiem, że mnie niedługo wypuścicie. - postawiłam warunek. - Jasne, że cię wypuścimy; tylko ustalimy diagnozę i przyczynę. - Denerwujesz mnie. Czy ty już nie masz nic z człowieka, tylko 100% lekarza? - Niestety. - przyznał. - Taki mój los, ale dla ciebie się zmienię, powiedz tylko słowo. - Może, kiedy cię lepiej poznam, już nie będę widzieć tylko lekarza, ale też faceta, który jest... - przerwałam. - Dokończ. Jaki jestem? - domagał się odpowiedzi. - Bardzo.. hmmm... romantyczny? przystojny? nieprzewidywalny? Dość? - Okej. Starczy, bo mi się w głowie poprzewraca. - I tak już masz poprzewracane, jak każdy osobnik waszego obcego gatunku. - Czy ty jesteś feministką? - Muszę się przyznać, że tak, ale już coraz mniej we mnie zagorzałości... Coraz więcej wyrozumiałości dla waszego, gorszego gatunku. - mówiłam to wolno, żeby nie parsknąć śmiechem. - Dziękuję. Naprawdę uważasz nasz gatunek za gorszy? - Twój ojciec... - nawet nie musiałam kończyć. - Czy mogłabyś skończyć z tym tematem i zacząć tak, jakby ojca w ogóle nie było? - Spróbuję. - obiecałam.

Wypiliśmy gorącą czekoladę. Jej smak nie zmienił się przez 10 lat nawet trochę. Cały czas była pyszna. - Dziękuję. - wyszeptałam mu do ucha. - Mogę? - zapytał nieśmiało. Tylko skinęłam głową. On wziął mnie w swoje silne ramiona i subtelnie pocałował. Tak bardzo brakowało mi czułych ramion jego ojca. - Możemy już stąd iść? - zapytałam, gdyż czułam, że za chwilę mogę się rozpłakać, jeśli wypowiem chociaż jedno słowo więcej... - Co się dzieje? Źle się czujesz? - zapytał. - Nie. Po prostu jest tutaj za dużo wspomnień... - łzy piekły mnie w oczach. Wyszliśmy. On przytulił mnie do siebie. Szliśmy tak dość długo... nie wiem jak, ale doszliśmy na starówkę. - Kocham to miasto. - wyznałam. - A jego mieszkańców? - zapytał znienacka. - Do czego pijesz? - zapytałam, choć doskonale znałam odpowiedź. - Niektórych też lubię. - dodałam po chwili. - A mnie? - Ciebie też... ale tylko lubię. Nic więcej! - Nic? - zapytał z nadzieją. - Nic. - potwierdziłam. - Nieczuła kobieta z ciebie! - stwierdził. - Dziękuję za komplement. - ukłoniłam się lekko.

Kilka dni później stwierdzono, że mój stan, co prawda jeszcze nie najlepszy, nadaje się już do lekkiej rehabilitacji. I tak codziennie jeździłam na oddział rehabilitacyjny, wysoki parter szpitala. Tę rehabilitację, którą tam miałam przez ten okres, możnaby nazwać "bardzo przyjemną". Miałam pół godzinki rozciągania się z fantastycznym facetem - młodym, przystojnym, ale niestety zajętym; Kubą. Później półtora godzinny masaż całego ciała. Po prostu po takich zabiegach nie trzeba mi było nic więcej. Gdy wracałam na swój oddział, (tak, to był już MÓJ oddział) zawsze towarzyszył mi Piotr (był zazdrosny, ale się nie przyznawał).

