Fantasy · 17 min czytania
Żyj: Nie istniej - Ep. 00-01
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Żyj: Nie istniej Część I „Prawda to śmierć”
Prolog
"To, czego nie ma zawsze istnieje. Kiedy tylko o tym pomyślisz stanie się. Stanie się początkiem i końcem, każdym istnieniem. Całą prawdą i kłamstwem. To ty będziesz tam Bogiem i szatanem, sprawisz, że coś się narodzi i coś umrze. Niebo jest błękitne, dobrze to widzę. Leżę na bezkresnych łąkach raju, który nie istnieje. I wiem, że wraz z nim nie istnieję również ja. Nie istnieję na razie. Skoro jestem, muszę być. Tego świata nie ma, ale skoro ja go widzę, musi być. To ja tu rządzę. To mój świat. To mój początek i koniec, każde istnienie, prawda i kłamstwo, dobro i zło. Ale jedno jest inne – nie urodziłam się tutaj. I na pewno nigdy tu nie umrę."
Rozdział I Utracona prawda
Neiyla Emliry Walker siedziała w fotelu przy kominku i popijała gorącą kawę. Włosy upięła w koński ogon, który zaczynał się na czubku głowy. Oczy jej były utkwione w ogień, ręce obejmowały kubek. Tak się jakoś złożyło. Zima w Kanadzie była o wiele bardziej sroga od tej w Londynie, bardzo z resztą dawała w kość. Dobra kawa – ulubiony napój Neiyli – smakowała lepiej niż kiedykolwiek. Nagle kobieta wyrwała się z zamyślenia i rozglądnęła po pokoju. Stary, dobry pokój w drewnianym domku odziedziczonym po rodzicach. Wypchana głowa jelenia, stare narty, dużo obrazów i książek. Dywanik był stary, ale czysty, prowadził aż pod drewniane szafeczki i półeczki. Neiyla wiedziała, że to magiczne pomieszczenie. Jedynym nowoczesnym sprzętem w pokoju był telewizor. Reszta była zabytkami sprzed lat. Kobieta sięgnęła po pilota, zbliżała się bowiem godzina wiadomości. Niewiadomo czemu Neiyla zawsze pamiętała o programie. Prawie nigdy nie znajdowała w nim czegoś, co by ją interesowała. Przeciwnie; bardziej wolała seriale albo filmy dokumentalne. Jednak codziennie od czasu przyjazdu do Kanady na studia, codziennie musiała obejrzeć wiadomości. Akurat się zaczęły. Neiyla odwróciła się w fotelu, usiadła po turecku, wyciągnęła rękę do ławy i postawiła kubek z kawą. Głowę położyła na oparciu i zaczęła oglądać. Sytuacja ekonomiczna w Stanach Zjednoczonych… bla, bla… pożary na Kubie… globalne ocieplenie… nudy. - Teraz czas na specjalną relację – na ekranie pojawiła się miła pani z poważną miną. – Umarła właśnie ostatnia z Wiedzących. Jak wiadomo Wiedzący zajmują się poszukiwaniem i badaniem drugiego świata. Dążą do dania dowodów ludzkości na istnienie innego miejsca, ale nie planety. Na miejscu jest Clara McGreen. Claro, opowiedz nam o sytuacji… Neiyla spojrzała z zaciekawieniem w telewizor i pochyliła się lekko do przodu, opierając rękoma w fotelu. Kolejna pani, tym razem stojąca przed jakimś pięknym dworkiem mówiła z przejęciem: - Wczoraj między godziną dwudziestą drugą a dwudziestą trzecią strefy czasowej zero, w tym domu umarła ostatnia Wiedząca, Kelly Lewis. Miała pięćdziesiąt siedem lat i niewiadomo, czemu umarła. Istnieje teoria, że ktoś chciał zabić wszystkich Wiedzących, aby nie odkryli mistycznego świata. Nie wiadomo, czy on istnieje, czy Wiedzący byli psychicznie chorymi naukowcami. Tymczasem Kelly Lewis zostawiła testament. Jej ostatnią wolą było otworzenie go zaraz po jej śmierci i zastosowanie się do wskazówek. Tym razem Neiyla stała już koło fotela i z zaciekawieniem patrzyła się w ekran telewizora. Wielokrotnie słyszała o Wiedzących i nie wiedziała, co sądzić o ich teorii. Ale nie sądziła, że ich badania skończą się śmiercią wszystkich. - W testamencie zostawiono imiona, nazwiska i przewidywalne adresy pewnych osób. Są one proszone do posiadłości Kelly, w Londynie. Mają one spotkać się z synem Lewis. Podobno mają kontynuować badania. Nie wiadomo, czemu akurat one zostały wybrane. Syn Lewis kazał przekazać informacje mediom. Prosimy o zgłoszenie się następujących ludzi do Londynu, do posiadłości Kelly Lewis. Nazwiska tych osób to… Aiilanee Lavender, Madryt… Na ekranie ukazały się szeregi literek. Było ich pięć. Neiyla zaczęła z zaciekawieniem czytać. Nie znała żaden z osób wymienionych na pierwszych trzech miejscach. Potem wyświetlono Jacka Lewisa, którego znała jako syna Kelly Lewis, a przy jego imieniu wyświetlono, że jest już w domu. Prawdziwy szok przeżyła dopiero przy ostatnim nazwisku. - O cholera – mruknęła. Neiyla Emliry Walker, USA, Los Angeles, Lockwood Ave…