Tak było i tego razu... - Paulisiu... muszę ci przekazać wiadomość... - był bardzo poważny. - Już się boję! - wyznałam i kiwnęłam głową, żeby mówił. - Więc tak: teraz jedziemy na rezonans... - Dobrze... ale w tym jest drugie dno! Tylko pytanie: jakie? - Nie mogę ci na razie powiedzieć. Ale to wszystko dla twojego dobra i spokoju. - Jak mam być spokojna, skoro masz przede mną tajemnice? - Zaufaj mi! Proszę! - Dobrze, ale ty wiesz, że jak coś będzie nie tak jak być powinno, to tobie się dostanie za wszystko gratisowo? - Wiem. I tak mi się dostanie, więc lepiej z tym poczekać. - Ty wiesz, że cię kocham? - zapytałam znienacka. - Wiem, ale ja ciebie i tak znacznie mocniej. - był pewny siebie. Doszliśmy na oddział, aby wziąć moje ostatnie zdjęcia z rezonansu, dla porównania. Znów zjechaliśmy windą sześć pięter niżej. Na niski parter. Tam znowu miałam badania... sama nuda! Po badaniu chciałam pogadać z technikiem o wynikach, ale nic nie chciał powiedzieć. Świnia!

Przyszliśmy na oddział. Dabi już miał moje wyniki i nie był z nich zadowolony. Przyszedł do naszego pokoju. - Paulinko, możemy przejść do mojego gabinetu, aby porozmawiać o twoich badaniach? - zapytał. - A nie możemy tutaj? Nie lubię gabinetów... są takie zimne i szare... - poprosiłam. - Wolałbym jednak na osobności... będziesz musiała podjąć bardzo ważną decyzję.. - Wystraszył mnie już pan. - Nie denerwuj się jeszcze... nie ma powodu. - Chciałabym, aby przy naszej rozmowie był Piotr. - powiedziałam, a ten jak na życzenie zajrzał do sali. - No dobrze. - zgodził się lekarz - więc chodźcie. Weszliśmy do gabinetu. - Więc, kochana, twoje wyniki są złe. Można by nawet posunąć się do określenia tragiczne. - Dabi nie owijał w bawełnę. Taki był od kiedy go znam. Nie wiem dlaczego określił mnie jako "kochaną". Czyżby już mnie brał za "synową"? - Co można z tym zrobić? - byłam przerażona, ale nie traciłam zdolności racjonalnego myślenia. - Na razie zupełnie musimy przerwać rehabilitację i tu jest problem. Bo jeśli nie będziesz teraz ćwiczyć dojdzie do zwiotczenia i już nie będzie szans na wzmocnienie tych mięśni. Więc są dwie możliwości: albo poddasz się zabiegowi i usuniemy tego naczyniaka i wtedy po trzech dniach mogłabyś zacząć znowu ćwiczenia; albo poczekamy na cud, a bez tego cudu nie dam zgody na rehabilitację. - A jaka jest trzecia opcja? - Trzeciej opcji nie ma. - powiedział; a ja się modliłam, żeby się nie rozpłakać. - Piotruś... przytul mnie! - poprosiłam szeptem i natychmiast wtuliłam się w niego; niczym mała dziewczynka wtula się w swojego ukochanego misia. - Zabierz ją do sali. - wydał polecenie Dabi synowi.

Piotr przyniósł mnie do sali. Położył na łóżku. Ja od razu przykryłam twarz poduszką. Łzy spływały mi po policzkach, ale wtedy nie zwracałam na to uwagi. Było mi gorąco, ale nie podniosłam poduszki. Zaczęłam głośno łapać powietrze. Piotrek chyba się przestraszył, bo natychmiast chciał zdjąć ze mnie poduszkę, chociaż musiał się chwilę ze mną po siłować. - Kotku... proszę... zdejmij poduszkę... - mówił bardzo łagodnie. Już się nie opierałam. Zdjął ją i to, co zobaczył chyba go przeraziło, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Zobaczył moją twarz całą w rozmazanym tuszu do rzęs. To musiał być straszny widok. Momentalnie wstał i wziął mnie do kranu w celu umycia mojej twarzy. - Zimna! - próbowałam się wyrwać, gdy polał moją twarz. - Spokojnie! Wytrzymasz! - zapewniał mnie. Wtedy do sali wszedł Krystian. Jeszcze chyba nie wiedział, że zapadł na mnie wyrok. - Cześć. - rzucił do nas, nie bardzo wiedząc co się dzieje. - Cześć. - odpowiedział Piotr. - Co się dzieje Pauluś? - przejął się moim stanem. Skinęłam głową w stronę Piotra, aby ten mówił; ja nie byłam w stanie. - Właśnie dowiedziała się o konieczności przeprowadzenia zabiegu chirurgicznego. - Siostrzyczko, wszystko będzie dobrze. - pocieszał mnie Krysio. - Ale... jak znowu coś spieprzy? - szlochałam. - Nie myśl takimi kategoriami! - zabronili mi jednogłośnie. Byłam bliska wybuchu śmiechu mimo łez, które gromadziły się w moich oczach.