Część 22 / 2
*
Nie wiedziała, czy to o nią chodziło. Mieszkała pod tym adresem kilka lat temu, kiedy jeszcze żyli jej rodzice, ale wiedziała, że mało prawdopodobne jest, aby znalazła się tam akurat druga Neiyla Emliry Walker, osoba o tak pokręconych imionach. Natychmiast spakowała wszystkie ważne rzeczy, zadzwoniła do najbliższej przyjaciółki, że wyjeżdża, rzuciła wszystko i natychmiast wsiadła do samochodu. Dopiero tam ogarnęły ją wątpliwości. Po co to robić? Jaki jest sens? Przecież to jakaś pomyłka. Była zwykłym człowiekiem. A nawet jeśli, po co ten pośpiech? Rzucanie wszystkiego dla byle plotki. Nerwowym ruchem włączyła radio. - Jack Lewis prosi o zgłoszenie się następujących osób do Londynu, do jego posiadłości. Lavender Aiilanee… „Nie, to nie może być żart. Jestem wśród tych osób, naprawdę tam jestem. Czegoś ode mnie chcą.” - Nie ma kontaktu z jedną osobą, Neiylą Walker. Z naszych informacji wynika, że zmieniła adres zamieszkania, ponieważ pod jej adresem mieszka inna rodzina. Bardzo prosimy, aby Neiyla Emliry Walker zgłosiła się pod numer… Kobieta zamarła. Wszystko się zgadza. Jednak jej szukają, jest ważna. Wygrzebała z torebki komórkę i nerwowo wystukała podany ciąg cyfr. Nie wiedziała, czy się nie pomyliła. Z drugiej strony słuchawki odezwał się męski głos: - Posiadłość Lewisów, słucham? Zamarła. Nie wiedziała, co powiedzieć. - Tutaj Neiyla Emliry Walker. Usłyszałam komunikat w radiu, więc zadzwoniłam pod podany numer. W słuchawce usłyszała nerwowy oddech. - Proszę podać dowód, że jest pani Neiylą Walker. Bardzo mi przykro, ale od czasu śmierci Kelly Lewis dzwonią do nas różni ludzie i mówią, że są Neiylą, albo kimkolwiek innym, który został wymieniony. Neiyla odetchnęła głośno i zastanowiła się przez chwilę. - Nie wiem, co mam panu podać. Adres zamieszkania? Numer paszportu? Grupę krwi? Wzrost? – spytała nieco zrezygnowana. - O, właśnie. Numer paszportu, posiadamy tę informację o pani. - Chwileczkę – powiedziała cicho Neiyla i przytrzymała komórkę na ramieniu. Chwilę grzebała w torebce. Między papierkami, kremami, kluczami i szminkami dostrzegła wreszcie książeczkę. Zgłosiła, że dyktuje. Nie wiedziała, czemu to robi. Być może to jacyś oszuści, czy coś w tym rodzaju. Namierzą ją i koniec. Mimo wszystko dyktowała ciąg znaczków, aż wreszcie usłyszała w słuchawce. - Nareszcie! Pani Neiylo, bardzo przepraszamy za to, co musiałem zrobić, ale sama pani rozumie… musiały zostać podjęte kroki bezpieczeństwa. Gdzie pani teraz jest? - Przed moim domem w Kanadzie. Przeprowadziłam się tu na studia, słyszałam w radiu, że nie mogliście mnie odszukać. Ale mieliście mój numer paszportu? - Pani Walker – zaśmiał się mężczyzna – wszystko dzieje się tak szybko, od wczoraj minęło niewiele czasu. Ogólnie, to mamy różne strefy czasowe… pani rozumie. Proszę jak najszybciej wsiąść w samolot do Londynu. Po przyjeździe niech weźmie pani taksówkę i podjedzie pod dworek Lewisów. Okaże pani jakikolwiek dowód tożsamości ochroniarzom i oni już panią zaprowadzą. Podaję adres…
*
Zegar wybił dwudziestą drugą, kiedy do pomieszczenia wszedł Jack Lewis. Lavender powiodła za nim zimnym wzrokiem. Głowę miała wspartą na ręce, siedząc w fotelu przy ławie miała najlepsze miejsce do obserwacji. Dworek był potężny, na pewno drogi. Liczne ozdoby sprawiały, że stawał się jakby starszy o dwieście lat. Panowała w nim cisza i spokój, co było bardzo dziwne jak na wydarzenia, które się tam rozegrały. Jack był wyprostowanym, niezbyt wysokim przystojniakiem o gęstych brwiach i ciemnych, błyszczących oczach. Minę miał poważną, ale wyglądał na raczej rozluźnionego. Był w garniturze, ale ręce schował do kieszeni. Krawat zwisał z szyi przekrzywiony, dając obraz niezbyt rozgarniętego człowieka. - Witam was wszystkich. Za chwilę powinna do nas dołączyć jeszcze jedna osoba, ale zaczniemy bez niej. Cieszę się, że przybyliście w miarę szybko. W sumie ma być nas ośmiu… - Jack westchnął – ale połowa wystarcza całkowicie, aby cokolwiek zacząć robić. Zapewne reszta zareagowała na zawiadomienie jak na żart i może nigdy nie będziemy w komplecie. Lavender spojrzała na resztę. Oprócz niej i Lewisa byli tu jeszcze dwaj mężczyźni…