Chciałam przekonać ich do spaceru. Jednak Krystian się wykręcił rehabilitacją. Tak naprawdę wydaje mi się, że nie chciał nam przeszkadzać. Już wtedy chyba było widać, że coś między mną i Piotrkiem iskrzy. Wyszliśmy z Piotrkiem przed szpital. On przy okazji kupił sobie papierosy; chociaż doskonale wiedział, co one robią z jego płucami. Od razu wyciągnął jednego z pudełka. - Poczęstujesz mnie? - zapytałam. - Ty palisz? - odpowiedział pytaniem i wyjął drugiego fajka. - Nie, ale wkurzył mnie twój ojciec. Chciałam się odstresować. - Proszę. - podał mi papieroska. - Wiesz, że cię kocham? - zapytałam znienacka. - Udowodnij! - rzucił mi wyzwanie. - Poczekaj, aż wrócimy do szpitala. Bo tutaj może nas jeszcze twój ojciec zobaczyć. Mam nadzieję, że się jeszcze nie wygadałeś. - Jeszcze nie, ale skończmy już tę zabawę. Chcę się tobą cieszyć wszędzie, a nie tylko tam, gdzie nie ma oka "wielkiego ojca". - Poczekaj. - rozweseliłam się, prawie w ogóle zapomniałam o tym, co wydarzyło się w gabinecie Dabiego.

Gdy wróciliśmy do szpitala, dałam mu to, na czym mu tak bardzo zależało. Czyli namiętny pocałunek. - Jesteś aniołem! - stwierdził. Gdy byłam znów niebezpiecznie blisko Piotra, otworzyły się drzwi i stanęła w nich cała moja bliska rodzina: rodzice, Maja, Paweł i ciotka z wujkiem. - Cześć! - przywitałam się. Nie wiedziałam co mam robić. Siedziałam na kolanach obcego im faceta. Przez chwilę oni też nie wiedzieli co powiedzieć, czy wchodzić dalej... - Paulolinka! - tylko mała nie miała z tym problemów. Zeszłam z kolan Piotra, a on jeszcze szepnął do mnie: - Jeszcze się policzymy! - obiecał. - Mamo, tato... co wy tu robicie? - byłam bardzo niezadowolona, że nam przerwali; ale też szczęśliwa, że przyjechali. - To pięknie. Tak się teraz wita rodziców? - zapytał ojciec ze śmiechem. - To nie tak. - zaprzeczyłam. - Poznajcie. To mój... - nie wiedziałam jak nazwać Piotra. - Piotr... mój przyjaciel... - w końcu wymyśliłam. - Ładny mi przyjaciel. - powiedział Paweł pod nosem, jednak usłyszałam. - Wiesz kotku... nie będę przeszkadzał... pójdę, może ojciec znajdzie mi jakąś robotę. - powiedział Piotrek i zniknął z sali.

- Kim on jest? - Paweł wiercił mi dziurę w brzuchu, gdy starsi i młoda poszli do bufetu. - No już ci mówiłam... - Powiedziałaś mi tylko oficjalną wersję. Chcę wiedzieć, jak jest naprawdę. - Ta oficjalna jest bardzo prawdziwa. - Nie umiesz ściemniać! - stwierdził. - Oj... no dobrze. Tylko jak powiesz coś komukolwiek, to ci łeb ukręcę. - Dobra, dobra... - zaśmiał się. - Więc to jest mój "chłopak"... - powiedziałam ostatnie słowo ze wstrętem, nie lubiłam go tak nazywać. - No, no siostrzyczko... gratulacje... - przytulił mnie. - ...ale to nie wszystko... on jest też synem tego... - ...nie kończ... - przerwał mi, doskonale wiedział, co chcę powiedzieć. - Dobrze braciszku. - Ale... synek się dostał, bo tatuś załatwił mu ciepłą posadkę? - Nie. Skończmy ten temat. - poprosiłam - A wiesz, że jest tutaj znowu Krystian. - zmieniłam temat. - A gdzie? Może bym się potem do niego przeszedł? - W 2004, ja zaraz też miałam do niego iść. - Miałaś do niego iść? To raczej tak nie wyglądało... wybacz. - Żegnałam się z Piotrusiem. - Ahhh... z Piotrusiem. Mogę już czuć się tak, jakby to był mój szwagier? - Nie przesadzaj. To samo kiedyś mówiłeś o Krystianie. - Ale z Krystianem to inna bajka. Nie nakryłem cię nigdy jak się z nim obściskiwałaś... - Dobra, skończ już ten temat, bo mnie drażnisz. - wychodziliśmy z sali. - Aha... i broń Boże nie mów nic rodzicom. To na razie jest słodka, nasza tajemnica. Weszliśmy do 2004. - Cześć stary. - Paweł przywitał się z przyjacielem. - Cześć. - Krystian był zaskoczony. - Co ty tu znowu robisz? Mówiłeś, że już nigdy tu nie wrócisz. - Jakoś tak wyszło... - zaśmiał się. Siedzieliśmy tam dość długo. Później przyszli po nas starsi, poszliśmy na spacer. Oprowadziłam ich po wielu miejscach, które są dla mnie bardzo ważne... Później musieli jechać do domu. Malutka już marudziła, była senna, a następnego dnia rodzice musieli wstawać do pracy, Paweł do szkoły, a mała do żłobka. Tylko ja miałam tak dobrze, bo rano nie musiałam się nigdzie śpieszyć. (Oczywiście nie licząc obchodu).

Następnego dnia, gdy jeszcze smacznie spałam, przyszedł do mnie ktoś i zaczepiał mnie co chwilę... a to weźmie mnie pogładzi po policzku; a to wsadzi palec do ucha, żeby mnie rozdrażnić... W końcu, z wielkim grymasem otworzyłam oczy. Chociaż od razu wiedziałam kto jest moim katem. - Daj mi jeszcze chwilkę. - poprosiłam. - A co mi dasz w zamian? - zapytał, wstrętny materialista. Złożyłam na jego ustach krótki pocałunek. Chyba właśnie na to czekał. - Nie chciałem przerywać twojego błogiego snu, ale właśnie neurochirurdzy ustalili przyczynę twoich tak szpetnych badań. - oznajmił teatralnym głosem. - No... w końcu coś produktywnego! - ucieszyłam się. - To co, da się jakoś to zrobić bez otwierania mojej czachy? - chwyciłam się za głowę. - No właśnie nie. - przerwał na sekundkę. Chyba zastanawiał się, jak to powiedzieć, żeby było dobrze. - Są dwie możliwości. Nie licząc oczywiście cudu... - A która z nich będzie dla mnie najkorzystniejsza? - Pierwsza opcja to poproszenie ciebie o podpisanie zgody, ale ty pewnie na to nie pójdziesz... - zignorował moje pytanie i od razu przeszedł do rzeczy - a druga to wykonanie zabiegu, jako niezbędnego do życia; inaczej rzecz ujmując jeśli nie wykonają tego zabiegu, a naczyniak urośnie jeszcze o milimetr, co jest kwestią czasu; to masz małe szanse na przeżycie... - Ojciec kazał ci mnie tak nastraszyć? - zapytałam, wtulając się w jego ramiona i już wylewając pojedyncze łzy. - Nie straszę cię, mówię jak to było w wielu przypadkach... - Ale naprawdę nie można zrobić nic bez skalpela? - Niestety... - Okej. Zgodzę się, ale pod kilkoma warunkami. - postanowiłam. - Jeśli tylko będę mógł je spełnić... - Po pierwsze: będzie mnie operował wyłącznie twój ojciec. Po drugie: będziesz cały czas przy mnie. Po trzecie: jeśli już będziecie mi musieli odciągać tę krew spod czaszki, to będziecie to robić po "jaśku". A po czwarte... obiecasz mi, że nic nie schrzanicie. - Coś dużo tych warunków... - zaśmiał się. - Wymieniłam tylko te najważniejsze. - A te mniej ważne? - Twój ojciec powie o tym moim rodzicom... i mnie przytulisz! - Się robi. Kocham cię. - Ja ciebie też. - wtuliłam się w niego jak w pluszowego misia.

Później przyszedł do nas ojciec Piotra. - Dzień dobry. - przywitałam się. - Dzień dobry Pauluś. Jak się czujesz? - zapytał. Był bardzo miły, albo mi się tylko tak wydawało. - Tak sobie... - Przekazałeś jej? - zapytał syna. - Tak. - odpowiedział. Rozmawiali tak, jakby mnie nie było w pokoju. - Podpiszesz tę zgodę? - zapytał, tym razem mnie. W końcu zostałam zauważona. Hura! - Podpiszę. Tylko pan poinformuje o tym moich rodziców. Aha... i powie im, że przyjeżdżanie tu, to zły pomysł. - Każesz mi kłamać? - Kłamać? Nie! Troszkę koloryzować prawdę. Takie życie. - zaśmiałam się. - No dobra. Zobaczę co się da zrobić. - obiecał. - Dziękuję. - zrobiłam "psie oczka".

Kilka dni później, gdy już wszystko było ustalone, a moi rodzice powiadomieni, zaczęły się przygotowania do zabiegu. Podłączyli mnie do kroplówki i jakiegoś urządzonka, które było takie małe i śmieszne. Przeniesiono mnie na pojedynczą salę. W sumie było mi to na rękę. W jedynce były przyciemniane szyby w drzwiach, więc mogłam się bezkarnie "obściskiwać" z Piotrusiem. - Kotku, nic ci nie potrzeba? - zapytał, gdy zadzwonił do mnie, kiedy był w drodze do szpitala. - Potrzeba mi ciebie. Przychodź jak najszybciej. - poprosiłam. - Aha... mógłbyś mi kupić po drodze jakiś napój? Najlepiej niskokaloryczny i niegazowany. - Dla mojej królowej wszystko... - powiedział teatralnym głosem, a ja parsknęłam śmiechem. - Nie nazywaj mnie tak. I przychodź jak najszybciej. Kocham cię i czekam! - Pa... - rozłączyłam się. W tym samym momencie do sali weszła pani Aneta - najlepsza pielęgniarka na oddziale. - Dzień dobry. - przywitałam się z entuzjazmem. - Cześć. Jak się czujesz? - zapytała. - Jakoś tak... chyba normalnie. Głowa mnie lekko boli, ale to chyba norma... - Ok. Przyszłam, żeby zmienić ci kroplówkę... dobrze? - No dobra... ale myślałam, że jak ta się już skończy, będę wolna... - powiedziałam zawiedziona. - Jeszcze tylko ta jedna... - obiecała. - Jeśli chcesz, mogę ci przynieść przenośny stojak. I wtedy z nim będziesz mogła się przemieszczać. Co prawda nie chodzić, bo chodzić ci nie pozwolił lekarz, ale będziesz mogła wyjechać na wózku do parku. Co ty na to? - Będę pani dłużniczką.

Gdy już byłam podłączona do przenośnej kroplówki, przyszedł Piotrek. - Cześć kochanie! - przywitał się ze mną. - Cześć! - byłam bardzo szczęśliwa, że w końcu przyszedł. - Co ty na to, żeby iść na spacer? - zapytałam. - Ale... no dobra... niech ci będzie. - pocałował mnie w... nos. Wstałam i niezdarnie próbowałam nałożyć kurtkę i buty. Mimo wszystko niesprawną ręką czasami pomagałam sobie chociaż trochę. A wtedy bałam się, że wenflon mi się urwie, a to by bolało. Wiem z własnego doświadczenia... Jednak

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%